Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 5 grudnia 2011

ŚMIERĆ SZOPENA

Abyś źle nie umarł, żyj dobrze: jak żołnierz na warcie, bądź zawsze gotów!
bł. Michał Kozal

A jak umierał nasz wielki kompozytor mu­zyczny, Fryderyk Chopin (czyt. Szopen)? Serdecz­ny jego przyjaciel ks. A. Jełowicki tak opisuje ostatnie chwile Szopena:

„Dano mi znać, że Fryderyk może nocy nie przeżyje. Pobiegłem do niego. Chodziło mi o to, aby przed śmiercią przyjął Sakramenta. W pe­wnej chwili z wielką miłością powiedziałem:

- Przyjacielu, daj mi duszę twoją!
- Rozumiem cię, weź ją! - odpowiedział Szopen i usiadł na łóżku.

Wtedy ogarnęła mię radość i trwoga. Jakże wziąć tę miłą duszę i oddać Bogu? Padłem na ko­lana i w sercu zawołałem do Boga:

- Panie, bierz ją sam!

I podałem Szopenowi Pana Jezusa Ukrzyżo­wanego. Wziął krzyż w obie ręce. Z oczu trysnę­ły mu łzy.

- Czy wierzysz? - zapytałem.
- Wierzę, - odpowiedział.
- Jak cię matka nauczyła?
- Jak mnie matka nauczyła,

I, wpatrując się w Pana Jezusa Ukrzyżowane­go, w potoku łez odbył spowiedź świętą. Przyjął Wiatyk i Ostatnie Namaszczenie, o które sam prosił. Od tej chwili przemieniony łaską Bożą, owszem, Samym Bogiem, stał się jakby innym człowiekiem.

Tegoż dnia zaczęło się jakby konanie, które trwało cztery dni i noce. W największych boleś­ciach dziękował Bogu i wypowiadał żądzę miłos­ną połączenia się z Bogiem. Siostra Szopena klę­czała przy łóżku i modliła się.

17 października już mu tchu nie stawało. Tłum przyjaciół wcisnął się do pokoju. Wtem Szo­pen, otworzywszy oczy, zapytał:

- Co oni tu robią? Czemu się nie modlą?

I padli wszyscy ze mną na kolana i odmówi­liśmy Litanię do Wszystkich Świętych.

Dzień i noc prawie trzymał mnie za obie rę­ce, mówiąc:

- Ty mnie nie opuścisz w lej stanowczej chwili. —

I tulił się do mnie, jak dziecko tuli się do mat­ki, gdy mu coś grozi. Co chwila wołał: - Jezus, Maryja! — i całował krzyż z zachwytem wiary, na­dziei i wielkiej miłości. Słabnącym głosem mówił:

- Kocham Boga i kocham ludzi! ... Dobrze mi, że umieram... Siostro moja kochana, nie płacz... Nie płaczcie, przyjaciele moi... czuję, że umieram... Módlcie się za mną, dowidzenia w niebie! —

I w samem skonaniu jeszcze raz powtórzył naj­słodsze Imiona: Jezus, Maryja, Józef, przycisnął krzyż do ust i do serca i ostatnim tchnieniem wy­mówił te słowa:

- Jestem już u źródła szczęścia. 

I skonał...”

Tak umierał jeden z najsławniejszych muzy­ków świata, nasz rodak, Fryderyk Szopen dnia 18 października 1849 roku. Umarł w Paryżu, tylko serce jego spoczywa w kościele św. Krzyża w Warszawie.

O swej śmierci trzeba często sobie przypomi­nać. Głupio robią ci, co uciekają przed myślą sa­mą, że będą kiedyś umierać. Do śmierci tak się go­tuj, aby twoja śmierć była śmiercią sprawiedli­wego.

Ks. Dr Julian Młynarczyk, Walka o dusze ludzkie, Nakładem Centrali Milicji Niepokalanej, Niepokalanów 1936, Wyd. trzecie, s. 98-101.

sobota, 3 grudnia 2011

ODZYSKANE DUSZE

Nawrócenie jest sprawą chwili; uświęcenie jest dziełem całego życia. 

Św. Josemaría Escrivá de Balaguer


Niezwykłe wrażenie wywołał w Hiszpanii list otwarty, niedawno napisany przez niejakiego Henryka Matora. Ów Mator był najwybitniejszym działaczem komunistycznym w Hiszpanii i kie­rownikiem komitetu młodych komunistów hisz­pańskich. Oczywiście, jako zagorzały komunista, błotem obrzucał Kościół katolicki i w nic nie wierzył.

Co on pisze w tym liście, który kazał wydru­kować w gazetach hiszpańskich?

Pisze tak:

- Towarzysze! Głęboko i długo namyślałem się nad tym, do czego prowadzi bezbożność. Do­szedłem do przekonania, że bezbożność jest największym złem dla narodu, sieje nienawiść i wtrąca w nędzę.

Ileż energii, - pisze - ileż ofiar złożono na to, aby komunizm zapanował, a tymczasem komunizm jest nieszczęściem i dzieli naród na wrogie obozy!

Jedyną prawdą jest Jezus Chrystus, Który każe kochać wszystkich, nawet wrogów.

Towarzysze! Wejdźcie na tę samą drogę, na którą ja wszedłem po głębokim namyśle. - Henryk Mator do niedawna bezbożnik, komu­nista, wróg religii, jest takim dzisiejszym synem marnotrawnym, który powraca do dobrego Ojca, do Boga.


A oto druga historia duszy zbłąkanej: Nazywał się Franciszek Farmer, od małego należał do sekty metodystów amerykańskich.

- Urodziłem się - tak sam opowiada - w roku 1877 w Ameryce Północnej. Ojciec mój był kupcem. Wychowaniem moim zajmowała się wyłącznie matka; sama należała do metody­stów i mnie wychowała w tej wierze, z dala od Kościoła katolickiego. Była bardzo pobożna i z pewnością nawet nie podejrzewała, że jej wy­znanie religijne to nie prawdziwa Wiara Chry­stusowa, ale Chrystusa Pana gorącym sercem ko­chała. Szkoły ukończyłem pod kierunkiem me­todystów. Ojciec chciał, abym został architektem, ale po ukończeniu szkól oświadczyłem ojcu, że chcę być pastorem. I pastorem zostałem. Po­słano mnie na misje do środkowych Chin. Do roku 1912 nie miałem żadnej wątpliwości co do mej wiary. W tym roku otrzymałem urlop i jeź­dziłem po Europie: byłem w Rzymie, ale Kościół katolicki był mi zupełnie obcy, nawet nie chcia­łem widzieć ówczesnego Papieża Piusa X, choć mi to proponowano.

Urlop się skończył. Wróciłem do Chin, a że nieraz długie podróże odbywałem na misjach bez żadnego towarzystwa, czytywałem sobie w dro­dze Historię Kościoła i początków chrześcijań­stwa.

Przy czytaniu w innym świetle, niż dawniej, ukazały mi się te postacie, które oderwały się od Kościoła katolickiego. Przekonałem się, że założy­ciele kościołów narodowych, jak Marcin Luter, Kalwin, Henryk VIII, byli okrutnikami i rozpust­nikami, że łamali śluby zakonne, że mieli po kilka żon naraz. Czyż to możliwe, - myślałem - aby Bóg takich ludzi powoływał do utworzenia praw­dziwej Wiary?

Wątpliwości zaczęły mi się zakradać do du­szy: czy ja jestem w prawdziwej wierze? Zaczą­łem badać, czytać, radzić się, - i w końcu oświad­czyłem swemu przełożonemu i zrozpaczonej mat­ce, że przechodzę do Kościoła katolickiego, bo przekonałem się, iż tylko tam jest prawda.

Dnia 6 maja 1915 r. złożyłem wyznanie Wiary w ręce Biskupa katolickiego, odbyłem pierwszą spowiedź i przyjąłem pierwszą Komunię św. Nie umiem wypowiedzieć, jak wielkie szczęście i spokój spłynęły mi do duszy, odkąd stałem się człon­kiem prawdziwego Kościoła Chrystusowego!

Wkrótce zostałem przyjęty do Nowicjatu Oj­ców Jezuitów. Dziękuję Bogu za światło wiary i co dzień wołam za św. Augustynem:

— Zbył późno poznałem Cię, Panie, Piękności zawsze dawna i zawsze nowa, zbyt późno Cię po­kochałem! –

O. Farmer pracuje obecnie jako misjonarz ka­tolicki w prowincji Szanghaju w Chinach.

A może twoje sumienie mówi ci, żeś opuścił Boga, żeś opuścił przystępowanie do Sakramen­tów? A może opuściłeś Kościół Chrystusa?

Spokojnie i bez namiętności zastanów się nad swoją duszą i pomódl się o światło z nieba.

Ks. Dr Julian Młynarczyk, Walka o dusze ludzkie,
Nakładem Centrali Milicji Niepokalanej, Niepokalanów 31936, s. 86-89.
(tekst nieznacznie uwspółcześniono)