Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 26 października 2010

ZŁY KOMUNISTA

Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Pańskim. Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne. Uznał nas za coś fałszywego i stroni od dróg naszych jak od nieczystości. 
(Księga Mądrości 2,12-16) 

Stom Matthias, Chrystus cierniem ukoronowany
Bezbożny od zawsze nienawidzi sprawiedliwego, a między złem i dobrem zieje otchłań, której nikt przekroczyć nie zdoła. Zdarzyło się podczas wojny domowej w Hiszpanii, był to rok Pański 1936, że dyszący nienawiścią do świętego Kościoła rzymskiego komuniści, dostali w swoje bezbożne ręce pewnego pobożnego kapłana Chrystusowego, który szczęśliwie dobiegał już kresu bojowania na tym łez padole. Nie bacząc na podeszłe lata tego czcigodnego starca, ani na reumatyzm, który pętał mu członki tak, że z trudem tylko i przy pomocy laski mógł się był poruszać, powlekli go pośród obelg i szyderstw do sławnego miasta Madrytu. Tam postawili go przed swoim zbójeckim trybunałem i prośbą i groźbą zmuszali do wyparcia się świętej katolickiej wiary. 

– Niech no obywatel przysięgnie, że Bóg nie istnieje! – naciskali złorzecząc i bluźniąc najwyższemu Imieniu. 

Wtenczas kapłan począł przedstawiać im racje przemawiające za rozumnością wiary a nierozumnością ich zapiekłego ateizmu. Tym bardziej jeszcze rozsierdził owych niesprawiedliwych sędziów-ateuszy. Odrzucili zatem wszelkie pozory przyzwoitości i otwarcie grożąc mu już śmiercią, nie bacząc na czcigodny jego wiek ani na opłakany stan zdrowia, nakłaniali go do natychmiastowego wyrzeczenia się wiary w Boga. Wtenczas kapłan spokojnie powiedział: 

- Jakże zaprzeczyć istnieniu Boga, jeśli On patrzy na nas w tej chwili i widzi nasze uczynki? 

Wtedy herszt komunistów zerwał się na równe nogi i do licznych swoich grzechów chciał dodać jeszcze ten jeden – czerwono błyskając oczyma, wyrwał rewolwer zza pasa, przyłożył go do serca kapłana i wyryczał: 

- Zaprzecz klecho istnieniu Boga, albo na miejscu cię ubiję! 

Ksiądz powstał z wielkim trudem i czepiając się kurczowo krawędzi stołu, wyrzekł dobitnie i mocno: 

- Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi… 

Od oblicza świadka Chrystusowego biła jasność, jakiej udzielić może jeno Prawda sama. Zatwardziały zaprzaniec, bo i on narodził się był chyba katolikiem, bezsilny wobec takiej odwagi gotowego na męczeństwo świadka, porzucił pistolet, rąbnął ręką w stół i wykrzyknął: 

- Ja nie potrafię zabić takiego człowieka! 

Może ktoś wie, co stało się potem? Co pomyśleli towarzysze o swoim kamracie, który dał dostęp do swego serca szlachetniejszemu uczuciu? Może, że był on złym komunistą? Bóg jeden wie, co z nimi potem się stało. Takich historii jak ta może było wiele. Ci dwaj pewnie już nie żyją. Obydwaj wiedzą teraz, że jest Bóg i jest nagroda za cnotę i kara za występek; obydwaj odebrali już swoje. Ale ta historia wciąż się powtarza i ta walka ciągle się toczy, aż – gdy skończy się czas próby - otchłań rozdzieli walczących; przepaść, której jedni i drudzy już nie przekroczą.

Źródło: Mauricio Rufino, Vademécum de ejemplos predicables (Editorial Herder), 
Barcelona 1962, N° 1099, s. 445-446.

wtorek, 19 października 2010

SIŁA PERSWAZJI

Pewien człowiek wdrapał się na wysokie drzewo i stamtąd krzyczał, że skoczy i zabije się. Zrobiło się zbiegowisko. Ludzie radzili, co robić. Baby płakały. Ktoś zadzwonił na policję. Ci przyjechali. Patrzyli. Myśleli. Ale tak naprawdę nikt nie wiedział, co począć w tej sytuacji. Sierżant krzyczał przez megafon, ażeby desperat złaził, ale tamten jeszcze bardziej się desperował i wydzierał, że skoczy.

Przyjechał negocjator, a z nim telewizja. Zrobił się wielki harmider. Potem pertraktacje, które na nic się nie zdały. W poczuciu fiaska rozmów, sołtys zaproponował, aby sprowadzić proboszcza. Posłali po niego. Przyszedł. Poprosił, aby wszyscy nieco się wycofali. Zbliżył się do drzewa, coś tam powiedział i wykonał ręką obszerny gest z góry w dół i z lewej do prawej, jak przy błogosławieństwie. Ludzie więc pomyśleli, że ksiądz desperata błogosławi i czekali na cud. 

A oto i cud zdarzył się naprawdę. Potencjalny samobójca po akcji księdza zszedł z drzewa chyżo a skwapliwie. Ludzie patrzyli i dziwili się. Sierżant spytał proboszcza:

- Toż to prawdziwy cud, to co ksiądz dobrodziej zrobił! 

Negocjator, trochę zazdrosny, też pogratulował: 

- Ja tyle studiów mam, tyle się nagadałem, i nic. A ksiądz ot tak sobie, przy pomocy samego błogosławieństwa tylko, tyle osiągnął. Że takie rzeczy się zdarzają, to ja bym nigdy w życiu nie pomyślał.

Proboszcz odpowiedział skromnie:

- Bynajmniej, to nie żaden cud tym razem. Ja wcale tego biedaka nie pobłogosławiłem, bo nie na to był czas, jeno na perswazje. Ja tylko jemu powiedziałem: „Złaź ty z drzewa prędko, bo jak nie to ja je zetnę.” I o tak, powiodłem ręką w dół i w poprzek, aby wzmocnić siłę perswazji, co wyście mylnie za błogosławieństwo wzięli. 

Wszyscy zdumieli się bardzo. Chwalili proboszcza, w gazetach o tym pisali. A desperat nie myślał już więcej o łażeniu po drzewach. Do dziś pewnie żyje, błogo i szczęśliwie. 

poniedziałek, 18 października 2010

ZŁOTY KLUCZ

Trzeba gorliwie zabiegać nam o zbawienie, aby diabeł podstępnie wprowadzając nas w błąd, nie oddalił nas od życia. 
Św. Barnaba

Pewien chłopiec śnił. We śnie tym najpierw ukazała mu się dobra wróżka. Uśmiechnęła się do niego mile i pokazała skarby, które z sobą przyniosła: zabawki przeróżne, ołowiane żołnierzyki, samochodziki na resorach, które to niegdyś tak bardzo radować potrafiły serca małych chłopców, i dużo innych rzeczy. Następnie rzekła:

- To wszystko ci dam, jeśli zechcesz być moim przyjacielem.

Chłopiec pożerał wprost wzrokiem te wszystkie cudne przedmioty. Już miał wyrazić zgodę, ale wtem pojawił się inny gość, wyglądał na księcia z jakiejś zaczarowanej krainy. Rozłożył na łóżku przepyszny, wielokolorowy koc i odezwał się w te słowa:

- Ten koc różnobarwny oznacza to wszystko, co ja mogę ci dać, jeżeli to moim przyjacielem zdecydujesz się zostać. Każda barwa to inny odcień wiedzy, sławy i uznania wśród ludzi. Dojdziesz do wielkich zaszczytów i znaczenia, jeśli to mnie weźmiesz za przyjaciela.

Chłopcu spodobała się ta oferta bardziej niż oferta wróżki. Już miał wyrazić zgodę, ale wtem pojawił się trzeci gość: był to ksiądz katecheta, którego znał ze szkoły. Ten rzekł:

- Synu, ja też mam ci coś do zaoferowania. Przyjmij to i zostaniemy przyjaciółmi.

Poczym wręczył mu niepozorne, drewniane pudełeczko.

Chłopiec zrazu wzgardził ofertą, tak niekorzystnie przedstawiała się ona w porównaniu z dwiema poprzednimi. Był wielce niekontent. Atoli ksiądz katecheta naciskał:

- Otwórz i zobacz, co jest w środku.

Chłopiec ustąpił. Otworzył. W środku znalazł złoty klucz. Ksiądz powiedział:

- Tym kluczem któregoś dnia otworzysz drzwi zamykające dostęp do raju. Strzeż go zatem pilnie, nie zgub. Ten złoty klucz to jest nasza święta katolicka wiara, dzięki której się zbawisz. Ta wiara, którą diabeł chce wyrwać z serca dzieci, młodzieży i dorosłych, aby nie dostali się do nieba. Ta wiara, której zbawiennych prawideł ty tak niechętnie się uczysz w szkole na lekcjach katechezy. Ta wiara, która tylu ma wrogów. Ona jest kluczem, co otwiera drogę do wiekuistego szczęścia…

Chłopiec obudził się. Którą z trzech ofert wybrał? Pan Bóg to wie. Okaże się to kiedyś, na Bożym sądzie. Ale każdy musi wybrać i ponieść konsekwencje wyboru – to jest żyć i umierać z tym, co wybierze.


Źródło: Mauricio Rufino, Vademécum de ejemplos predicables 
(Editorial Herder), Barcelona 1962, N° 378, s. 165.

czwartek, 14 października 2010

ZDROWAŚ MARYJO – HAIL MARY

O wiele rzeczy prosi się Boga i nie otrzymuje się tego; prosi się o to samo Maryję i otrzymuje się. Jakże się to dzieje? Dzieje się to wcale nie dlatego, żeby Maryja była potężniejszą od Boga; lecz że spodobało się Bogu tak dalece Ją uczcić, żeby modlitwy nasze Jej pośrednictwem poparte, były najskuteczniejsze.
Nicefor

W roku 1604 w jednym z miast belgijskich, mieszkało dwóch młodych uczniów, którzy zamiast przykładania się do nauki, oddawali się rozpuście. Nocy pewnej w której udali się do kobiety złego życia, jeden z nich, imieniem Ryszard, wkrótce odszedł, towarzysza pozostawiając.
In the year 1604 there lived in a city of Flanders two young students, who, instead of attending to their studies, gave themselves up to excesses and dissipation. One night, having gone to the house of a woman of ill fame, one of them, named Richard, after some time returned home, but the other remained.
Przybywszy do mieszkania, Ryszard zrzucał odzienie dla udania się na spoczynek, kiedy przypomniał sobie, że w dniu tym nie odmówił kilku “Zdrowaś Maryja,” jak to codziennie czynił na uczczenie przenajświętszej Panny. Ponieważ sen silnie go morzył, nie chciało mu się dopełnić tego; jednak przezwyciężył się i odmówił te zwykłe swoje modlitwy, chociaż wcale nie pobożnie i śpiąc prawie; poczym się położył. W pierwszym śnie słyszy silne do drzwi pukanie i zaraz potem, chociaż drzwi były zamknięte, widzi przed sobą swojego towarzysza w zmienionej i szkaradnej postaci.
Richard having gone home was undressing to go to rest, when he remembered that he had not recited that day, as usual, some “Hail Marys.” He was oppressed with sleep and very weary, yet he roused himself and recited them, although without devotion and only half awake. He then went to bed, and having just fallen asleep, he heard a loud knocking at the door, and immediately after, before he had time to open it, he saw before him his companion, with a hideous and ghastly appearance.
Ktoś ty jest?” zapytał. “Jakże, czy mnie nie poznajesz?” odpowiedział ten nieszczęsny. “Ale cóż się stało, żeś tak zmieniony, powiedział znowu Ryszard, tyś podobny do szatana.”— O! biada mi, wyjęknął tamten, potępiony jestem.” “A to jak?” zawołał przerażony Ryszard. Na co mu potępieniec: “Oto, gdym wychodził z tego piekielnego domu w którym byliśmy oba, szatan rzucił się na mnie i udusił. Ciało moje pozostało na ulicy, a dusza jest w piekle. A masz wiedzieć przy tym, że taż sama kara i ciebie czekała, lecz cię od niej uchowała przenajświętsza Panna, za jaką taką cześć którą Jej oddajesz, odmawiając ‘Zdrowaś Maryja’. Szczęśliwy będziesz, jeśli skorzystasz z upomnienia, z którym przysłała mnie do ciebie Matka Boska.” I to powiedziawszy, potępieniec roztworzył swoje odzienie, okazał płomienie piekielne i węże które go dręczyły, i znikł nagle.
Who are you?” he said to him. “Do you not know me?” answered the other. “But what has so changed you? you seem like a demon.” “Alas!” exclaimed this poor wretch, “I am damned.” “And how is this?” “Know,” he said, “that when I came out of that infamous house, a devil attacked me and strangled me. My body lies in the middle of the street, and my soul is in hell. Know that my punishment would also have been yours, but the blessed Virgin, on account of those few ‘Hail Marys’ said in her honor, has saved you. Happy will it be for you, if you know how to avail yourself of this warning, that the mother of God sends you through me.” After these words he opened his cloak, showed the fire and serpents that were consuming him, and then disappeared.
Wtedy młodzieniec zalawszy się łzami, padł twarzą do ziemi dla złożenia dzięków Maryi swojej wyswobodzicielce, a gdy zastanawiał się nad tym, co mu wypada czynić dla poprawy życia, w tejże chwili usłyszał dzwonienie na Jutrznię w klasztorze Franciszkanów. Zawołał tedy: “widać chce Pan Bóg, abym tam pokutował” i niezwłocznie udał się do klasztoru, z prośbą aby go ojcowie do zakonu przyjęli.
Then the youth, bursting into a flood of tears, threw himself with his face on the ground, to thank Mary, his deliverer, and while he was revolving in his mind a change of life, he bears the matin bell of a neighboring Franciscan Monastery. “It is there,” he exclaimed, “that God calls me to do penance.” He went immediately to the convent to beg the fathers to receive him.
Ci znając jego prowadzenie się, zrazu mu odmówili; lecz on im opowiedział z płaczem wszystko co dopiero zaszło, a dwóch zakonników poszedłszy na wskazaną przez niego ulicę znalazło tam w istocie trupa jego towarzysza czarnego jak węgiel.
Knowing how bad his life had been, they objected. But after he had related the circumstance which had brought him there, weeping bitterly all the while, two of the fathers went out to search in the street, and actually found there the dead body of his companion, having the marks of strangulation, and black as a coal. Whereupon the young man was received.
Ryszard przyjęty został do zakonu i żył bardzo przykładnie. Później udał się do Indyi dla głoszenia wiary, a stamtąd poszedł do Japonii, gdzie dostąpił szczęścia śmierci męczeńskiej, spalony zostawszy na stosie za Jezusa Chrystusa, którego wyrzec się nie chciał.
Richard from that time led an exemplary life. He went into India to preach the faith; from thence passed to Japan, and finally had the good fortune and received the grace of dying a martyr for Jesus Christ, by being burned alive.
Po dz dzień w kościele parafii z której był on rodem, czytać można na obrazie przedstawiającym jego męczeństwo, szczegóły jak palono go wolnym ogniem, chcąc zmusić do odstępstwa od wiary. (przyp. tłum. )

Uwaga: O. Ryszard od św. Anny poniósł śmierć męczeńską 10 września 1622 r. w Nagasaki, w Japonii. W r. 1867 Ojciec św. Pius IX policzył go w poczet błogosławionych. Wg niektórych źródeł z zawodu był krawcem.


Św. Alfons Liguori, Uwielbienia Maryi,
Kraków 1877, s. 217-219.
St. Alphonsus Liguori, The Glories of Mary,
New York 1852, pgs. 264-266.

Ryszard od św. Anny

wtorek, 12 października 2010

TWIERDZA

Bądź prosty przyjmując przykazania Boże, a chytry odpierając intrygi diabła.
św. Efrem Syryjczyk († 373)

Artur Grottger, Zakonnik
W czasach średniowiecza na pewnym obleganym zamku padł wódz. Pośród ogólnego zamętu kierowania obroną podjął się pewien wędrowny mnich. Niewiele o nim wiedziano ponad to, że jest człowiekiem pobożnym. Ku zdumieniu wszystkich, mnich bronił twierdzy bardzo dobrze. Wróg atakował z wielkim sprytem i przebiegłością. Wyszukiwał słabe punkty w murze, robił podkopy, używał strasznych taranów, imał się różnych machin oblężniczych. Wszystko na próżno. Mnich stale ubiegał wszystkie zakusy wroga. Dostrzegał na czas słabe punkty obronnego muru i posyłał tam zwiększone posiłki. Zniechęcony napastnik wreszcie odstąpił od obleganej twierdzy.
Kiedy po zwycięstwie mieszkańcy grodu świętowali, nie mogli się nadziwić, że obronił ich zwykły mnich.
- Świątobliwy ojcze, gdzieście się nauczyli sztuki bronienia twierdz? - zapytali go z szacunkiem srodzy wąsaci woje. - Przecie nie podczas odmawiania pacierzy?
Odpowiedział mnich:
- Podczas tej obrony nie wypuszczałem różańca z ręki. A poza tym wiedzcie, że nie ma wielkiej różnicy między żołnierką a życiem mnicha. Dusza ludzka jest jak twierdza. Ja od lat już wielu odpieram ataki złego ducha. To walcząc z nim nauczyłem się rozpoznawać na czas słabe punkty: lenistwo duchowe, brak modlitwy, uleganie pokusom. Dusza jak twierdza też ma obronne mury: jak tylko dostrzegam na nich jaką rysę, natychmiast posyłam tam zwiększone posiłki – dobre uczynki, wzmożoną modlitwę, post, umartwienie. Wiem, że gdybym nie zrobił tego na czas, drobna rysa poszerzyłaby się, stałaby się pęknięciem, szczeliną, wreszcie dziurą, przez którą wdarliby się wrogowie mej duszy – złe duchy i moje własne wady i słabości, przywodząc ją do upadku. Przeniosłem te reguły na obronę waszej twierdzy. O wiele łatwiej było mi bronić waszego zamku, niż strzec swej duszy przed atakami szatana.
Dziwowali się ludzie słysząc takie słowa. Mnich zaś powędrował dalej, aby nauczać chrześcijański lud.

FURMANKA

Ludzie przypominają skarbonki - im mniej są napełnione, tym więcej robią hałasu.
Marcel Achard

Spacerowałem z moim ojcem. Nagle zatrzymał się na zakręcie drogi i po chwili milczenia zapytał:
- Oprócz tego, że ptaki śpiewają, co słyszysz?
Pilnie nastawiłem uszu, po kilku sekundach odpowiedziałem:
- Słyszę odgłos jadącej furmanki.
- Otóż to! - odrzekł ojciec – Słyszysz głos pustej furmanki.
Zapytałem ojca:
- Jak możesz wiedzieć, że ta furmanka jest pusta? Przecież nie widzimy jej jeszcze.
Wtedy ojciec odrzekł:
- Bardzo łatwo rozpoznać, kiedy furmanka jest pusta, mianowicie po odgłosie, jaki wydaje: im bardziej pusta, tym bardziej hałasuje.
Mijały lata, stałem się człowiekiem dorosłym. Tamto wspomnienie jednak wciąż we mnie żyje. Kiedy słyszę osobę, która mówi za dużo i bez pokrycia; kiedy ktoś miele językiem krzykliwie podważając rzeczy słuszne, naciąga fakty, uprawia tanie krytykanctwo, szerzy nieprawdę – wtedy odnoszę wrażenie, jakbym znów słyszał słowa ojca sprzed lat: “Im bardziej pusta jest furmanka, tym bardziej hałasuje”. 





MŁOT I KOWADŁO - WYTAPIACZ ZŁOTA

MŁOT I KOWADŁO

Syn kowala chciał wyjechać do miasta na dalsze nauki. Przez wszystkie te lata pilnie się uczył w wiejskiej szkółce. W wolnych chwilach najmował się nawet do pracy u plebana. A to kozy pasał, a to książki w plebańskiej bibliotece odkurzał. W zamian za to ksiądz dobrodziej uczył go łaciny i greki. Chłopak przykładał się pilnie do nauki, ale tylko z największym trudem przyswajał sobie skomplikowane prawidła tych starożytnych języków. Proboszcz stale dodawał mu otuchy, a po cichu myślał sobie tak: 

- Kto wie, jak szkoły pokończy, to może duchowne powołanie odczuje, a ja stary nie stanę na sądzie Bożym z pustymi rękami, że to niby moja parafia żadnego kapłana z siebie nie wydała. Byłoby to w tej wsi pierwsze powołanie kapłańskie od założenia świata. Wielka zasługa dla mnie przed Tronem Najwyższego... 

Prawie wszyscy chłopakowi dobrze życzyli. Podziwiali jego pracowitość. Podnosili na duchu w trudnych chwilach... Nadszedł wreszcie czas próby. Syn kowala ukończył wiejską szkółkę i udawał się na dalsze nauki do miasta. Miał się tam przyjąć do gimnazjum! We wsi była to rzecz niesłychana, wszyscy patrzyli z podziwem, dumą – boć to swojak, ale i z zazdrością. Był to moment bardzo podniosły dla mieszkańców sioła.

Nie minęło dużo czasu i ... syn kowala powrócił. Szedł ze spuszczoną głową, powłócząc nogami, węzełek z książkami na plecach. Ludzie stali z otwartymi ustami, wybałuszali w zdumieniu oczy i ... nic nie pojmowali. Ojciec rozumiał, stał zawstydzony, w głowie biły mu kowalskie młoty... 

- Nie udało się, ojcze – powiedział syn. - Nie zdałem egzaminu z łaciny. Profesor był wymagający, srogi. Powiedział, że umiem za mało, żebym spróbował za rok. Ale nie mam na to ochoty, ani siły. Dam sobie z tym spokój, lepiej zajmę się kowalstwem.

Ojciec wziął syna za rękę i zaprowadził do kuźni. Tam podał mu ciężki młot i kazał z całej siły uderzać w kowadło, aż je zmiażdży. Zdziwiony syn zastosował się do życzenia ojca. Uderzał i uderzał ciężkim młotem, na kowadle oczywiście nie pojawiały się żadne ślady. Wreszcie zabrakło mu sił...

- Synu, – powiedział ojciec - kowadło pozostaje kowadłem. Jest twarde, twardo odpowiada na uderzenia młota. Taka już jest jego natura. Rzeczą młota jest uderzać, rzeczą kowadła jest wytrzymywać te uderzenia. Twoją zaś rzeczą jest bycie nieustępliwym wobec przeciwności losu. Masz być odporny na ciosy jak to kowadło. Nie poddawaj się, walcz o pomyślne jutro, spróbuj ponownie za rok.

Kowalski syn posłuchał rady ojca. Studiował pilnie przez cały rok. Przy wydatnej pomocy księdza dobrodzieja doszlifowywał swe językowe umiejętności. W końcu odniósł sukces: za rok zdał egzamin i przyjęli go wreszcie do gimnazjum.


WYTAPIACZ ZŁOTA

Wiecie, że złoto nie zawsze od razu jest czyste. Nieraz jego zanieczyszczone bryły muszą być poddane procesowi oczyszczania w piecu. Chodzi o to, aby szlachetny roztopiony kruszec połączył się ze sobą, a oddzielił od wszystkiego, co nieczyste. Zdarzyło się, że ktoś obserwował pracę takiego wytapiacza. Złotnik ów siedział przy piecu i uważnie obserwował roztopiony metal. Kiedy po długim czasie obserwacji uznał, że złoto jest całkowicie oczyszczone, przerwał proces rafinacji. Dociekliwy obserwator zadał mu takie pytanie: 

- Jak pan rozpoznaje, że wytapiany kruszec jest już oczyszczony? 

Złotnik odpowiedział mu: 

- Wiem, że złoto jest czyste wtedy, kiedy mogę rozpoznać odbijające się w nim moje oblicze.

Bóg także chce, aby rozbłysło w nas nasze do Niego podobieństwo. Jesteśmy stworzeni na Jego obraz. Obraz ten został w nas zanieczyszczony grzechami. Stwórca pragnie rozpoznać w nas siebie.


poniedziałek, 11 października 2010

UBOGI SZEWC

Kiedyś Archanioł Rafał zstąpił z nieba pod postacią żebraka. Odwiedził chatę ubogiego szewca. Powiedział mu tak:
- Bracie, już dłuższy czas nic nie jadłem. Jestem bardzo zmęczony. Chociaż nie mam ani grosza, chcę cię prosić, abyś zechciał dać mi co do zjedzenia i w międzyczasie naprawił moje sandały. Muszę bowiem dalej wędrować.
Szewc odrzekł mu tak:
- Jestem bardzo ubogim szewcem. Zmęczyło mnie już to ciągłe przychodzenie do mnie innych po prośbie. Wszyscy przychodzą, aby coś dostać, nikt nie przychodzi, aby coś mi dać!.
Archanioł odpowiedział:
- Mogę dać ci, co tylko chcesz.
Szewc zapytał:
- Nawet pieniądze?
Archanioł odrzekł:
- Tak. Mogę dać ci milion dolarów w zamian za... twoje nogi.
- Ależ, na co mi ten milion, jeślibym nie mógł chodzić, tańczyć, poruszać się o własnych siłach?, odpowiedział zdumiony szewc.
Wtedy Archanioł powiedział:
- W porządku, chcę ci dać dziesięć milionów dolarów w zamian za... twoje ręce.
Szewc odpowiedział:
- Ależ, na co mi dziesięć milionów, jeślibym jeść samodzielnie nie potrafił, ani pracować, ani zajmować się moimi dziećmi, i tyle innych rzeczy robić bym już nie mógł?
Archanioł kontynuował:
- A zatem, dam ci sto milionów dolarów w zamian za... twoje oczy.
Przestraszony już szewc odpowiedział:
- A na co mi się te dolary przydadzą, jeślibym nie mógł oglądać mojej rodziny, ani przyjaciół, ani podziwiać wschodów słońca, ani całego piękna otaczającego mnie świata?
Wtedy Archanioł Rafał podsumował:
- A widzisz, bracie, jakie bogactwa posiadasz. Za żadne pieniądze nie chcesz mi ich oddać. Jesteś przeogromnie bogaty, tylko nie zdajesz sobie z tego sprawy. 

POSŁUSZEŃSTWO

Większą wartość posiada modlitwa człowieka posłusznego niż sto tysięcy modlitw człowieka nieposłusznego.
Św. Koleta

Pewnemu człowiekowi ukazał się Pan Bóg i powiedział tak:

- Mam robotę dla ciebie. Przed twoim domem stoi skała. Masz ją popychać ze wszystkich sił. Wypełniaj pilnie to zadanie, a zostaniesz nagrodzony.
Człek ów przejął się mocno Bożym poleceniem. Od rana do nocy popychał tę skałę. Czas mijał i mijał. Człowiek coraz częściej miał poczucie, że jego praca była daremna. Diabeł zauważył tę frustrację i starał się zasiać mu w umysł ziarnka zwątpienia:

- Patrz, tyle już czasu się trudzisz i wszystko na nic! Skała jak stała, tak stoi. Nie przesunęła się nawet o milimetr!

Człowiek zaczynał poddawać się temu kuszeniu. Zadanie zlecone mu przez Pana Boga rzeczywiście zdawało się być ponad ludzkie siły. Te myśli wzmagały jeszcze jego złe samopoczucie, pogrążając go w rozpaczy. Szatan zaś szedł za ciosem:

- Człowieku, po co tracisz tyle czasu i wysiłku, skoro zadanie i tak jest niewykonalne? Udawaj tylko, że pracujesz. W życiu jest tyle przyjemnych rzeczy, które możesz robić. Pan Bóg już i tak dawno o tobie zapomniał!

Człowiek wreszcie postanowił dać temu spokój. Przedtem jednak chciał się jeszcze przed Pracodawcą wytłumaczyć, no bo było mu jakoś głupio. Stwórca, po wysłuchaniu zażaleń zmęczonego pracownika, odrzekł na te słowa skargi tak:

- Przyjacielu, ja prosiłem cię tylko, abyś popychał skałę. Nigdy nie powiedziałem, że masz ją obalić. Przychodzisz do mnie wyczerpany i mówisz, żeś poniósł porażkę. Spójrz jednak: twoje ręce i nogi są teraz mocne, masz rozrosłe barki i szeroką pierś, wyćwiczone ciało i żelazne zdrowie, jesteś pracowity i zdyscyplinowany. Czy to nie ma dla ciebie żadnej wartości? Nie wmawiaj mi, że przez twe długoletnie posłuszeństwo nic nie zyskałeś. A skała... ona nie stanowi w gruncie rzeczy żadnego problemu. Tę skałę ja sam przesunę, już teraz, w tej chwili, o patrz...


(źródło: Cristo Hoy 2006, rok XI, nr 626, s. 23) 

Św. Jan Vianney, proboszcz z Ars

ZBUNTOWANE DRZEWA (BAJKA)

Im prawdziwsza i doskonalsza będzie nasza zażyłość z Bogiem, tym bardziej ku nam będzie wychodzić jego Opatrzność. 
(Św. Franciszek Salezy)

Kołysząca się na wietrze wyniosła topola przemówiła raz do drzew w te słowa:

– Towarzysze drzewa, bracia moi! Dobrze wiecie, że to dzięki nam, drzewom, ludzie i zwierzęta mogą oddychać, ziemia dostaje swą ściółkę, ptaki zakładają gniazda w naszych gałęziach – jesteśmy dobrodziejami wszystkich i centrum wszystkiego! Jedno tylko Słońce nie chce uznać naszej wyższości. Przeciwnie, uważa, że to dzięki jego promieniom jesteśmy tym, czym jesteśmy. Inni też myślą, że życie nasze zależy od Słońca. Ale ja wiem, towarzysze drzewa, że to wszystko są bajki wymyślone po to, aby nas zastraszyć. Podnieśmy zatem bunt przeciwko Słońcu!

Zapadła cisza. Nigdy jeszcze nie słyszano takiego dyskursu. Niektóre stare dęby i wiązy poczuły się zgorszone i uznały za stosowne zaprotestować – zaczęły szumieć głośno i kołysać się w wielkim oburzeniu. Ale młodym drzewom spodobały się te nowe idee i na znak aprobaty skłoniły z szacunkiem swe wyniosłe korony przed zbuntowaną topolą. Ta napełniła się jeszcze większą pychą. Za jej poduszczeniem drzewa ogłosiły strajk przeciwko Słońcu – postanowiły zrzucić jego jarzmo, unikając jego promieni. Przeszły na nocny tryb życia – w ciemnościach chciały wzrastać, kwitnąć, wydawać wonie i wysypywać owoce. Zbuntowane drzewa podbechtały w międzyczasie także inne rośliny do buntu. Nawet zboża poszły za nową modą, i kwiaty ogrodowe też.

Ludzie wnet zauważyli, że w lesie i okolicy zaszła dziwna zmiana. Słońce świeciło jak zawsze, ale pąki na drzewach uparcie się od niego odwracały. Kwiaty pozostawały zamknięte i chyliły swe kielichy ku ziemi, jak najdalej od słonecznych promieni. Tak samo czyniły liście – byle tylko z dala od słonecznych promieni! W nocy natomiast działo się odwrotnie: pąki szukały ciepła w księżycowym blasku, kwiaty rozchylały swe kielichy i kierowały je ku księżycowym promieniom. Liście też próbowały przetrwać w tych nowych warunkach. Wszystko jednak na darmo – blade światło księżyca i nikłe promienie dalekich gwiazd nie mogły nikomu dać niezbędnej do życia energii. Piękna niegdyś okolica zbrzydła przeokropnie. Niektóre drzewa poumierały, najpierw te najstarsze, co były przeciw rebelii – ich uschłe kikuty robiły upiorne wrażenie i straszyły przechodniów. Młodsze żyły jeszcze, ale były skarlałe, ich owoce robaczywe, ich na wpół zgniłe liście wydawały obmierzłą woń. Mieszkańcy coraz częściej wynosili się z tej bogatej niegdyś okolicy. Wszędzie panowało przygnębienie, smutek i nuda. Raz po raz zbuntowane drzewa chciały wrócić do Słońca, ale ich pełna pychy przywódczyni przekonywała je, że właśnie teraz są wolne i szczęśliwe.

Dopiero po długim, długim czasie ślepota ustała i drzewa zrozumiały, że nie ma życia bez Słońca. I chciałyby powrócić do dawnego zdrowia i dawnej świetności, ale trudno im było, bo tyle zapomniały, zaprzepaściły, zatraciły. I nikt nie pyta nawet o liczbę drzew uschłych – ofiar tego buntu. Strat tych jeszcze nie oszacowano, a już najmłodsze drzewa podnoszą po raz kolejny do góry swe pyszne korony i szykują się do nowego buntu. Już kołysze się na tle nieba kolejna zbuntowana topola. Tych ostatnich, na nieszczęście, nigdy nie brakuje. Historia kołem się toczy.

(T. Tóth, Cristo Rey o Jesucristo y Nuestro Siglo,
Buenos Aires 1944, s. 86-88)

MADONNA Z OBRAZU

We wszystkich naszych cierpieniach, tak duszy jak i ciała, po Bogu winniśmy pokładać największą ufność w Dziewicy Maryi. 
(św. Jan Maria Vianney)

Ołtarz w kościele Matki Bożej Różańcowej
w Kłodzku
Opowiadają ludzie, że Ernest, późniejszy pierwszy arcybiskup Pragi, zmarły w opinii świętości wielki czciciel Maryi, w latach swych młodzieńczych nie był zbyt świątobliwy. Pewnej niedzieli podczas Mszy w kościele parafialnym w Kłodzku, gdy chór odśpiewywał Ave Maria, młodzieniec ów miał wizję. Dostrzegł, że Madonna na obrazie zaczęła odwracać od niego głowę jak ktoś, kto pragnie uniknąć przykrego widoku.

Zasmucił się młody człowiek, bo doszedł do wniosku, że przyczyną nieukontentowania Matki Bożej były jego młodzieńcze grzechy. Skruszony, natychmiast zaczął usilnie błagać Najświętszą Panienkę o dopomożenie w nawróceniu i wyjednanie dlań łaski przebaczenia, tak aby ponownie mógł podobać się Bogu i cieszyć oglądaniem Jej świętego oblicza. Kiedy chór doszedł do słów: „Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć”, postać z obrazu zaczęła na powrót odwracać głowę. Powróciwszy do normalnej pozycji, spojrzała łaskawie na skruszonego grzesznika. 

Chłopiec nikomu nie opowiedział o tym widzeniu, ale wywarło ono ogromny wpływ na jego dalsze życie. Dopiero na łożu śmierci sławny już arcybiskup opisał tę cudowną wizję i poprosił, aby ciało jego pogrzebać – o dziwo! – nie w katedrze w Pradze, ale właśnie w kościele parafialnym w Kłodzku, w miejscu, na które padało łaskawe spojrzenie Madonny z obrazu.

Francisco Spirago, Catecismo en ejemplos, Barcelona 1940, t. 2, s. 82.


SZCZĘŚCIE, KTÓRE ODESZŁO - TRZEJ STARCY

Jeśli chciałoby się być tylko szczęśliwym, cel osiągnie się szybko, jednak chciałoby się być szczęśliwszym niż inni. A to trudne, ponieważ zwykle uważamy ich za szczęśliwszych, niż są w rzeczywistości. 
Monteskiusz

Franciszek Ejsmond, Ciche szczęście, 1887


SZCZĘŚCIE, KTÓRE ODESZŁO

Żył sobie raz człowiek, który powinien był być szczęśliwy. Ani nadmierne bogactwo, ani wielka bieda niestały się jego udziałem. Za żonę miał niewiastę urodziwą, choć niektórzy nie uznaliby ją może za olśniewającą piękność. Była osobą roztropną i pracowitą, choć owszem, nieraz zrzędziła i narzekała na ciężkie czasy. Dzieci miał zdrowe i udane, a jeśli trochę rozpuszczone, to nie bardziej niż inne. Miał on ładny domek z kawałkiem ogrodu, choć nikt nie nazwałby go willą. Miał cichą i spokojną pracę. Zarabiał w miarę dobrze, choć nie tyle, aby móc szastać pieniędzmi na lewo i prawo. Miał akurat tyle, ile mędrcy mówią, że wystarcza do szczęścia. Mimo tak pomyślnej koniunktury, człowiek ów nie uważał się za szczęśliwca. Co gorsza, doszedł w końcu do przekonania, że był nieszczęśliwy! Stopniowo rodziło się w nim poczucie niezadowolenia, niespełnienia i frustracji...

– Wyruszę na poszukiwanie szczęścia! Co mi tam rodzina... – postanowił sobie pewnego dnia.

I porzucił rodzinę i dom. Poszedł w szeroki świat, w nieznane. Wkrótce napotkał tam wesołych kompanów, nie stronił od kieliszka. Począł tracić czas na hulankach i swawolach. Próbował tego i owego, szukał szczęścia, ale doświadczał tylko jego lichych pozorów i namiastek. W tej pogoni za marnościami światowymi szybko minęły mu najlepsze lata życia. Człowiek ów schudł i postarzał się. Jak to kiedyś powiedział jakiś poeta – twarz mu zbledła, włosy zrzedły, pozostały mu już tylko nieliczne zęby... Hulaszczy tryb życia stał się nadto przyczyną melancholii, dręczących wyrzutów sumienia. W tak żałosnym położeniu grzesznik ów zdecydował się wreszcie na powrót do rodzinnego gniazda. Zbliżając się do porzuconego przed laty domu, dostrzegł na jego progu jakąś cudną postać, jasną i ulotną, która machała mu zwiewnie ręką na pożegnanie.

– Kim jesteś? – zapytał powracający mąż i zgorzkniały ojciec.

– Jestem szczęście, któregoś niefortunnie nie chciał uznać za swoje. Przez długie lata jam tu na ciebie czekało,
aleś nie chciał wracać. Teraz nic tu po mnie, bo twój czas na szczęśliwość przeminął. Tym razem to ja muszę porzucić ciebie. Żegnaj na zawsze, człowieku ślepy i nieszczęśliwy! Z wnętrza domu doszły go żałobne lamenty. To nad umarłą małżonką tak płakano. Praca ponad siły i życie porzuconej żony napełniły kobietę goryczą i skróciły jej dni. Dorosłe już dzieci nie rozpoznały, a może rozpoznać nie chciały, wychudłego ojca-hulaki, co roztrwonił szczęście ich i swoje...

oprac. za: Tihamér Tóth, Cristo Rey o Jesucristo y Nuestro Siglo,
Buenos Aires 1944, s. 135.


TRZEJ STARCY

Pewna kobieta wyszła z domu i spostrzegła trzech siwobrodych starców, jak wsparci o podróżne kostury stali przed jej domem. Mimo że ich nie znała, postanowiła ich ugościć.

- Proszę wejść do środka na mały poczęstunek, czcigodni podróżni, pewnie jesteście drogą zmęczeni i głodni – zwróciła się do nich uprzejmie.

- A czy twój mąż, dobra kobieto, jest w domu? - zapytali.

- Nie, wyszedł na jarmark do miasta – odpowiedziała.

- A zatem nie możemy wejść pod twój dach. Poczekamy tu na zewnątrz, aż wróci. To już niedługo

Faktycznie, dzień miał się ku wieczorowi. Kiedy mąż wrócił, żona opowiedziała, co zaszło

- Idź szybko, powiedz, że jestem w domu, zapraszam ich na kolację, a także proponuję nocleg – polecił jej mąż, który wielką wagę przykładał do świętego prawa gościnności.

Kobieta wyszła, odnalazła starców odpoczywających nieopodal i powiedziała:

- Ja i mąż zapraszamy was na wieczerzę i na nocleg, czcigodni podróżni. Jest już późno, to niedobrze po trudach wędrówki nocować na dworze, z pustymi brzuchami na dodatek.

Starcom spodobały się słowa gościnnej niewiasty. Najdostojniejszy z nich odezwał się tak:

- Dobra kobieto, pozwól że najpierw się przedstawimy. Ten mój towarzysz tu ma na imię Obfitość, ten drugi Sukces, a ja nazywam się Miłość. Rzeczywiście przybywamy z dalekiego świata i bardzo pragniemy gościny. Ale jest mały problem. Nie możemy wejść pod twój dach wszyscy jednocześnie, ale tylko pojedynczo, każdy osobno. Wracaj więc do swego domu i uradź z mężem, którego spośród nas trzech chcecie przyjąć dziś w gości. Zastanówcie się dobrze.

Zdziwiona kobieta poszła do domu i opowiedziała mężowi o odpowiedzi podróżnych. Był on tym zachwycony i zawołał:

- Widzę, że są to wysłannicy nieba, którzy zstępują ponoć czasem na ten padół płaczu. W tym wszystkim jesteśmy chyba wystawiani na jakąś próbę. Trzeba uważać i dobrze wybrać... Zaprośmy pod nasz dach Obfitość. W ten sposób nigdy już nie będziemy cierpieć biedy!?

Jednak kobieta miała inne zdanie i chciała zaprosić Sukces. Wmieszała się jednak córka i zaproponowała:

- A czy nie lepiej zaprosić Miłość? Dopiero wtedy cały nasz dom będzie szczęśliwy!

Rodzice zgodzili się, że córka ma rację. Kobieta czym prędzej pobiegła do starców.

- Który z czcigodnych nazywa się Miłość? - zapytała. - Proszę, niech wejdzie pod nasz dach. To jego zapraszamy! 

Zaproszony powstał i skierował swe kroki ku wiejskiej chatce, ale o dziwo!, dwaj pozostali również powstali i szli w ślad za nim.

Kobieta była zdziwiona i zapytała Obfitość i Sukces:

- Ja zaprosiłam tylko Miłość, dlaczego więc i wy idziecie?

Starcy odpowiedzieli jej równocześnie:

- Gdybyś zaprosiła pod swój dach tylko Obfitość lub tylko Sukces, dwaj inni musieliby pozostać na zewnątrz. Ponieważ jednak zaprosiłaś Miłość, to i my za nią iść musimy, jako że zawsze jej towarzyszymy, dokądkolwiek by się ona nie udawała.






O SMUTNYM KOŃCU PEWNEGO ŁAKOMCA – THE SAD END OF A COVETOUS MAN

Jacopo Ligozzi, Chciwość




Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy. 
(Św. Paweł z Tarsu)






Zabawną powtarzają powiastkę o pewnym łakomcu, który o niczym więcej nie marzył, jak tylko o pomnożeniu fortuny. Obawiając się, aby mu kto nie zabrał ukochanego skarbu, wykopał pod piwnicą jamę i opatrzył ją żelaznymi drzwiami w taki sposób, iż niełatwo widzieć się dały. Tam ukrywał zdobyte pieniądze i przyglądał się z rozkoszą swemu bałwanowi.
A man, who, in early life, had been liberal and generous, at a later period, received a great increase of fortune, became passionately fond of money, and thought of nothing else than to increase his wealth. Tormented with the fear of being robbed of his treasure, he had a vault, with an invisible iron door, made in his cellar. There he secretly deposited his hoards of gold and silver, and thither he frequently retired, to view those riches on which his heart was fixed.
Razu jednego niosąc do swej jaskini znaczną sumę, zapomniał wyjąć klucz, - zatrzasnął za sobą drzwi i przeliczał ukryte skarby. Nacieszywszy się ich widokiem, chciał wyjść, ale nie mogąc drzwi otworzyć ujrzał się bliskim zguby. Można sobie wyobrazić smutne jego położenie w tej chwili. Zdawało się domownikom, że wołał i pukał przez czas długi, ale któż mógł pomyśleć, że się pod ziemią znajdował? –
On a certain day, when entering this gloomy retreat, he forgot to draw the key out of the lock and take it with him. When he had sufficiently indulged in the contemplation of his wealth, he prepared to return; but the door was locked, and he found himself imprisoned within the vault. Imagine his despair in this moment of horror. In vain did he try to force the door; in vain did he endeavor to make his cries be heard. No one could hear his voice; no one was acquainted with his secret.
Kiedy po upływie kilku dni nie pokazywał się ów chciwiec, rodzina jego niepokoiła się bardzo. Szukano, wypytywano się w okolicy, lecz na próżno; mniemano, że się utopił, zamordowany został, lub innemu uległ nieszczęściu.
His family, not knowing what had become of him, were extremely uneasy. They sought him in every part of the town and neighborhood, but in vain; and, at length, concluded that he had come to some untimely end.
W tym właśnie czasie pewien zamecznik (ślusarz) dowiedziawszy się o tym wypadku, przypomniał sobie, że przed kilku laty owemu chciwcowi robił potajemnie drzwi żelazne z zamkiem i sprężyną, i że bardzo być może, iż się nimi przypadkiem zamknął; potem wskazał miejsce, w którym drzwi osadzał.
Several weeks after, a lock-smith, who then resided in a distant town, hearing of the event, recollected that this person had formerly given him a secret order to make an iron door, with a spring lock; and it occurred to him, that the unhappy man might possibly have shut himself within, and so perished. He mentioned the circumstance to the family, and conducted them to the spot where the secret door was placed.
Po odkopaniu znaleziono trupa zgniłego i roztoczonego od robactwa. Odkryto też nagromadzone sumy, prawdziwe skarby gniewu i przekleństwa Bożego.
They opened it and, to their utter astonishment, beheld the body of the wretched man, half devoured by worms! The whole mystery of his avarice was at once unfolded. They searched, and found immense riches within the vault; "treasures of wrath," in the sight of the Almighty, which the unhappy miser had heaped together, for his own condemnation.
Św. Jan Chrzciciel de la Salle,Obowiązki chrześcijanina względem Boga, Tarnów 1881, s. 223-224.
St. John Baptist de la Salle, A New Treatise on the Duties 
of a Christian Towards God, Montreal 1869, pgs. 213-214.

NOS TAMERLANA

Jesteśmy tak próżni, że zależy nam nawet na opinii tych ludzi, na których nam zupełnie nie zależy.
Marie von Ebner-Eschenbach


Tamerlan
Wieść gminna niesie, że straszliwy władca Tymur Chromy, zwany też Tamerlanem, miał ponoć mały defekt – nieforemny, przeogromny nochal! Nieustraszony w boju, tutaj żalił się i skarżył ponoć jak dziecko:

- Mam tyle władzy i tyle bogactw, ale Allach karze mnie tym straszliwym nosem. Nawet nie mam odwagi zbliżyć się do zwierciadła! - narzekał. 

- Ojcze, – rzecze doń syn – nie przystoi ci tak rozpaczać. Jesteś wszak władcą połowy świata! Daj więc spokój z tym nosem i pozwól się wreszcie sportretować. Przyszłe pokolenia muszą wiedzieć, jak wyglądał jeden z największych wojowników! 

- W żadnym razie! Wszyscy ludzie, teraz i potem, będą się śmiali do rozpuku oglądając mój nos. Ani im przyjdzie na myśl mój strategiczny geniusz. Wolę być zapomnianym niż wyśmiewanym! 

- Ojcze, postaw określone warunki. Artysta już będzie wiedział, jak wykonać swoją robotę, bez uchybienia twemu królewskiemu majestatowi. 

- Zgoda, pozwolę się sportretować, ale pod warunkiem, że malarz ukryje mój defekt. Biada mu jednak, jeśli okaże się nieudacznikiem. 

Heroldzi rozjechali się po całym kraju, ogłaszając królewską ofertę. Nie ukrywali, że sprawa jest trudna i niebezpieczna: na śmiałka czekała albo wielka nagroda, albo... wielka kara. Mimo ryzyka natychmiast pojawiło się trzech odważnych. Przyprowadzono przed królewskie oblicze pierwszego: 

- Pokój wam, królu. Oto jestem. Powiedzcie mi, co mam uczynić? 

- Masz mnie dobrze sportretować. A wiesz, jak niebezpieczne jest to przedsięwzięcie? – zapytał król. 

- Wiem, o mój królu, słyszałem co nieco. Pokładam jednak wielką ufność w mojej sztuce. 

- W porządku, ale biada ci, jeśli sztuka twa cię zawiedzie. 

- Nie ma obawy, królu. Jestem wielkim mistrzem. Kiedy możemy zaczynać?... 

Pierwszy malarz sportretował króla tak, jak wyglądał – z całym realizmem tryumfalnie wystającego ptasiego nosa. Monarcha wpadł w straszny gniew: 

- Myślisz, że możesz szydzić sobie ze mnie? Żołnierzu, odprowadźcie tego zuchwalca i niech odbierze zasłużoną karę. A o całej tej sprawie nie chcę już więcej słyszeć... 

Następnego dnia jednak pojawił się przed królewskim obliczem kolejny artysta. 

- Pokój wam, królu, jestem głęboko wzruszony. Przybywam na wasz rozkaz, aby przekazać potomnym wspaniałość waszego oblicza – wyjąkał z przestrachem. 

- Lepiej byłoby dla ciebie, abyś tu nie przychodził. Ale jak sam chcesz. Zabieraj się zatem do roboty. 

- Dzięki, królu. Nie zawiedziesz się na mnie... 

Artysta namalował króla w całej okazałości. Były wierny we wszystkich szczegółach, za wyjątkiem jednego: zamiast przeogromnego nochala namalował królowi mały, zadarty nosek. 

Straszliwy ryk króla wstrząsnął posadami pałacu. 

- Oj, biada, co za idiota! Toż ty już jawnie szydzisz sobie ze mnie, nieszczęśniku! Żołnierzu, wyprowadzić stąd natychmiast tego głupca! I niech odbierze zaraz zasłużoną karę. A o całej tej sprawie nie chcę już więcej słyszeć... 

Ale cała sprawa wcale się nie zakończyła. Bo oto pojawił się trzeci artysta. Był niskiego wzrostu, miał na nosie niezwykłą w tamtych czasach rzecz - okulary, zza których wyzierały mądre oczy. Z całej jego postaci emanowała wielka pewność siebie: 

- Bądź pozdrowiony, królu – powiedział z powagą i ukłonił się dwornie. - Wybacz mi zuchwałość, ale wiem, że lubisz łowy. Zamierzam namalować cię w akcji podczas łowów... 

Król był zdumiony takim obrotem sprawy. Kimże był ten człowiek o wyglądzie wędrownego nauczyciela? By nie przedłużać kłopotliwej sytuacji, król trochę niepewnie: 

- Zabieraj się do roboty... 

Trzeci malarz zmierzył króla od stóp do głów bystrym spojrzeniem i zaczął pracować. Dzieło było gotowe nadspodziewanie szybko. Przedstawiony na nim władca był w trakcie polowania na lisa. W ręku dzierżył łuk w ten sposób, że przesłaniał on królewski nos. 

- Tak, ten portret może być przekazany potomnym. Zasłużyłeś malarzu na nagrodę. Zabieraj ją i zniknij, zapominając o wszystkim. A o całej tej sprawie nie chcę już więcej słyszeć... 

TRZY FAJKI

Nie chowaj nienawiści po wieczne czasy, ty, który sam nie jesteś wieczny. 
Arystoteles


Pewien Indianin stanął przed kacykiem bardzo rozgniewany: 

- Mój sąsiad dopiero co ciężko mnie obraził! 

Włosy jego jak pióra zjeżone stały mu na głowie, oczy miotały pioruny. 

- I co zamierzasz uczynić? – zapytał stary wódz. 

- Pomszczę zniewagę, zabiję łajdaka bez litości! – odrzekł obrażony i począł opowiadać, co mu się przydarzyło... 

Kacyk uważnie wysłuchawszy opowieści, dał mu taką radę: 

- Uczyń, jak żeś zamierzył. Ale przedtem jedna moja prośba: Usiądź sobie spokojnie pod świętym drzewem naszej wioski, zakurz fajkę, przemyśl wszystko gruntownie. 

- Uczynię tak, jak mi radzisz, Wodzu, ale potem zabiję tego niegodziwca bez litości!... 

Rozgniewany człek poszedł zasiąść pod świętym drzewem, kurzył, rozmyślał. Czas płynął. Kiedy skończył, wystukał popiół z fajki, wrócił do kacyka i ozwał się w te słowa: 

- Szefie, przemyślałem tę sprawę lepiej. 

- I co zdecydowałeś? – zapytał cierpliwy starzec. 

- Myślę, że zabić za tę zniewagę to za dużo. Strzelę go tylko w pysk, ale tak potężnie, że na długo mnie popamięta! 

- Tak, ten pomysł wydaje się dobry. Człowiek ten pewnie na to zasłużył. Idź jednak jeszcze raz pod święte drzewo, zakurz drugi raz i pomedytuj jeszcze! Wróć potem tu i podziel się ze mną twymi przemyśleniami. 

- Uczynię tak, ale potem... niech mój przeciwnik ma się na baczności! 

Rzecz się powtórzyła. Rozgniewany człowiek kurzył i medytował, jeszcze bardziej się uspokoił. Wrócił do wodza i powiedział: 

- Szefie, jeszcze gruntowniej przemyślałem tę sprawę. Chyba nie warto go bić... 

- I cóż zamierzasz uczynić? - zapytał mądry kacyk. 

- Porozmawiam z nim. Publicznie go oskarżę i zawstydzę wobec wszystkich! Na tym jednak poprzestanę... 

Kacyk ponownie przyznał rację rozgniewanemu współbratu. Kolejny atoli raz wysłał go pod święte drzewo wioski. Udał się tam tym razem niechętnie. Ileż w końcu razy można kurzyć fajkę? Palił, rozmyślał, medytował, przemieniając w dym resztkę tabaki i resztę gniewu. Kiedy skończył, udał się do wodza i powiedział: 

- Przemyślałem rzecz całą kolejny raz: gra nie jest warta świeczki! Pójdę do tego łajd... to jest do tego sąsiada i wyciągnę rękę na zgodę. Pragnę w ten sposób zyskać przyjaciela, ufam, że pożałował on już swego haniebnego uczynku. 

Stary wódz spojrzał nań i powiedział: 

- Od samego początku chciałem Ci dać tę właśnie radę – idź i pojednaj się z twoim przeciwnikiem! 

- Czemuś zaś tego nie uczynił, Wodzu? – zapytał zdziwiony Indianin. 

- Potrzebowałeś czasu, aby samemu to odkryć...

Źródło: M. Menapace, Las tres pipas,
w: Cristo Hoy 2006, rok XII, nr 641, s. 23.