Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 2 grudnia 2010

SPRAWIEDLIWA KULA - KARA ZA GRZECH


Podobnie więc ci "prorocy ze snów": ciała plugawią, Panowanie odrzucają i wypowiadają bluźnierstwa na "Chwały" (…) Ci zaś [temu] bluźnią, czego nie znają; co zaś w przyrodzony sposób spostrzegają jak bezrozumne zwierzęta, to obracają ku własnemu zepsuciu. 
(List św. Judy)

SPRAWIEDLIWA KULA

Pewien grubianin pogniewał się o coś na Pana Boga. I jak to miał w zwyczaju czynić ze zwykłymi śmiertelnikami, zaczął bluzgać przeciwko niebu najohydniejsze wyzwiska, a także wygrażał pięścią Najwyższemu. Żona bluźniercy płakała, dzieci się gdzieś pochowały, sąsiadka-nieprzyjaciółka pobiegła na skargę do proboszcza. Ogólnie wszyscy byli poruszeni, bo rzecz działa się na placu głównym. Zadowolony był tylko diabeł, nieodłączny towarzysz bluźniercy. Boć jego to było dzieło, od lat nad zgubą tej duszy pracował...

Ale gniewliwemu bluźniercy nie dość było na tym, że językiem napastliwym godził w niebiosa. Porwał strzelbę po dziadku-komuniście i w niebo począł strzelać, raz po raz wykrzykując szydersko:

- I co, wszechmogący jesteś, a pokarać mnie na miejscu nie umiesz?

Wypowiedziawszy kilka razy z kolei te bluźniercze słowa, padł trupem znienacka, jakby rażony piorunem. Zrazu szmer zgrozy przebiegł po zgromadzonym tłumie, ludzie żegnać się poczęli znakiem krzyża świętego. Ale co śmielsi podeszli, aby zbadać przyczynę tej nagłej śmierci. Odkryli na głowie ślad po kuli, która przebiła czaszkę, wydzierając niegodziwcowi życie. Wtenczas zrozumieli...

Mają w niektórych krajach ten brzydki zwyczaj, że strzelają do góry na wiwat. Pokłosiem takich zabaw są zwykle jacyś zabici. Bo kula biegnie zrazu szybko ku niebu jak słowo bluźniercy, ale w końcu się męczy, zatrzymuje, odwraca i zaczyna spadać; a spada prosto i szybko, jakby dusza potępiona lecąca w głąb czeluści piekła. I jeśli spadając natrafi na czyjąś głowę…

To właśnie zdarzyło się naszemu gniewliwcowi: kula, którą on sam wystrzelił, spadając przedziurawiła mu czerep. Zbieg okoliczności czy Boskie wyroki? Nie nam decydować. Zdarzenie to skrzypiącym piórem odnotowano w parafialnych księgach, aby nigdy o nim nie zapomniano. Długo jeszcze ksiądz proboszcz straszył nim krnąbrnych parafian. I dziś przytacza się je ku przestrodze nicponi, łajdaków i łobuzów wszelkiej maści: zło, które się czyni, powraca jak ta zbłąkana kula. Jest sprawiedliwość Boska na świecie, bo Bóg to porządek, nie chaos. Przyjdzie nagroda za cnotę, przyjdzie i kara za występek…


KARA ZA GRZECH

RMS Titanic
Dnia 10 kwietnia 1912 r. z portu południowej Anglii wyjechał do Ameryki okręt-olbrzym. Nazywał się Tytanik czyli Mocarny. Pierwszy raz dopiero wyjeżdżał w podróż. Zaopatrzony był we wszystkie potrzebne maszyny i turbiny, razem o sile 46.000 koni. W urządzonym zbytkownie wnętrzu mieścił dwa boiska tenisowe, teatr, wielką salę gimnastyczną i wiele kawiarń i cukierni. Wiózł 3.150 ludzi i jedzenie dla wszystkich na cały tydzień. Cały zbudowany z mocnej stali i tak długi, że nawet nie kołysał się na wodzie. To ochronić miało podróżnych od morskiej choroby.

Główny budowniczy Tytanika był bezbożnikiem i ufny w niespożytą siłę statku na spodniej jego części wyrył swoje hasło: „Ni Boga, ni pana!" Przy budowie tego olbrzyma brali udział pracownicy, należący do sekty oranżystów. (To coś, jakby bezbożny kościół narodowy). Dumni ze swego dzieła wypisali na bokach okrętu „Ani sam Chrystus nie zatopiłby tego statku", i drugie: „Nie masz Boga, który by zdołał ten okręt w odmętach morskich pogrążyć". Przed wyjściem Tytanika na morze był on fotografowany i z fotografii wiemy o tych napisach.

Było to bluźnierstwo, jakby wyzwanie rzucone Bogu!

Po czterech dniach podróży, w nocy z 14 na 15 kwietnia wszyscy podróżni uczuli straszny wstrząs. Ci, co spali, obudzili się nagle, niektórzy wypadli z łóżek; ci, co się bawili i ucztowali, zatoczyli się na podłogę.

- Co to? Co się stało?

Kapitan nie odpowiadał, albo odpowiadał wymijająco, że to małe zderzenie. Tymczasem Tytanik całą siłą pary najechał na płynącą górę lodową.

Czy ją rozbił? Nic podobnego. Zaledwie zadrasnął, a sam roztrzaskał sobie bok. Woda werwała się gwałtownie do wewnątrz. Podróżni nie wiedzieli, co się dzieje. Ale co to? Statek stanął w miejscu.

- Do pomp! Wszystkie pompy w ruch!

Tymczasem telegrafują na wszystkie strony po ratunek:

- Giniemy! Przybywajcie na pomoc! Toniemy! Ratujcie nasze dusze!

Kolos stanął na miejscu. Pompy nie mogły nadążyć usuwać wody, jaka wdzierała się przez otwór. Woda zaczęła zalewać pokłady, i Tytanik powoli, stopniowo zaczął przechylać się na bok, odsłaniając gwiazdom na niebie swój bluźnierczy napis. Zanurzał się w morze… Ludzie i maszyny z nadmiernym wysiłkiem pracowali przy pompach, aby odwlec chwilę katastrofy: Tytanik po uszkodzeniu utrzymał się na powierzchni cztery godziny.

Sąsiednie okręty, które otrzymały wiadomość o katastrofie, podążyły z pomocą, ale nie zdążyły na czas.

Na pokładach Tytanika wszczął się popłoch, rozpacz. Kapitan z rewolwerem w ręku utrzymywał porządek przy wsiadaniu podróżnych do łodzi ratunkowych: naprzód kobiety i dzieci! Kilku mężczyzn, co gwałtem chcieli siadać, położył trupem na miejscu. Uratowano tylko część podróżnych. Już nie było ani jednej łodzi ratunkowej, a tu na 20 pokładach Tytanika zostało jeszcze 1700 osób. Łodzie odjechały, a ci pozostali z rozpaczą w oczach spoglądali na ciemną otchłań wodną, gdzie niedługo mieli znaleźć swój okropny grób...

W 16 lat później t. j. w roku 1928 wyłowiono z morza butelkę zakorkowaną mocno, a w niej list pisany przez jednego z podróżnych przed zatonięciem Tytanika. Na chwilę przed śmiercią podróżny ów pisał: 

Nadchodzą ostatnie chwile Tytanika. Stoję na pomoście ze swoim szwagrem, jego żoną oraz ich dzieckiem. Ostatnia łódź ratunkowa już odpłynęła; pozostaliśmy na łasce żywiołu. Oficerowie załogi biegają w różne strony. Wielu pasażerów postradało zmysły i tarzają się w konwulsjach obłędu. Grupa mężczyzn otoczyła jakiegoś księdza, który ze wzniesionymi rękoma klęcząc, modli się na głos..."

Reszta listu już nieczytelna.

Między utopionymi wielu było bogaczów, milionerów amerykańskich: całe życie poświęcili gromadzeniu majątku, a oto taki koniec.

Tytanikiem jechało dwóch księży: Anglik i Polak. Polakiem był ks. Montwiłł, wyświęcony dopiero przed pięciu laty, z diecezji sejneńskiej, jechał do Chicago. Obaj ci kapłani nie chcieli się ratować, odstępując swe miejsca w łodzi innym. Wyspowiadali się jeden przed drugim, a potem rozgrzeszali wszystkich, co się do nich po rozgrzeszenie cisnęli. Cisnęli się do nich i protestanci, choć mieli swoich pastorów z narodowego kościoła. Korzyli się i bezbożnicy. Statek pochylał się coraz więcej. Już przód okrętu był w wodzie. Na tylnej części zgromadzili się wszyscy. Orkiestra grała pieśń religijną: “Być bliżej Ciebie chcę”…

Tytanik tonął, składając cześć Bogu.

(...) Każdy grzech pociąga za sobą karę, wcześniej czy później; w tym życiu, albo po śmierci. Dobry Bóg gotów tę karę darować, ale tylko tym, którzy ze skruchą za grzech żałują. Tych jednak, którzy z hardością pokutę odrzucają i umierają w odwróceniu się od Boga, czyli w grzechu ciężkim, tych Bóg sprawiedliwy karze piekłem.

Ks. Dr Julian Młynarczyk, Walka o dusze ludzkie,
Nakładem Centrali Milicji Niepokalanej,
Niepokalanów 31936, s. 107-110.



poniedziałek, 22 listopada 2010

SZATAŃSKA PĘTLICA - SZATAN W KIELISZKU - NIEPOBOŻNY TATA NARZĘDZIEM SZATANA - LUDWIK WEBER POKUTNIK

SZATAŃSKA PĘTLICA 

Przyjacielu, co czytasz te kartki! Nie właź dobrowolnie szatanowi w pętlicę! Nie narażaj się na okropny koniec! Sumienie twoje zawsze cię ostrzeże, gdzie jest grzech ciężki, a właśnie grzech ciężki jest tą pętlicą szatana! Gdy sumienie będzie ci wyrzucało, że narażasz się na grzech ciężki, lub że już dopuściłeś się grzechu ciężkiego, to nie zwlekaj ani jednego dnia, ale zaraz biegnij do spowiedzi i z żalem wszystko powiedz. 

Takie postanowienie zrobił sobie jeden chłopczyk po pierwszej spowiedzi: 

Po Komunii św. obiecał Panu Jezusowi, że nigdy nie położy się spać w grzechu ciężkim. Razu jednego popełnił grzech. Uważał go za ciężki. Przyszedł ze szkoły, nie mógł jeść, był jakiś nie swój. Ciągle brzmiało mu w uszach: 

- Masz na sumieniu grzech ciężki! Powinieneś dziś jeszcze iść do spowiedzi! 

Jak tu iść? Do kościoła daleko, już noc nadchodzi. Męczy się: iść czy dać spokój? Ale sumienie upomina się: 

- Powinieneś iść! Zrobiłeś taką obietnicę w dzień pierwszej swojej Komunii św.! Powinieneś iść! 

Jeszcze chwila wahania, ale zerwał się i pobiegł do swego księdza prefekta. Puka do drzwi. Ksiądz odmawiał brewiarz. 

Z wielkim zdziwieniem zapytuje go, co chce o tej porze. 

- Ja... ja chciałem się wyspowiadać zaraz. 
- Teraz? Dlaczego? Może jutro rano? 

- Nie, proszę księdza, ja chcę teraz zaraz wyspowiadać się, bo mam grzech, a nie chcę w grzechu iść spać. 
- Jakież kochane dziecko! - pomyślał ksiądz, złożył brewiarz i wysłuchał spowiedzi małego grzesznika. 

Chłopczyk uradowany pędem pobiegł do domu. Zjadł coś naprędce i poszedł spać. 

Rano matka dziwi się, że synek tak śpi mocno, a już późna pora. Idzie go budzić i - o zgrozo - stwierdza, że ukochany jej synek nagle w nocy umarł. Jakże musiał się radować na tamtym świecie, że nie położył się spać w grzechu, który uważał w swym delikatnym sumieniu za ciężki! 

I ty zrób tak samo: nigdy z grzechem ciężkim na sumieniu nie czekaj długo.

Ks. Dr Julian Młynarczyk, Walka o dusze ludzkie, 
Nakładem Centrali Milicji Niepokalanej, 
Niepokalanów 31936, s. 70-71.

SZATAN W KIELISZKU 

Popatrz na obrazek. Karczma. Za stołem siedzi gospodarz z pijackim nosem. Usłużny Żyd nalewa mu gorzałkę - widocznie czuje pieniądze. Szatan nie trudzi się wcale: oparł się łokciami o stół i patrzy z lubością na pijaka. Wie dobrze, że pijak nie tylko traci majątek i rozum, ale traci duszę, ponieważ pijaka nie trudno doprowadzić do zbrodni. Jest jeszcze przy stole jedna towarzyszka - śmierć. Ona często stoi tuż przy pijaku, bo pijanego często śmierć spotyka: jeden utonął w rowie, gdzie woda była małym dzieciom do kolan; przewrócił się pijak głową do rowu i utonął, choć nóg sobie nie zamoczył. Drugi w taki sam sposób utonął w gnojówce na własnym podwórzu. Jeszcze innego samochód przejechał, nie potrafił się usunąć. Tych śmierć zaskoczyła nagle, a gdy pili, stała za ich plecami. 

Szatan namawia do pijaństwa przez Żyda-pijawkę albo przez kolegów. Kto tego gospodarza wciągnął do karczmy? Pierwszy raz z pewnością sam nie poszedł, tylko w towarzystwie. Pił dlatego, że całe towarzystwo piło. A potem przyzwyczaił się, chodził sam i każdy grosz zostawiał u Żyda. 

Ów gospodarz, siedzący przy stole, oczywiście nie widzi ani szatana, ani stojącej przy nim śmierci, tylko jednego Żyda. Żyd biega co chwila do alkierza, bo i tam są goście. Jeden z nich wychodzi i, zobaczywszy samotnego gospodarza, mówi: 

- Chodźcie, Mateuszu, do naszej kompanii. Co tu sami siedzicie? 

Mateusz gospodarz poruszył się i zapytał: 

- A kto tam jest? 
- Chodźcie, to zobaczycie. Sami swoi. Wypijecie z nami. 

Mateuszowi nie trzeba dwa razy mówić. Zawsze w towarzystwie nie to, co samemu. Wszedł do alkierza. Za stołem siedziało kilku młokosów przy kieliszkach i - czy go oczy nie mylą? - ksiądz. Rzeczywiście ksiądz. Mateusz się zawahał, ale ksiądz się odezwał: 

- Nie bójcie się, gospodarzu. Ja wasz jestem, z kościoła narodowego. Napijcie się z nami. 

Mateusz nie był bardzo pijany - teraz do reszty wytrzeźwiał: 

- Co za narodowy ksiądz? - myśli. - Nie słyszałem o takim. Kto to jest? 

Ale nie odezwał się wcale. Usiadł przy stole. Nalali mu kieliszek. Teraz zaczęła się namowa, żeby Mateusz zapisał się do kościoła narodowego. Przepijali gęsto. Kto wie, jakby się skończyło, gdyby nie nagły wypadek: oto do żydowskiego alkierza wpadła jak kula jakaś kobieta, jak się okazało, żona narodowego księdza i od razu do niego: 

- Zaraz mi chodź do domu! Będzie tu pił z parobkami! 

Parobczaki na nią: 

- Jakie tu twoje prawo? My tu mamy swoje sprawy z księdzem. Wynoś się! 
- Moje prawo takie, że jestem jego żoną! 

I coś tam jeszcze trzepała, ale Mateusz nie słuchał. Podniósł się, splunął z obrzydzeniem i jeszcze nigdy w życiu tak prędko nie wyniósł się z karczmy, jak właśnie tego wieczoru. 

Do narodowego kościoła nigdy się nie zapisał. Diabeł sprytny, ale tu przegrał. 

* * * 

We wsi zanosiło się na kilka wesel. Wychodziła też za mąż Marysia wójtówna, posażna panna. Rodzice dawali jej w wianie kilkanaście mórg ziemi, ładny przyodziewek i coś sporo w gotówce. Nie dziw, że miała kilku konkurentów i biedniejszych i bogatszych. Ale wójt za majątkiem patrzył i sam wybrał męża dla córki: 

- Ten będzie w sam raz dla ciebie. Grunta mamy obok, chłopak dorodny, ojciec grunt mu odpisze i będzie ci dobrze. 

Marysi podobał się niejeden: i tego by chciała i tamtego jej żal, więc odpowiedziała ojcu: 

- Jak sami zarządzicie, tak będzie. 

Wszystko dobrze się układało, było tylko jedno „ale". Przyszły wójtowski zięć lubił wódkę i karty. Przestrzegano wójta: 

- Nie dajcie mu Marysi, bo to pijak i karciarz. Zmarnujecie dziewczynę i majątek. 

Ale diabeł nie spał: przedstawił wójtowi, jaki to duży majątek córka będzie miała, jak ją będą szanowali wszyscy. Dlatego wójt, ojciec Marysi, nikogo nie słuchał, zapatrzony w morgi sąsiada: 

- Ech, co tam gadacie! Czasem w kompanii kawalerskiej wypił, to jeszcze nie zbrodnia. Zresz tą, kto się ożeni, to się odmieni. 

Nie słuchał nikogo i córkę wydał, jak chciał. 

Marysia dobrą była dziewczyną, ale jakoś nie umiała być dobrą żoną. Mąż zaczął znów kompanii szukać, a chętnych łatwo znalazł, bo czuli, że bogaty, to będzie za wódkę płacił. Do domu często przychodził późno w noc. Jedynym towarzyszem, który go do domu odprowadzał, był przy jego boku szatan. W pijackiej wyobraźni malował mu obrazy złej żony: 

- Ona nic nie dba o ciebie! Patrz, ty stoisz pode drzwiami, a ona sobie śpi w najlepsze. Co to za żona! Czy długo tak będziesz znosił? 

Podburzony złością wchodził do domu i od razu na żonę: 

- Czego się zamykasz? Stoję i stoję… Ty taka, owaka! 

I zaczynały się wyzwiska, klątwy i bicia. Szatan cieszył się, że dusze gubi: i jego przez pijaństwo, i jej przez złorzeczenie i wyrzekanie. Takie piekło w domu powtarzało się często. Majątek topniał, jak topnieje śnieg na wiosnę. Wójt gryzł się, żałował poniewczasie, wreszcie zachorował i umarł. Nędza zajrzała do zamożnej kiedyś chaty Marysi: dzieci obdarte, pić nie było za co, przyjaciół brakło. Ale znalazł się doradca - szatan: 

- Patrz, inni mają, a ty z głodu zdychasz! Czy to jest sprawiedliwość na świecie? Jedni mają za dużo, a drudzy nic. Sam sobie zrób sprawiedliwość - bierz, gdzie popadnie! 

I mąż Marysi został złodziejem, i dzieci nauczył kraść. Tu wygrał szatan. 

* * * 

Ks. Gondek, proboszcz z Krzyżanowic, opisuje o jednym gospodarzu ze swej parafii, który pił wódkę przez parę lat. Po swym ojcu odziedziczył ładny majątek, ale pijaństwo tak go zrujnowało, że w domu zostały gołe ściany. Przepił pole, konie, bydło, wozy, jeszcze długów narobił. Przy mężu i żona się rozpiła, w domu zaczęło się istne piekło, a koniec był taki, że mąż w szale pijaństwa zadusił żonę. Jako mordercę wzięło go do więzienia, gdzie z rozpaczy powiesił się na kracie więziennej. Tu też szatan wygrał. Z pijakiem diabeł ma niewiele do roboty: wystarczy podsunąć mu kieliszek, a reszta zbrodni już sama się toczy. 

Ks. Dr Julian Młynarczyk, Walka o dusze ludzkie, 
Nakładem Centrali Milicji Niepokalanej, 
Niepokalanów 31936, s. 60-65.

NIEPOBOŻNY TATA NARZĘDZIEM SZATANA

Nie tak dawno w pociągu pośpiesznym z Warszawy do Gdańska jechał ksiądz. Do tego przedziału wszedł major Wojska Polskiego. Zawiązała się rozmowa. Po chwili zaczęli mówić o religii, a wtedy major przyznał się, że on nie wierzy. 


- Dlaczego pan nie wierzy, panie majorze? - pyta ksiądz. 
- Dlaczego ja nie wierzę? Ja nie wierzą dlatego, że mój ojciec również nie wierzył. 

I zaczął opowiadać wspomnienia dzieciństwa. Matka była wierząca, katoliczka; ojciec prawosławny. W parku przy domu stała figura Matki Boskiej - u jej stóp co dzień w majowe wieczory zbierała się służba z matką na nabożeństwo. Ojciec nigdy nie chodził. 

- Ponieważ ojciec nie chodził, - opowiada major, - postanowiłem i ja raz nie pójść, ukradkiem przed mamą. Zamknąłem się w pokoju dziecinnym i, nie zapalając światła, wyglądałem przez okno. Wtem na dole otwarły się drzwi od balkonu. Wyszedł ojciec z cygarem w ustach. Stał jakiś czas, a polem zaczął mówić sam do siebie: 
- Oj, kiedyż wy zmądrzejecie? Co Panu Bogu po waszych modłach? Pies wyje do księżyca, a oni do posągu... Dać się za nos wodzić klechom!... Ale widocznie nie dorośli do innnych myśli... 

Słuchałem chciwie, co ojciec mówił. I odtąd już nigdy się nie modliłem. 

Wróg duszy, szatan, użył tu ojca dziecka, aby dziecku duszę zatruć niewiarą. Rodzice niepobożni, tacy, co wyśmiewają praktyki religijne powinniby zrobić ze sobą obrachunek, czy czasem nie są narzędziem szatana dla swoich dzieci. Wielkie to zadanie rodziców: doprowadzić swe dzieci do Boga! 

(Ks. Dr Julian Młynarczyk, Walka o dusze ludzkie, 
Nakładem Centrali Milicji Niepokalanej, 
Niepokalanów 31936, s. 23-24)

LUDWIK WEBER POKUTNIK 

Pan Jezus umarł i za dzisiejszych wrogów Swego Kościoła, i dziś zdarzają się dziwne nawrócenia. 

W południowych Niemczech głośno dziś mówią o nawróconym komuniście Ludwiku Weberze. Liczy on 28 lat życia. Był zagorzałym komunistą, wrogiem Kościoła i bezbożnikiem. Nagle utracił wzrok. Żaden lekarz nie mógł mu pomóc. Tknięty ślepotą odzyskał wiarę w duszy, jak ów Szaweł pod Damaszkiem. Zmienił się zupełnie: stał się pobożny. Wkrótce odzyskał wzrok w jednym oku. Teraz jest pokutnikiem. Uczynił ślub, że sam zaniesie ciężki krzyż do Matki Boskiej w Alltöting, miejscowości oddalonej o 700 kilometrów. Krzyż jest duży i ciężki, niektórzy nie mogą go dźwignąć, a Weber dźwiga go godzinami mimo niepogody na świecie.

Ks. Dr Julian Młynarczyk, Walka o dusze ludzkie, 
Nakładem Centrali Milicji Niepokalanej, Niepokalanów 31936, s. 17-18.



ks. Julian Młynarczyk

poniedziałek, 1 listopada 2010

UCZONE NIEDOWIARKI

Człowiek wtedy przestaje wierzyć w Boga, kiedy porzuca drogę cnoty.
Claude Piat

Ateizm
Zdarzyło się to ponoć w salonie u Chateaubrianda, pisarza uznawanego za wielką sławę w literackim świecie Francji XIX wieku, i dziś jeszcze chętnie czytanego. Zaproszeni tam to byli w większości ludzie parający się piórem, albo zajmujący się nauką, bądź też inni obywatele, uznani z jakichś powodów za godnych zaproszenia. Większość z nich, zgodnie z duchem tamtych czasów, to były niedowiarki. Ale jak to u ateuszy nieraz się zdarza, dyskutowali z ożywieniem na tematy religijne. I oto doszli do wniosku, do którego dochodzą zwykle światowe mędrki, którzy coś tam wiedzy liznęli, ale nie tak do końca. Powstał jeden z nich i w imieniu wszystkich zawyrokował:

- Doszliśmy mianowicie do wniosku, że w tych czasach człowiek uczony i światły koniecznie musi być niedowiarkiem!

O chełpliwości ludzka, co się szczycisz swą połowiczną wiedzą! Na takie dictum niedouczonych uczonych powstał sam Chateaubriand i ozwał się w te słowa:

- Panowie moi, odpowiedzcie mi, ale tak z ręką na sercu: Gdybyście wiedli życie czyste i przyzwoite, nie przedzierzgnęlibyście się na powrót w ludzi wierzących?

Na sali zapadła cisza. Osłupienie ogarnęło napuszonych niedowiarków. Zrozumieli niektórzy. Wygodniej im było żyć, jak gdyby Bóg nie istniał, jakby nie było nagrody za cnotę ani kary za występek; jakby nie było oka, które widzi, ani ust Sędziego, które wypowiedzą w czasie ostatecznym wyrok już nieodwołalny. Gdyby wrócili do wiary, to życie swe dopasować by musieli do jej świętych prawideł. Łatwiej zasłaniać się niedowiarstwem…

Ale czy negowanie prawdy sprawia, że prawda przestaje być prawdą, a rzeczywistość rzeczywistością? „Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze.”


Źródło: Mons. Tihamer Tóth, Creo en Dios (Razonemos nuestra Fe 1), 
Editorial Poblet, Buenos Aires 1944, s. 50-51. 

wtorek, 26 października 2010

ZŁY KOMUNISTA

Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Pańskim. Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne. Uznał nas za coś fałszywego i stroni od dróg naszych jak od nieczystości. 
(Księga Mądrości 2,12-16) 

Stom Matthias, Chrystus cierniem ukoronowany
Bezbożny od zawsze nienawidzi sprawiedliwego, a między złem i dobrem zieje otchłań, której nikt przekroczyć nie zdoła. Zdarzyło się podczas wojny domowej w Hiszpanii, był to rok Pański 1936, że dyszący nienawiścią do świętego Kościoła rzymskiego komuniści, dostali w swoje bezbożne ręce pewnego pobożnego kapłana Chrystusowego, który szczęśliwie dobiegał już kresu bojowania na tym łez padole. Nie bacząc na podeszłe lata tego czcigodnego starca, ani na reumatyzm, który pętał mu członki tak, że z trudem tylko i przy pomocy laski mógł się był poruszać, powlekli go pośród obelg i szyderstw do sławnego miasta Madrytu. Tam postawili go przed swoim zbójeckim trybunałem i prośbą i groźbą zmuszali do wyparcia się świętej katolickiej wiary. 

– Niech no obywatel przysięgnie, że Bóg nie istnieje! – naciskali złorzecząc i bluźniąc najwyższemu Imieniu. 

Wtenczas kapłan począł przedstawiać im racje przemawiające za rozumnością wiary a nierozumnością ich zapiekłego ateizmu. Tym bardziej jeszcze rozsierdził owych niesprawiedliwych sędziów-ateuszy. Odrzucili zatem wszelkie pozory przyzwoitości i otwarcie grożąc mu już śmiercią, nie bacząc na czcigodny jego wiek ani na opłakany stan zdrowia, nakłaniali go do natychmiastowego wyrzeczenia się wiary w Boga. Wtenczas kapłan spokojnie powiedział: 

- Jakże zaprzeczyć istnieniu Boga, jeśli On patrzy na nas w tej chwili i widzi nasze uczynki? 

Wtedy herszt komunistów zerwał się na równe nogi i do licznych swoich grzechów chciał dodać jeszcze ten jeden – czerwono błyskając oczyma, wyrwał rewolwer zza pasa, przyłożył go do serca kapłana i wyryczał: 

- Zaprzecz klecho istnieniu Boga, albo na miejscu cię ubiję! 

Ksiądz powstał z wielkim trudem i czepiając się kurczowo krawędzi stołu, wyrzekł dobitnie i mocno: 

- Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi… 

Od oblicza świadka Chrystusowego biła jasność, jakiej udzielić może jeno Prawda sama. Zatwardziały zaprzaniec, bo i on narodził się był chyba katolikiem, bezsilny wobec takiej odwagi gotowego na męczeństwo świadka, porzucił pistolet, rąbnął ręką w stół i wykrzyknął: 

- Ja nie potrafię zabić takiego człowieka! 

Może ktoś wie, co stało się potem? Co pomyśleli towarzysze o swoim kamracie, który dał dostęp do swego serca szlachetniejszemu uczuciu? Może, że był on złym komunistą? Bóg jeden wie, co z nimi potem się stało. Takich historii jak ta może było wiele. Ci dwaj pewnie już nie żyją. Obydwaj wiedzą teraz, że jest Bóg i jest nagroda za cnotę i kara za występek; obydwaj odebrali już swoje. Ale ta historia wciąż się powtarza i ta walka ciągle się toczy, aż – gdy skończy się czas próby - otchłań rozdzieli walczących; przepaść, której jedni i drudzy już nie przekroczą.

Źródło: Mauricio Rufino, Vademécum de ejemplos predicables (Editorial Herder), 
Barcelona 1962, N° 1099, s. 445-446.

wtorek, 19 października 2010

SIŁA PERSWAZJI

Pewien człowiek wdrapał się na wysokie drzewo i stamtąd krzyczał, że skoczy i zabije się. Zrobiło się zbiegowisko. Ludzie radzili, co robić. Baby płakały. Ktoś zadzwonił na policję. Ci przyjechali. Patrzyli. Myśleli. Ale tak naprawdę nikt nie wiedział, co począć w tej sytuacji. Sierżant krzyczał przez megafon, ażeby desperat złaził, ale tamten jeszcze bardziej się desperował i wydzierał, że skoczy.

Przyjechał negocjator, a z nim telewizja. Zrobił się wielki harmider. Potem pertraktacje, które na nic się nie zdały. W poczuciu fiaska rozmów, sołtys zaproponował, aby sprowadzić proboszcza. Posłali po niego. Przyszedł. Poprosił, aby wszyscy nieco się wycofali. Zbliżył się do drzewa, coś tam powiedział i wykonał ręką obszerny gest z góry w dół i z lewej do prawej, jak przy błogosławieństwie. Ludzie więc pomyśleli, że ksiądz desperata błogosławi i czekali na cud. 

A oto i cud zdarzył się naprawdę. Potencjalny samobójca po akcji księdza zszedł z drzewa chyżo a skwapliwie. Ludzie patrzyli i dziwili się. Sierżant spytał proboszcza:

- Toż to prawdziwy cud, to co ksiądz dobrodziej zrobił! 

Negocjator, trochę zazdrosny, też pogratulował: 

- Ja tyle studiów mam, tyle się nagadałem, i nic. A ksiądz ot tak sobie, przy pomocy samego błogosławieństwa tylko, tyle osiągnął. Że takie rzeczy się zdarzają, to ja bym nigdy w życiu nie pomyślał.

Proboszcz odpowiedział skromnie:

- Bynajmniej, to nie żaden cud tym razem. Ja wcale tego biedaka nie pobłogosławiłem, bo nie na to był czas, jeno na perswazje. Ja tylko jemu powiedziałem: „Złaź ty z drzewa prędko, bo jak nie to ja je zetnę.” I o tak, powiodłem ręką w dół i w poprzek, aby wzmocnić siłę perswazji, co wyście mylnie za błogosławieństwo wzięli. 

Wszyscy zdumieli się bardzo. Chwalili proboszcza, w gazetach o tym pisali. A desperat nie myślał już więcej o łażeniu po drzewach. Do dziś pewnie żyje, błogo i szczęśliwie. 

poniedziałek, 18 października 2010

ZŁOTY KLUCZ

Trzeba gorliwie zabiegać nam o zbawienie, aby diabeł podstępnie wprowadzając nas w błąd, nie oddalił nas od życia. 
Św. Barnaba

Pewien chłopiec śnił. We śnie tym najpierw ukazała mu się dobra wróżka. Uśmiechnęła się do niego mile i pokazała skarby, które z sobą przyniosła: zabawki przeróżne, ołowiane żołnierzyki, samochodziki na resorach, które to niegdyś tak bardzo radować potrafiły serca małych chłopców, i dużo innych rzeczy. Następnie rzekła:

- To wszystko ci dam, jeśli zechcesz być moim przyjacielem.

Chłopiec pożerał wprost wzrokiem te wszystkie cudne przedmioty. Już miał wyrazić zgodę, ale wtem pojawił się inny gość, wyglądał na księcia z jakiejś zaczarowanej krainy. Rozłożył na łóżku przepyszny, wielokolorowy koc i odezwał się w te słowa:

- Ten koc różnobarwny oznacza to wszystko, co ja mogę ci dać, jeżeli to moim przyjacielem zdecydujesz się zostać. Każda barwa to inny odcień wiedzy, sławy i uznania wśród ludzi. Dojdziesz do wielkich zaszczytów i znaczenia, jeśli to mnie weźmiesz za przyjaciela.

Chłopcu spodobała się ta oferta bardziej niż oferta wróżki. Już miał wyrazić zgodę, ale wtem pojawił się trzeci gość: był to ksiądz katecheta, którego znał ze szkoły. Ten rzekł:

- Synu, ja też mam ci coś do zaoferowania. Przyjmij to i zostaniemy przyjaciółmi.

Poczym wręczył mu niepozorne, drewniane pudełeczko.

Chłopiec zrazu wzgardził ofertą, tak niekorzystnie przedstawiała się ona w porównaniu z dwiema poprzednimi. Był wielce niekontent. Atoli ksiądz katecheta naciskał:

- Otwórz i zobacz, co jest w środku.

Chłopiec ustąpił. Otworzył. W środku znalazł złoty klucz. Ksiądz powiedział:

- Tym kluczem któregoś dnia otworzysz drzwi zamykające dostęp do raju. Strzeż go zatem pilnie, nie zgub. Ten złoty klucz to jest nasza święta katolicka wiara, dzięki której się zbawisz. Ta wiara, którą diabeł chce wyrwać z serca dzieci, młodzieży i dorosłych, aby nie dostali się do nieba. Ta wiara, której zbawiennych prawideł ty tak niechętnie się uczysz w szkole na lekcjach katechezy. Ta wiara, która tylu ma wrogów. Ona jest kluczem, co otwiera drogę do wiekuistego szczęścia…

Chłopiec obudził się. Którą z trzech ofert wybrał? Pan Bóg to wie. Okaże się to kiedyś, na Bożym sądzie. Ale każdy musi wybrać i ponieść konsekwencje wyboru – to jest żyć i umierać z tym, co wybierze.


Źródło: Mauricio Rufino, Vademécum de ejemplos predicables 
(Editorial Herder), Barcelona 1962, N° 378, s. 165.

czwartek, 14 października 2010

ZDROWAŚ MARYJO – HAIL MARY

O wiele rzeczy prosi się Boga i nie otrzymuje się tego; prosi się o to samo Maryję i otrzymuje się. Jakże się to dzieje? Dzieje się to wcale nie dlatego, żeby Maryja była potężniejszą od Boga; lecz że spodobało się Bogu tak dalece Ją uczcić, żeby modlitwy nasze Jej pośrednictwem poparte, były najskuteczniejsze.
Nicefor

W roku 1604 w jednym z miast belgijskich, mieszkało dwóch młodych uczniów, którzy zamiast przykładania się do nauki, oddawali się rozpuście. Nocy pewnej w której udali się do kobiety złego życia, jeden z nich, imieniem Ryszard, wkrótce odszedł, towarzysza pozostawiając.
In the year 1604 there lived in a city of Flanders two young students, who, instead of attending to their studies, gave themselves up to excesses and dissipation. One night, having gone to the house of a woman of ill fame, one of them, named Richard, after some time returned home, but the other remained.
Przybywszy do mieszkania, Ryszard zrzucał odzienie dla udania się na spoczynek, kiedy przypomniał sobie, że w dniu tym nie odmówił kilku “Zdrowaś Maryja,” jak to codziennie czynił na uczczenie przenajświętszej Panny. Ponieważ sen silnie go morzył, nie chciało mu się dopełnić tego; jednak przezwyciężył się i odmówił te zwykłe swoje modlitwy, chociaż wcale nie pobożnie i śpiąc prawie; poczym się położył. W pierwszym śnie słyszy silne do drzwi pukanie i zaraz potem, chociaż drzwi były zamknięte, widzi przed sobą swojego towarzysza w zmienionej i szkaradnej postaci.
Richard having gone home was undressing to go to rest, when he remembered that he had not recited that day, as usual, some “Hail Marys.” He was oppressed with sleep and very weary, yet he roused himself and recited them, although without devotion and only half awake. He then went to bed, and having just fallen asleep, he heard a loud knocking at the door, and immediately after, before he had time to open it, he saw before him his companion, with a hideous and ghastly appearance.
Ktoś ty jest?” zapytał. “Jakże, czy mnie nie poznajesz?” odpowiedział ten nieszczęsny. “Ale cóż się stało, żeś tak zmieniony, powiedział znowu Ryszard, tyś podobny do szatana.”— O! biada mi, wyjęknął tamten, potępiony jestem.” “A to jak?” zawołał przerażony Ryszard. Na co mu potępieniec: “Oto, gdym wychodził z tego piekielnego domu w którym byliśmy oba, szatan rzucił się na mnie i udusił. Ciało moje pozostało na ulicy, a dusza jest w piekle. A masz wiedzieć przy tym, że taż sama kara i ciebie czekała, lecz cię od niej uchowała przenajświętsza Panna, za jaką taką cześć którą Jej oddajesz, odmawiając ‘Zdrowaś Maryja’. Szczęśliwy będziesz, jeśli skorzystasz z upomnienia, z którym przysłała mnie do ciebie Matka Boska.” I to powiedziawszy, potępieniec roztworzył swoje odzienie, okazał płomienie piekielne i węże które go dręczyły, i znikł nagle.
Who are you?” he said to him. “Do you not know me?” answered the other. “But what has so changed you? you seem like a demon.” “Alas!” exclaimed this poor wretch, “I am damned.” “And how is this?” “Know,” he said, “that when I came out of that infamous house, a devil attacked me and strangled me. My body lies in the middle of the street, and my soul is in hell. Know that my punishment would also have been yours, but the blessed Virgin, on account of those few ‘Hail Marys’ said in her honor, has saved you. Happy will it be for you, if you know how to avail yourself of this warning, that the mother of God sends you through me.” After these words he opened his cloak, showed the fire and serpents that were consuming him, and then disappeared.
Wtedy młodzieniec zalawszy się łzami, padł twarzą do ziemi dla złożenia dzięków Maryi swojej wyswobodzicielce, a gdy zastanawiał się nad tym, co mu wypada czynić dla poprawy życia, w tejże chwili usłyszał dzwonienie na Jutrznię w klasztorze Franciszkanów. Zawołał tedy: “widać chce Pan Bóg, abym tam pokutował” i niezwłocznie udał się do klasztoru, z prośbą aby go ojcowie do zakonu przyjęli.
Then the youth, bursting into a flood of tears, threw himself with his face on the ground, to thank Mary, his deliverer, and while he was revolving in his mind a change of life, he bears the matin bell of a neighboring Franciscan Monastery. “It is there,” he exclaimed, “that God calls me to do penance.” He went immediately to the convent to beg the fathers to receive him.
Ci znając jego prowadzenie się, zrazu mu odmówili; lecz on im opowiedział z płaczem wszystko co dopiero zaszło, a dwóch zakonników poszedłszy na wskazaną przez niego ulicę znalazło tam w istocie trupa jego towarzysza czarnego jak węgiel.
Knowing how bad his life had been, they objected. But after he had related the circumstance which had brought him there, weeping bitterly all the while, two of the fathers went out to search in the street, and actually found there the dead body of his companion, having the marks of strangulation, and black as a coal. Whereupon the young man was received.
Ryszard przyjęty został do zakonu i żył bardzo przykładnie. Później udał się do Indyi dla głoszenia wiary, a stamtąd poszedł do Japonii, gdzie dostąpił szczęścia śmierci męczeńskiej, spalony zostawszy na stosie za Jezusa Chrystusa, którego wyrzec się nie chciał.
Richard from that time led an exemplary life. He went into India to preach the faith; from thence passed to Japan, and finally had the good fortune and received the grace of dying a martyr for Jesus Christ, by being burned alive.
Po dz dzień w kościele parafii z której był on rodem, czytać można na obrazie przedstawiającym jego męczeństwo, szczegóły jak palono go wolnym ogniem, chcąc zmusić do odstępstwa od wiary. (przyp. tłum. )

Uwaga: O. Ryszard od św. Anny poniósł śmierć męczeńską 10 września 1622 r. w Nagasaki, w Japonii. W r. 1867 Ojciec św. Pius IX policzył go w poczet błogosławionych. Wg niektórych źródeł z zawodu był krawcem.


Św. Alfons Liguori, Uwielbienia Maryi,
Kraków 1877, s. 217-219.
St. Alphonsus Liguori, The Glories of Mary,
New York 1852, pgs. 264-266.

Ryszard od św. Anny

wtorek, 12 października 2010

TWIERDZA

Bądź prosty przyjmując przykazania Boże, a chytry odpierając intrygi diabła.
św. Efrem Syryjczyk († 373)

Artur Grottger, Zakonnik
W czasach średniowiecza na pewnym obleganym zamku padł wódz. Pośród ogólnego zamętu kierowania obroną podjął się pewien wędrowny mnich. Niewiele o nim wiedziano ponad to, że jest człowiekiem pobożnym. Ku zdumieniu wszystkich, mnich bronił twierdzy bardzo dobrze. Wróg atakował z wielkim sprytem i przebiegłością. Wyszukiwał słabe punkty w murze, robił podkopy, używał strasznych taranów, imał się różnych machin oblężniczych. Wszystko na próżno. Mnich stale ubiegał wszystkie zakusy wroga. Dostrzegał na czas słabe punkty obronnego muru i posyłał tam zwiększone posiłki. Zniechęcony napastnik wreszcie odstąpił od obleganej twierdzy.
Kiedy po zwycięstwie mieszkańcy grodu świętowali, nie mogli się nadziwić, że obronił ich zwykły mnich.
- Świątobliwy ojcze, gdzieście się nauczyli sztuki bronienia twierdz? - zapytali go z szacunkiem srodzy wąsaci woje. - Przecie nie podczas odmawiania pacierzy?
Odpowiedział mnich:
- Podczas tej obrony nie wypuszczałem różańca z ręki. A poza tym wiedzcie, że nie ma wielkiej różnicy między żołnierką a życiem mnicha. Dusza ludzka jest jak twierdza. Ja od lat już wielu odpieram ataki złego ducha. To walcząc z nim nauczyłem się rozpoznawać na czas słabe punkty: lenistwo duchowe, brak modlitwy, uleganie pokusom. Dusza jak twierdza też ma obronne mury: jak tylko dostrzegam na nich jaką rysę, natychmiast posyłam tam zwiększone posiłki – dobre uczynki, wzmożoną modlitwę, post, umartwienie. Wiem, że gdybym nie zrobił tego na czas, drobna rysa poszerzyłaby się, stałaby się pęknięciem, szczeliną, wreszcie dziurą, przez którą wdarliby się wrogowie mej duszy – złe duchy i moje własne wady i słabości, przywodząc ją do upadku. Przeniosłem te reguły na obronę waszej twierdzy. O wiele łatwiej było mi bronić waszego zamku, niż strzec swej duszy przed atakami szatana.
Dziwowali się ludzie słysząc takie słowa. Mnich zaś powędrował dalej, aby nauczać chrześcijański lud.

FURMANKA

Ludzie przypominają skarbonki - im mniej są napełnione, tym więcej robią hałasu.
Marcel Achard

Spacerowałem z moim ojcem. Nagle zatrzymał się na zakręcie drogi i po chwili milczenia zapytał:
- Oprócz tego, że ptaki śpiewają, co słyszysz?
Pilnie nastawiłem uszu, po kilku sekundach odpowiedziałem:
- Słyszę odgłos jadącej furmanki.
- Otóż to! - odrzekł ojciec – Słyszysz głos pustej furmanki.
Zapytałem ojca:
- Jak możesz wiedzieć, że ta furmanka jest pusta? Przecież nie widzimy jej jeszcze.
Wtedy ojciec odrzekł:
- Bardzo łatwo rozpoznać, kiedy furmanka jest pusta, mianowicie po odgłosie, jaki wydaje: im bardziej pusta, tym bardziej hałasuje.
Mijały lata, stałem się człowiekiem dorosłym. Tamto wspomnienie jednak wciąż we mnie żyje. Kiedy słyszę osobę, która mówi za dużo i bez pokrycia; kiedy ktoś miele językiem krzykliwie podważając rzeczy słuszne, naciąga fakty, uprawia tanie krytykanctwo, szerzy nieprawdę – wtedy odnoszę wrażenie, jakbym znów słyszał słowa ojca sprzed lat: “Im bardziej pusta jest furmanka, tym bardziej hałasuje”. 





MŁOT I KOWADŁO - WYTAPIACZ ZŁOTA

MŁOT I KOWADŁO

Syn kowala chciał wyjechać do miasta na dalsze nauki. Przez wszystkie te lata pilnie się uczył w wiejskiej szkółce. W wolnych chwilach najmował się nawet do pracy u plebana. A to kozy pasał, a to książki w plebańskiej bibliotece odkurzał. W zamian za to ksiądz dobrodziej uczył go łaciny i greki. Chłopak przykładał się pilnie do nauki, ale tylko z największym trudem przyswajał sobie skomplikowane prawidła tych starożytnych języków. Proboszcz stale dodawał mu otuchy, a po cichu myślał sobie tak: 

- Kto wie, jak szkoły pokończy, to może duchowne powołanie odczuje, a ja stary nie stanę na sądzie Bożym z pustymi rękami, że to niby moja parafia żadnego kapłana z siebie nie wydała. Byłoby to w tej wsi pierwsze powołanie kapłańskie od założenia świata. Wielka zasługa dla mnie przed Tronem Najwyższego... 

Prawie wszyscy chłopakowi dobrze życzyli. Podziwiali jego pracowitość. Podnosili na duchu w trudnych chwilach... Nadszedł wreszcie czas próby. Syn kowala ukończył wiejską szkółkę i udawał się na dalsze nauki do miasta. Miał się tam przyjąć do gimnazjum! We wsi była to rzecz niesłychana, wszyscy patrzyli z podziwem, dumą – boć to swojak, ale i z zazdrością. Był to moment bardzo podniosły dla mieszkańców sioła.

Nie minęło dużo czasu i ... syn kowala powrócił. Szedł ze spuszczoną głową, powłócząc nogami, węzełek z książkami na plecach. Ludzie stali z otwartymi ustami, wybałuszali w zdumieniu oczy i ... nic nie pojmowali. Ojciec rozumiał, stał zawstydzony, w głowie biły mu kowalskie młoty... 

- Nie udało się, ojcze – powiedział syn. - Nie zdałem egzaminu z łaciny. Profesor był wymagający, srogi. Powiedział, że umiem za mało, żebym spróbował za rok. Ale nie mam na to ochoty, ani siły. Dam sobie z tym spokój, lepiej zajmę się kowalstwem.

Ojciec wziął syna za rękę i zaprowadził do kuźni. Tam podał mu ciężki młot i kazał z całej siły uderzać w kowadło, aż je zmiażdży. Zdziwiony syn zastosował się do życzenia ojca. Uderzał i uderzał ciężkim młotem, na kowadle oczywiście nie pojawiały się żadne ślady. Wreszcie zabrakło mu sił...

- Synu, – powiedział ojciec - kowadło pozostaje kowadłem. Jest twarde, twardo odpowiada na uderzenia młota. Taka już jest jego natura. Rzeczą młota jest uderzać, rzeczą kowadła jest wytrzymywać te uderzenia. Twoją zaś rzeczą jest bycie nieustępliwym wobec przeciwności losu. Masz być odporny na ciosy jak to kowadło. Nie poddawaj się, walcz o pomyślne jutro, spróbuj ponownie za rok.

Kowalski syn posłuchał rady ojca. Studiował pilnie przez cały rok. Przy wydatnej pomocy księdza dobrodzieja doszlifowywał swe językowe umiejętności. W końcu odniósł sukces: za rok zdał egzamin i przyjęli go wreszcie do gimnazjum.


WYTAPIACZ ZŁOTA

Wiecie, że złoto nie zawsze od razu jest czyste. Nieraz jego zanieczyszczone bryły muszą być poddane procesowi oczyszczania w piecu. Chodzi o to, aby szlachetny roztopiony kruszec połączył się ze sobą, a oddzielił od wszystkiego, co nieczyste. Zdarzyło się, że ktoś obserwował pracę takiego wytapiacza. Złotnik ów siedział przy piecu i uważnie obserwował roztopiony metal. Kiedy po długim czasie obserwacji uznał, że złoto jest całkowicie oczyszczone, przerwał proces rafinacji. Dociekliwy obserwator zadał mu takie pytanie: 

- Jak pan rozpoznaje, że wytapiany kruszec jest już oczyszczony? 

Złotnik odpowiedział mu: 

- Wiem, że złoto jest czyste wtedy, kiedy mogę rozpoznać odbijające się w nim moje oblicze.

Bóg także chce, aby rozbłysło w nas nasze do Niego podobieństwo. Jesteśmy stworzeni na Jego obraz. Obraz ten został w nas zanieczyszczony grzechami. Stwórca pragnie rozpoznać w nas siebie.


poniedziałek, 11 października 2010

UBOGI SZEWC

Kiedyś Archanioł Rafał zstąpił z nieba pod postacią żebraka. Odwiedził chatę ubogiego szewca. Powiedział mu tak:
- Bracie, już dłuższy czas nic nie jadłem. Jestem bardzo zmęczony. Chociaż nie mam ani grosza, chcę cię prosić, abyś zechciał dać mi co do zjedzenia i w międzyczasie naprawił moje sandały. Muszę bowiem dalej wędrować.
Szewc odrzekł mu tak:
- Jestem bardzo ubogim szewcem. Zmęczyło mnie już to ciągłe przychodzenie do mnie innych po prośbie. Wszyscy przychodzą, aby coś dostać, nikt nie przychodzi, aby coś mi dać!.
Archanioł odpowiedział:
- Mogę dać ci, co tylko chcesz.
Szewc zapytał:
- Nawet pieniądze?
Archanioł odrzekł:
- Tak. Mogę dać ci milion dolarów w zamian za... twoje nogi.
- Ależ, na co mi ten milion, jeślibym nie mógł chodzić, tańczyć, poruszać się o własnych siłach?, odpowiedział zdumiony szewc.
Wtedy Archanioł powiedział:
- W porządku, chcę ci dać dziesięć milionów dolarów w zamian za... twoje ręce.
Szewc odpowiedział:
- Ależ, na co mi dziesięć milionów, jeślibym jeść samodzielnie nie potrafił, ani pracować, ani zajmować się moimi dziećmi, i tyle innych rzeczy robić bym już nie mógł?
Archanioł kontynuował:
- A zatem, dam ci sto milionów dolarów w zamian za... twoje oczy.
Przestraszony już szewc odpowiedział:
- A na co mi się te dolary przydadzą, jeślibym nie mógł oglądać mojej rodziny, ani przyjaciół, ani podziwiać wschodów słońca, ani całego piękna otaczającego mnie świata?
Wtedy Archanioł Rafał podsumował:
- A widzisz, bracie, jakie bogactwa posiadasz. Za żadne pieniądze nie chcesz mi ich oddać. Jesteś przeogromnie bogaty, tylko nie zdajesz sobie z tego sprawy. 

POSŁUSZEŃSTWO

Większą wartość posiada modlitwa człowieka posłusznego niż sto tysięcy modlitw człowieka nieposłusznego.
Św. Koleta

Pewnemu człowiekowi ukazał się Pan Bóg i powiedział tak:

- Mam robotę dla ciebie. Przed twoim domem stoi skała. Masz ją popychać ze wszystkich sił. Wypełniaj pilnie to zadanie, a zostaniesz nagrodzony.
Człek ów przejął się mocno Bożym poleceniem. Od rana do nocy popychał tę skałę. Czas mijał i mijał. Człowiek coraz częściej miał poczucie, że jego praca była daremna. Diabeł zauważył tę frustrację i starał się zasiać mu w umysł ziarnka zwątpienia:

- Patrz, tyle już czasu się trudzisz i wszystko na nic! Skała jak stała, tak stoi. Nie przesunęła się nawet o milimetr!

Człowiek zaczynał poddawać się temu kuszeniu. Zadanie zlecone mu przez Pana Boga rzeczywiście zdawało się być ponad ludzkie siły. Te myśli wzmagały jeszcze jego złe samopoczucie, pogrążając go w rozpaczy. Szatan zaś szedł za ciosem:

- Człowieku, po co tracisz tyle czasu i wysiłku, skoro zadanie i tak jest niewykonalne? Udawaj tylko, że pracujesz. W życiu jest tyle przyjemnych rzeczy, które możesz robić. Pan Bóg już i tak dawno o tobie zapomniał!

Człowiek wreszcie postanowił dać temu spokój. Przedtem jednak chciał się jeszcze przed Pracodawcą wytłumaczyć, no bo było mu jakoś głupio. Stwórca, po wysłuchaniu zażaleń zmęczonego pracownika, odrzekł na te słowa skargi tak:

- Przyjacielu, ja prosiłem cię tylko, abyś popychał skałę. Nigdy nie powiedziałem, że masz ją obalić. Przychodzisz do mnie wyczerpany i mówisz, żeś poniósł porażkę. Spójrz jednak: twoje ręce i nogi są teraz mocne, masz rozrosłe barki i szeroką pierś, wyćwiczone ciało i żelazne zdrowie, jesteś pracowity i zdyscyplinowany. Czy to nie ma dla ciebie żadnej wartości? Nie wmawiaj mi, że przez twe długoletnie posłuszeństwo nic nie zyskałeś. A skała... ona nie stanowi w gruncie rzeczy żadnego problemu. Tę skałę ja sam przesunę, już teraz, w tej chwili, o patrz...


(źródło: Cristo Hoy 2006, rok XI, nr 626, s. 23) 

Św. Jan Vianney, proboszcz z Ars