Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 25 grudnia 2016

ANIOŁ Z BIELEFELD

Jak góry piętrzą się dokoła i ochraniają położone w nich doliny, tak święci aniołowie stoją wokół i nas chronią.
(Św. Albert) 

Ojciec opowiada w swoim rękopisie, że pewnego wieczoru w Bielefeld w Renii-Westfalii wyszedł na chwilę z baraków lagru, w którym sadystyczni podoficerowie Wermachtu uczyli ich, jak prowadzić wojnę. Usiadł na ławce, udręczony głodem i pragnieniem zapalenia ulubionego tytoniu. Tęsknił także za domem, w którym czekała na niego młoda żona i mały, mający niewiele ponad dwa lata syn (obecny tu Vittorio Giorgio), którego do tej pory udało mu się zobaczyć zaledwie kilka razy. Naprzeciw ławki, na której siedział przygnębiony, stała mała stara willa z zabitymi oknami, przez które nie przenikało żadne światło. Nagle drzwi się otwarły i wyszła przez nie ładna dziewczynka, oczywiście blondynka. Przeszła przez opustoszały i ciemny już plac i podała mu elegancko opakowaną, przewiązaną złoconą wstążką paczuszkę. Zrobiła to bez słowa, uśmiechając się tylko do niego. Zaraz potem wróciła do domu, z którego wyszła. Mój ojciec oszołomiony otwarł paczuszkę. W środku był kawałek ciasta i dwa papierosy. Prawdziwe błogosławieństwo dla wygłodzonego człowieka, na dodatek także z powodu braku papierosów. 

Dzień później na Bielefeld spadł grad bomb. Do uprzątnięcia gruzów zmobilizowani zostali także przebywający w koszarach włoscy żołnierze. Grupa dowodzona przez mojego ojca została wysłana do dzielnicy, gdzie stała mała willa, z której wyszła dziewczynka. Mówię, że stała, ponieważ została zrównana z ziemią. Przygnębiony ojciec zapytał o ofiary sprzedawcę gazet siedzącego na placu w ocalałym kiosku. Mężczyzna, który pracował tam od zawsze, powiedział, że nikt nie zginął, gdyż od dawna w budynku nikt nie mieszkał, stąd zamurowane drzwi i okna zabite na stałe deskami. Kiedy mój ojciec, który mówił już wtedy trochę po niemiecku, powiedział, że właśnie z tych zamurowanych drzwi poprzedniego dnia wyszła dziewczynka, kioskarz popatrzył na niego jak na wariata i dodał, że właściciele domu byli bardzo starzy, i że nigdy nie mieszkały tu małe dzieci.

Mój ojciec pisze w rękopisie, że na szczęście z wdzięczności zachował papier oraz wstążkę, w które był zapakowany mały cenny podarunek; był to dla niego dowód, że nie padł ofiarą jakiejś iluzji, a może halucynacji wywołanej głodem. Przypomina zresztą, że żaden Niemiec nigdy nie zdobyłby się na podobny gest, nie tylko solidarności, ale również uszanowania (paczuszka zapakowana jak prezent) okazanego zaniedbanemu żołnierzowi zorganizowanego naprędce wojska. Wojska złożonego z włoskich zdrajców i tchórzów (powtórzyła się historia z roku 1914), którzy ze sprzymierzeńców stali się wrogami. Co prawda śmiesznymi, bowiem mimo iż było ich miliony, na własnej ziemi pozwolili się rozbroić garstce Niemców. Właśnie dlatego, że dobrze poznał tę pogardę i niechęć (chwilę wcześniej został dosłownie wykopany przez sprzedawcę pieczywa, od którego bez legitymacji chciał kupić kawałek chleba), w swoim rękopisie mówi o „aniele”. Była to najbardziej racjonalna hipoteza, mimo że z racji swojego usposobienia daleki był od jakiejkolwiek łatwowierności i mistycyzmu (odziedziczyłem to po nim).

Niech będzie, jak chce, nigdy nam o tym nie mówił, zatrzymał dla siebie ten mały, ale jakże wymowny sekret i dopiero gdy zbliżał się do dziewięćdziesiątki, mimochodem zostawił po nim ślad w swoim rękopisie. Rękopis odkryliśmy sami, ponieważ ze wstydu (albo jak zwykle ze względu na poważanie, jakim się cieszył u ludzi) nie napomknął nam o nim. Podejrzewam jednak, że wspomnienie tego wydarzenia towarzyszyło mu w życiu, które jak ci mówiłem, nie było życiem osoby praktykującej, ale - jestem o tym przekonany - osoby wierzącej, nawet jeśli w sposób dyskretny. A „anioł z Bielefeld” miał w tym swój tajemniczy udział. Ośmielam się myśleć, że mała dziewczynka z blond włosami, która ukazała się pośród ciemności zmierzchu Trzeciej Rzeszy, z tym samym uśmiechem przyjęła go w drzwiach czasu na tamtym świecie.

Vittorio Messori, Dlaczego wierzę. Życie jako dowód wiary, 
Wydawn. św. Stanisława BM, Kraków 2009, s. 133-135.






poniedziałek, 28 listopada 2016

OBJAWIENIE MARYJNE W ŚWIĘTEJ LIPCE

Objawienia prywatne są pewnym wyłomem w zasadach, jakimi rządzi się świat od chwili wyjścia człowieka z raju, od dnia, w którym powstał mur oddzielający doczesność od wiecznego Królestwa. Raz po raz ze świata ogarniającej wszystko światłości i świętości Boga przychodzi do nas Wysłannik, Pośrednik, Zwiastun. Boże miłosierdzie zawiesza na chwalę nadane przez siebie prawa natury, by pomóc upadającemu człowiekowi.
Wincenty Łaszewski

Historia objawienia w Świętej Lipce sięga aż XIV wieku. Tereny między Kętrzynem a Reszlem, czyli tam, gdzie obecnie znajduje się sanktuarium w Świętej Lipce, były wówczas głęboko zalesione i słabo zaludnione. Na lipie, u styku jezior wisiała jednak drewniana kapliczka z figurką Matki Boskiej. Z podań ludowych przekazywanych z pokolenia na pokolenie możemy się dowiedzieć, że pierwszym bohaterem zdarzeń, które miały tu miejsce, był więzień osadzony w kętrzyńskim więzieniu.

Popełnił on ciężką zbrodnię. Przez sąd został skazany na karę śmierci. Osadzony w celi czekał na wykonanie wyroku. To miała być jego ostatnia noc.

Cela była chłodna i wilgotna. Przez mały otwór w murze wpadał słaby promień księżyca. Mężczyzna nie mógł zasnąć. Chodził więc wokół pomieszczenia. Liczył kroki, próbował zająć czymś myśli. Wiedział, że to ostatnia noc jego życia. Rano przyjdą po niego, może jeszcze księdza przyślą, by udzielił Ostatniego Namaszczenia. Myślał wciąż o egzekucji, wyobrażał sobie, jak może wyglądać. Nie chciał tylko, żeby bolało. Poza tym było mu już wszystko jedno. Nie modlił się już. Tyle już złego popełnił, że Bóg na pewno nie zechce go wysłuchać. Bóg był daleko. Kara śmierci była blisko. Nie zastanawiał się, co stanie się z nim po śmierci. Pewnie nie stanie się nic. Jego dusza przestanie istnieć.

Mężczyzna usiadł pod ścianą. Wszędzie było tak upiornie cicho. Kiedy mogą przyjść? Czy wcześnie rano? Czy dopiero pod wieczór? — Nie, nie mogę o tym myśleć, bo oszaleję — mówił do siebie. Ale wciąż myślał o następnym dniu, jego ostatnim. Nie wiedział, kiedy skończy się noc, kiedy nadejdzie dzień. Mijające minuty przedłużały się w nieskończoność. Ukrył twarz w dłoniach i czekał.

Nagle pod przymknięte powieki wdarło się światło. Postanowił nie otwierać oczu. — To złudzenie. Do świtu jeszcze daleko. To tylko zmęczenie. To strach — myślał. 

Światło nie znikało jednak i boleśnie wdzierało się pod powieki. Tak jakby ktoś kazał mu otworzyć oczy i spojrzeć. Spojrzał. Z wrażenia wstał natychmiast i znieruchomiał. Na tle małego otworu w murze ujrzał jaśniejącą postać pięknej kobiety. Tak bardzo mu przypominała... Tak, tak właśnie wyglądała Matka Boża na obrazach w kościele, do którego matka prowadziła go w każdą niedzielę. Był wtedy dzieckiem. Kiedy to było...!

Mężczyzna w pierwszym odruchu chciał rzucić się na kolana, ale Matka Boska powstrzymała go gestem.

— Nie klękaj przede mną, bo i tak nigdy mnie nie kochałeś.
— Prawda, nie kochałem — przyznał szczerze więzień. — Zapomniałem też o Tobie, Matko Boża, przez te wszystkie lata.
— Nie kochałeś mnie, nie pamiętałeś o mnie. A ja ciebie cały czas kochałam, jak matka. Czekałam, kiedy wrócisz do mnie. Ty się jednak coraz bardziej oddalałeś ode mnie i od Boga. Dlatego ja w końcu przyszłam do ciebie.

Więzień cicho zapłakał. Nic nie potrafił odpowiedzieć. Poczuł się słaby jak dziecko. Przed oczami stanęło mu całe jego zmarnowane życie.

— Przyszłam do ciebie, żeby cię uratować. Nie zostaniesz jutro stracony — powiedziała Matka Boska.

Mężczyzna podniósł wzrok. Nie wierzył własnym uszom. Wierzył, że Bóg wszystko może, ale jego nie można już uratować!

— Ja umrę jutro, Matko. Żałuję, że odszedłem od Kościoła, ale już tego nie naprawię — mówił skazaniec, patrząc w jasne i czyste oblicze Maryi.

Ona uśmiechnęła się i wyciągnęła dłonie w opiekuńczym geście.

— Przyszłam cię ocalić. Jeśli wypełnisz moją prośbę, zachowasz życie.

Mężczyzna milczał. Czekał, aż Maryja wypowie swoje życzenie.

— Daję ci ten kawałek drewna i dłuto. Proszę, abyś wyrzeźbił mój wizerunek. A kiedy wyjdziesz na wolność, powieś rzeźbę na pierwszej napotkanej lipie, idąc z Kętrzyna do Reszla.

Maryja wręczyła zdumionemu więźniowi klocek drewna i dłutko. Gdy mężczyzna podniósł ponownie wzrok, już Jej nie było.

— Nie potrafię przecież rzeźbić, nigdy nie miałem dłuta w ręce. Poza tym jest tu ciemno, że oko wykol — powiedział cicho do siebie.

Został jednak sam na sam z materiałem i narzędziem. Nie wiedział, od czego powinien zacząć. Trzymał długo drewno w dłoni. Było przyjemnie ciepłe. Przywołał przed oczy twarz Maryi. Widział ją tak dokładnie, jakby wciąż stała przed nim.

— Spróbuję. Nie mogę kolejny raz zawieść mojej Najświętszej Matki.

W pocie czoła i przy nikłym świetle księżyca rzeźbił do rana, nie mrużąc oka. Pierwsze promienie słońca zastały go przy ostatnich pociągnięciach dłutem. Pochłonięty pracą niemal zapomniał, że ma to być jego ostatni dzień. Podszedł do okienka i próbował złapać w nozdrza świeży powiew powietrza. Nagle usłyszał za sobą szczęk klucza zamku. Pospiesznie schował figurkę za koszulę, nie przyjrzawszy się jej nawet dokładnie. Dłuto rzucił w kąt. W progu stał strażnik i patrzył obojętnie w przestrzeń.

— Wychodzić — rzucił bezosobowo.

Więzień wyszedł tak, jak stał. Nie miał nic, co mógłby zabrać ze sobą. Kawałek drewna za pazuchą oddawał ciepło jego ciału.

Wyszli na przenikliwie zimny dziedziniec. Tam na więźnia czekało jeszcze dwóch strażników. Zakuli jego ręce i nogi w łańcuchy. W milczeniu poprowadzili skazańca na ostateczne posiedzenie sądu. Los mężczyzny był już właściwie przesądzony. Sędziowie mieli tylko zatwierdzić wyrok.

Szedł przez miasto z opuszczoną głową. W tak małych miejscowościach, jak Kętrzyn, widok skazańca był zawsze atrakcją. Ludzie pokazywali go sobie palcami, dzieci rzucały za nim kamieniami i zgniłymi owocami, inni głośno wyśmiewali. — Chciałbym, żeby to wszystko już się skończyło — myślał mężczyzna. — Chcę już odejść, naprawdę. Moje życie i tak nie ma sensu...

W końcu dotarli do sądu. Wprowadzono skazańca na salę. Pod budynkiem zgromadził się już tłum gapiów, chętnych, by odprowadzić skazanego na miejsce egzekucji.

— Wykonać karę śmierci! — Orzekł sędzia niemal natychmiast po rozpoczęciu posiedzenia. Wyrok dla wszystkich od dawna był oczywisty.

— Czy skazany chciałby wypowiedzieć ostatnie życzenie? — zapytał sędzia.
— Nie, nie mam żadnych życzeń — odpowiedział skazaniec. — Nie mam nic do powiedzenia.
— Wyprowadzić — nakazał sędzia.

Strażnicy otoczyli mężczyznę. Popchnęli go w stronę wyjścia.

— Zaraz, zaraz, zatrzymać się — zawołał do nich sędzia.

Skazaniec odwrócił wzrok na sędziego. Ten przyglądał mu się badawczo.

— Co tam trzymacie za koszulą? — zapytał podejrzliwie.
— Na pewno nic, co mogłoby komukolwiek zagrozić — odpowiedział odważnie skazany mężczyzna.
— To znaczy co? Pokazać! — zainteresował się sędzia.
— Figurę Matki Boskiej — odpowiedział ponownie mężczyzna.
— Chcę zobaczyć.

Jeden ze strażników sięgnął za koszulę skazańca i wyciągnął drewnianą figurkę. Podał ją sędziemu. Ten wpatrywał się w nią długo. Jego oczu ogromniały ze zdumienia i zachwytu.

— Skąd to macie?
— Sam zrobiłem dzisiaj w nocy — odpowiedział mężczyzna. Chciał jeszcze powiedzieć, że Maryja osobiście poleciła mu to zrobić. Umilkł jednak.
— Jak sami? Jak dzisiaj w nocy? Przecież to niemożliwe — zaoponował sędzia.
— Przysięgam, że całą noc rzeźbiłem tę figurę, tak, jak potrafiłem — zapewnił gorąco mężczyzna.
— Czy ktoś dostarczył mu drewno i dłuto do celi? — zapytał sędzia strażników.

Ci milczeli i przecząco pokręcili głowami.

— Przecież nie spadły mu z nieba! — wykrzyknął zdumiony sędzia.

Skazaniec uśmiechnął się na te słowa. Pomyślał o nocnym widzeniu Maryi. Rzeczywiście, dostał drewno i dłuto z nieba.

— Ta figura jest wielkiej i przecudnej urody — zachwycił się sędzia. — Nie wiem, jak to zrobiłeś, ale myślę, że nikt nie jest w stanie tego wyjaśnić. Mam przeczucie, że ingerował tutaj sam Pan Bóg. Dlatego postanawiam cię ułaskawić i jednocześnie zwalniam z kary więzienia.

W sali zaległa cisza. Wszyscy patrzyli ze zdumieniem, to na siebie, to na sędziego, w końcu na skazańca. Ten przypomniał sobie słowa Matki Bożej, że jej wyrzeźbiony wizerunek ocali jego życie. Chciał uklęknąć i pomodlić się, czego nie czynił od dawna. Jego nogi krępowały jednak kajdany.

— Uwolnić go natychmiast — rozkazał sędzia. — Oddaję ci tę figurkę, nieziemska ręka miała bowiem w tym udział.

Na placu przed sądem gapie z niecierpliwością oczekiwali skazańca. Gdy dowiedzieli się, że został ułaskawiony, rozczarowani szybko rozeszli się do domów.

Mężczyzna mocno ściskając figurkę w dłoniach rozejrzał się po placu. Nie wiedział, dokąd iść. Od tak dawna nie czuł się wolny. Wtedy przypomniał sobie znowu słowa Maryi: „Powieś rzeźbę na pierwszej napotkanej lipie, idąc z Kętrzyna do Reszla”.

Zapytał napotkanego przechodnia o drogę do Reszla. Nie musiał długo wędrować. Jego wzrok zatrzymała strzelista, rozłożysta lipa. Mężczyzna wspiął się na nią i w rozgałęzieniu umieścił figurkę. Przyjrzał się jej. Była rzeczywiście nieziemsko piękna, jakby nieludzka ręka ją rzeźbiła. Uwolniony skazaniec ukląkł i zaczął się po raz pierwszy od wielu lat modlić.

Osiedlił się później w pobliżu i wiódł spokojne, pobożne życie. Codziennie odwiedzał figurkę. Dzięki niemu wizerunek Maryi pokochali równie gorącą miłością mieszkańcy okolicznych wsi. Wkrótce to miejsce zasłynęło cudami. U Maryi Świętolipskiej upraszano wiele łask, a Matka Boża hojnie nimi obdarowywała...

Maria Spiss, Objawienia maryjne w Polsce, 
Wydawnictwo M, Kraków, s. 88-95.

niedziela, 9 października 2016

NIE BOJĘ SIĘ JUŻ ŚMIERCI...

Prawo do życia nie jest tylko kwestią światopoglądu, nie jest tylko prawem religijnym, ale jest prawem człowieka.
św. Jan Paweł II

"Ja również doświadczyłam spotkania ze Słowem Bożym. Niektórzy doświadczają spotkania pośredniego, na przykład przez kapłana podczas homilii; ja miałam łaskę bezpośredniego spotkania się ze Słowem Bożym. Dla mnie było to słowo nadziei i obietnicy, która się później wypełniła. Składam moje świadectwo w duchu dziękczynienia Bogu.

W połowie listopada 1978 roku, będąc w ósmym miesiącu ciąży, zachorowałam nagle na żółtaczkę zakaźną. Szybko znalazłam się w szpitalu na Oddziale Patologii Ciąży, zostawiając w domu dwuletniego synka i trzyletnią córeczkę. Okazało się, że stan mój jest ciężki i z dnia na dzień się pogarsza. Bilirubina wzrastała bardzo szybko. Gdy wzrosła do 18%, a ja prawie całkowicie straciłam wzrok, lekarze podjęli decyzję usunięcia woreczka żółciowego. Prosiłam lekarzy, aby jednocześnie zrobili mi cesarskie cięcie, ale nie wyrazili na to zgody. Wożono mnie karetką po całym mieście, ponieważ żaden szpital nie chciał się podjąć tej operacji. Przez cały czas gorąco modliłam się do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Różaniec miałam na szyi i prawie nigdy się z nim nie rozstawałam. Zresztą różaniec towarzyszył mi w życiu odkąd sięgam pamięcią, od małego dziecka.

W końcu zgodził się na zrobienie operacji Szpital Wojewódzki. W trakcie operacji bilirubina wzrosła do 35,5% (jestem w posiadaniu wszystkich wyników badań i świadectw lekarskich dotyczących mojej choroby). Przez cały czas gorąco się modliłam, aby moje dziecko przeżyło i abym ja również wyzdrowiała, bo przecież w domu czekało na mnie jeszcze dwoje małych dzieci. Podczas operacji woreczka mi nie usunięto, przeczyszczono tylko przewody żółciowe. Stwierdzono marskość wątroby i żółtaczkę zakaźną. Po dwóch dniach od chwili operacji, tj. 3 grudnia, urodziłam syna. To wszystko razem było straszne. Trudno mi opisać cierpienia fizyczne i psychiczne, przez jakie musiałam przejść. Psychiczne - dlatego, że lekarze powiedzieli mi wyraźnie, że nie ma nadziei na uratowanie dziecka. Nie dopuszczałam nawet takiej myśli do siebie, tylko bezustannie się modliłam. Zdjęłam różaniec z szyi jedynie na czas operacji - takie było życzenie lekarzy. Z różańcem tym byłam szczególnie związana, ponieważ mama kupiła mi go w dzieciństwie od ojców oblatów w Obrze (to moje strony rodzinne). Chcę również dodać, że podczas całej choroby nieustannie odmawiała różaniec w mojej intencji moja rodzina, sąsiedzi, a także siostry zakonne w Częstochowie.

Po operacji wyraźnie zmniejszyła się bilirubina - do 18%. Lekarz, który mnie operował, powiedział do mojego męża: „To, że pańska żona przeżyła, to albo cud, albo wybryk natury”. Zaraz po urodzeniu dziecka przewieziono mnie do Szpitala Zakaźnego (dziecka mi nie pokazano). Sądziłam, że wszystko, co najgorsze, już minęło, ale dopiero tutaj, w Szpitalu Zakaźnym, przechodziłam największy kryzys. Wysoki opad (126/68) nie wróżył niczego dobrego. Okazało się, że dostałam zapalenia płuc, trzustki i pęcherza jednocześnie. Byłam jedną wielką raną. Modliłam się nieustannie. Z bólu i cierpienia nie zmrużyłam oczu przez blisko sześć tygodni. W epicentrum choroby, kiedy lekarze nie dawali mi już żadnej nadziei, ja się nie poddawałam, ufałam Bogu.

I nagle znalazłam się w długim, ciemnym tunelu. Na końcu tego tunelu zobaczyłam Światłość (jakby świecący się kaganek). Szłam długo, zbliżałam się do tej Światłości, byłam coraz bliżej. Emanowało z niej niewyobrażalne dobro, nieskończona miłość. Usłyszałam skierowane do mnie słowa: „Ty będziesz żyła, ty będziesz żyła...” Mimo, że zbliżałam się do tej Światłości, nie było mi dane zbliżyć się do niej całkowicie. (To zbliżanie się odczuwałam jako bezszelestne płynięcie w kierunku nieopisanego Dobra, jakim była ta Światłość). Moja dusza, ja cała odczuwałam niepojęte szczęście.

Byłam tak radosna, że nie jestem w stanie porównać tego uczucia z jakimkolwiek innym. 

Po mniej więcej dwóch tygodniach od tego wydarzenia nagle zaczęłam zdrowieć. Lekarze nie mogli w to uwierzyć. Aby wykluczyć pomyłkę, kilkakrotnie powtarzano mi badania. Byłam całkowicie zdrowa. Po wyjściu ze szpitala miałam zgłosić się do Poradni Specjalistycznej na badania kontrolne. Lekarz stwierdził: „Wynik jak u noworodka - bez śladu choroby”. Obietnica Boga spełniła się - przeżyłam wraz z moim synem. Piotr ukończył 14 lat, stoi teraz przed wyborem zawodu. Od sześciu lat wiernie służy Bogu jako ministrant. Moja wdzięczność Bogu nie ma granic. Nieustannie, ciągle na nowo przeżywam to spotkanie z Bogiem. Niewielu osobom powiedziałam o tym przeżyciu. Opisując je tutaj, chciałam okazać Bogu wdzięczność i oddać Mu chwałę.

To spotkanie stale i stale mnie ubogaca, ubogaca moją osobowość. Niektórzy ludzie boją się śmierci, nie chcą nawet o niej mówić i myśleć. A przecież to jest takie piękne! Dusza idzie wtedy na spotkanie z Bogiem - z tą Światłością, która jest nieskończoną Miłością i Dobrem. Ta Światłość, którą spotkałam na końcu ciemnego tunelu, wlała we mnie tyle dobroci i radości, że... nie boję się już śmierci. Dzięki tej Światłości staram się czynić dobro, żyć na co dzień z Ewangelią. Różaniec, na przemian z koronką do Miłosierdzia Bożego, jest moją codzienną modlitwą. Zrozumiałam, że człowiek żyjący na tej ziemi powinien być pokorny - nie przeciwstawiać się złu. Powinien też być miłosierny, dawać ubogim jałmużnę. Staram się tak postępować. Ubodzy często dzwonią do mego domu - nigdy nie odmawiam im pomocy. Moja mama i babcia robiły to samo. Babcia wysyłała paczki ubogim, a ja, będąc dzieckiem, jeździłam z mamą wiele kilometrów od domu, aby zawieźć żywność, bądź, odzież ubogim.

Jestem Panu Bogu niewypowiedzianie wdzięczna za dar życia. Staram się go nie marnować, żyjąc wraz z moją rodziną po Bożemu." 
Grażyna Kalembkiewicz

Bp Zbigniew Kraszewski, Tajemnica życia wiecznego. 100 dowodów na życie pozagrobowe, 
Wyd. II poszerzone, Oficyna Wydawniczo-Poligraficzna „Adam”, Warszawa, s. 116-118.

piątek, 7 października 2016

RÓŻANIEC MAŁEGO SABAUDCZYKA

Podczas gdy święty Dominik w Carcassonne głosił o wartości tej modlitwy [różańcowej], jeden z odszczepieńców wyśmiewał się z cudów i piętnastu tajemnic świętego Różańca, co przeszkadzało nawracaniu heretyków. Bóg, żeby ukarać tego bezbożnika, pozwolił piętnastu tysiącom diabłów wejść w jego ciało. Rodzice przyprowadzili syna do błogosławionego ojca, ażeby go od nich uwolnił. Ten zaczął się modlić i nakłonił całe zgromadzenie, żeby odmówiło z nim głośno Różaniec. Oto przy każdym Ave Maria Matka Boża sprawiała, że wychodziło z ciała tego heretyka sto demonów mających postać rozżarzonych węgli. Po uwolnieniu wyrzekł się swoich błędów, nawrócił się i wstąpił do Bractwa Różańcowego wraz z wieloma towarzyszami ze swojej sekty, poruszonych tą karą i cudami świętego Różańca.
św. Ludwik Grignion de Montfort

Pewien młody człowiek szlachetnego rodu, otrzymał nader gruntowne i pobożne wychowanie od swej matki, która od lat dziecinnych wszczepiła w serce młodzieńca zaród cnót chrześcijańskich. Pobożna matka dziecię swe w niemowlęctwie złożyła u stóp ołtarza Maryi, powierzając go Jej opiece. Na imię "Maryja" dziecię uśmiechało się słodko do matki, i jego dźwiękiem kołysane, usypiało na jej łonie. 

Gdy Arnold, bo takie imię nosiło dziecię, doszedł do lat młodzieńczych, często wznosząc swe oczy ku niebu, szeptał "Zdrowaś Maryjo", uciekając się pod cień opiekuńczej Niepokalanej, tej palmy z Kadesz, i pod Jej macierzyńskim okiem rósł w najpiękniejsze przymioty ducha. Toteż smok piekielny od dawna czyhał na czystą tę duszę i wysilał się na to, aby swym jadem zatrzeć wdzięk tej lilii ziemskiej. Arnold zmuszony był rozłączyć się ze swą pobożną matką i porzucić domowe ognisko, a udać się w świat, dla objęcia urzędowania, jakie sobie obrał. W dniu odjazdu nawiedził po raz ostatni ulubioną swą kapliczkę ze statuą Maryi, a żegnając Ją serdecznym "Zdrowaś" ze łzą w oku i westchnieniem w sercu, opuścił rodzinne strony.

Świat, tak często przyrównywany do morza miotającego bałwany na łódkę życia ludzkiego, stał się istotnie morzem pełnym niebezpieczeństw dla młodego i niedoświadczonego Arnolda. Przez czas jakiś opierał się prądom światowym, lecz wreszcie dał się zwyciężyć, i wszedłszy w złe towarzystwa, uczuł się uniesionym falami niewiary i zepsucia.

Wkrótce zaprzestał uczęszczać do świętych Sakramentów, zapomniał o modlitwie, zaniedbał swe najświętsze obowiązki: zachował jeden tylko pobożny zwyczaj, to jest, odmawiał codziennie "Zdrowaś Maryjo".

Dnia jednego Arnold wyszedłszy za miasto na przechadzkę spotkał biednego Sabaudczyka, który go w prostych a gorących słowach prosił o jałmużnę i rozczulił go szczególnie tkliwym opowiadaniem o swej biednej matce, którą musiał pozostawić w Sabaudii. Na widok tego chłopczyny tak samotnego na obcej mu ziemi, z dala od rodzinnego miejsca, głodnego i drżącego od zimna, ścisnęło się serce Arnolda i łzy grube spłynęły mu z oczu, a nie mogąc powstrzymać swego wzruszenia, rozkazał biednemu malcowi iść za sobą, do swego mieszkania. Tam nakarmił ubogiego cudzoziemca przy własnym stole, dał mu nowe ubranie, oraz woreczek z kilkoma sztukami złotej monety, aby mógł dalej odbywać swą podróż. Sabaudczyk zawstydzony taką dobrocią, a nie wiedząc, jak ma okazać swą wdzięczność, zdjął z szyi mały różaniec, który otrzymał od matki i darował go Arnoldowi. Arnold przyjął mile ten objaw wdzięczności dziecięcia, a Sabaudczyk oddalił się błogosławiąc swego dobroczyńcę i dziękując przenajświętszej Dziewicy za Jej opiekę.

Lecz nazajutrz wzruszająca scena z różańcem małego Sabaudczyka rozbudziła w umyśle Arnolda żywe wspomnienie lat dziecięcych i sprawiła, iż uznał w tym niewymowne miłosierdzie swej Matki Niebieskiej, iż zesłała mu owego Sabaudczyka, jakby anioła ziemskiego, aby włożył różaniec w tę rękę, z której on już wypadł tak dawno. Łzy żalu szczerego popłynęły z ócz młodzieńca i łaska Boża tchnęła w jego serce. Wspomniał na one dni szczęśliwie, kiedy żył pod opieką Maryi i postanowił powrócić do Boga. Przyrzekł sobie, iż codziennie odmawiać będzie odtąd różaniec i obmywszy swe winy w Sakramencie pokuty, rozpocznie nowe życie. 

To też istotnie uczynił, przyświecając odtąd wszystkim przykładem wysokich cnót chrześcijańskich i prawdziwej pobożności.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 155-156.

poniedziałek, 3 października 2016

NAWRÓCENIE PRZEZ RÓŻANIEC

Jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzucony w ogień wieczny. I jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do życia, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego.
(Mateusz 18, 8-9)

św. Dominik de Guzman

Gdy św. Dominik przebywał w Paryżu, była tam wówczas bardzo znaczna osobistość, urzędnik wysokiej rangi, oddany jednak wszelkim występkom, wiódł życie lekkomyślne i nader gorszące, a zwłaszcza oddane zmysłowości. Nic nie zdołało go zwrócić z tej drogi. Małżonka tego nieszczęsnego człowieka, która mimo gorących łez i modłów nie mogła uprosić nawrócenia męża, usłyszawszy o św. Dominiku, z wielką ufnością doń się udała, aby mu zwierzyć swą troskę.

Błogosławiony Ojciec przyjął ją ze zwykłą sobie dobrocią, pocieszył i nauczył odmawiać różaniec, zapewniając, iż przezeń otrzyma nawrócenie dla tej drogiej duszy.

— Weź mój różaniec — rzekł święty, ofiarując go jej — i odmawiaj przez piętnaście dni następnych, a w nocy włóż go pod poduszkę twojego męża.

Rada świętego została spełnioną; codziennie strapiona kobieta odmawiała z wielką pobożnością różaniec, kładąc go wieczorem pod poduszkę małżonka. 

Pierwszej zaraz nocy pan ów, nie domyślając się niczego, począł doznawać wielkich wyrzutów sumienia i strumienie łez płynęły z oczu jego. Następnej nocy zdało mu się, iż wezwanym został przed trybunał Jezusa Chrystusa i skazanym na ogień wieczny. Wreszcie trzeciej nocy czuł się pogrążonym w przepaści piekielnej i począł doznawać mąk, zgotowanych duszom, oddającym się zmysłowości. Lecz oto nagle przybywa anioł, uwalnia go z tych mąk i oznajmia mu, iż jedynym dlań ratunkiem i jedynym sposobem otrzymania miłosierdzia Bożego jest różaniec.

Gdy się ów człowiek obudził, serce jego przepełnione było skruchą i postanowił zupełną odmianę życia. Opowiedziawszy swej małżonce wszystko, udał się sam do św. Dominika, uczynił przed nim spowiedź i został członkiem bractwa różańcowego.

Pozostał on wiernym łasce i tak ukochał różaniec, iż nosił go nieustannie przy sobie i rozszerzał wielce to nabożeństwo, a do końca życia był dobrym chrześcijaninem.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), 154-155.

niedziela, 2 października 2016

NAWRÓCENIE HERMENEGILDA CELLI

W końcu [święci] wołali głośno, że nie jest możliwe poznać wysokości Jej zasług, które się wznoszą aż do tronu Bożego, ani zmierzyć ogromu Jej miłości, szerszej od całej ziemi, ani pojąć wielkości Jej władzy, którą posiada nawet nad Bogiem samym. Nie sposób wreszcie zbadać bezdennej głębokości Jej pokory, Jej cnót i wszelkich łask.
św. Ludwik Grignion de Montfort

Antolínez, José -
Niepokalane Poczęcie, Prado
Znajdujemy się przy łożu ciężko chorego Hermenegilda Celli, liczącego 58 lat życia, którego chroniczna choroba, wynikła z nadużycia alkoholu, już od dwóch lat przywiązała do łoża boleści. W duszy jego panują ciemności, bo zaślepiony zamienił chwalebne imię "katolika" na iście szatańskie "masona". Niewolnik swych błędów i namiętności, od czterdziestu lat żyje w zupełnym zapomnieniu o Bogu, mając na to tylko rozum i życie, by gorzej żyć od samego zwierzęcia. Chociaż chory szanował pobożność innych, nie znosił jednak, by mu mówiono o religii, kościele i świętych Sakramentach, a gdyby mu kto był ofiarował jakiś medalik, różaniec lub krzyżyk, rzuciłby je z gniewem na ziemię; proszony zaś, by się wyspowiadał, odpowiadał zawsze: 

— Nie mogę, bo jestem masonem; wyznawcą w kościele diabła.

Po nadaremnych prośbach i próbach, chory nadal zostawał głuchy na wszelki głos łaski tak, że pomału bladła wszelka nadzieja uratowania duszy tego nieszczęśliwego.

Tymczasem nastała wiosna, spłynął na ziemię ubrany wieńcami barwnych kwiatów miesiąc Maryi, maj... rozśpiewały się w krzakach ukryte chóry ptactwa, wyciągając w triolkach "Magnificat" na cześć Królowej nieba; roztopiły się resztki śniegów i zazieleniały kobierce pól świeżą trawą; wionął wietrzyk wiosenny, niosąc ze sobą surowy zapach ziół i wilgoci; rozszemrały się strumyki, uwolnione z pęt niewoli lodowej; rozweseliła się i uśmiechnęła cała natura uśmiechem wiosny i świeżości, tworząc ze swoich barw, tonów, głosów i szmerów jedną potężną pieśń pochwalną na cześć Niepokalanej.

W szpitalu u stóp figury Matki Najświętszej nagromadzono bukiety świeżego kwiecia, a z zapachem tych kwiatów wznosiła się woń modlitwy szczerej różańca za duszę umierającego grzesznika; nawet udało się w sposób podstępny wsunąć pod poduszkę chorego różaniec, z przekonaniem, że Maryja nie zawiedzie.

I płynęły słoneczne dnie majowe, stan chorego pogarszał się, a tymczasem żaden promień światła duchowego nie przedarł się do ciemnych toni tego serca zatwardziałego.

Do łoża chorego zbliżył się zakonnik, syn św. Franciszka, i gorąco zachęcał gasnącego do spowiedzi.

— Nie mogę — brzmiała odpowiedź — bo jestem masonem.

Zakonnik nie dawał za wygraną, lecz poruszał wszystkie struny serca, byle tylko wydobyć dźwięk żalu za grzechy, lecz na próżno! Serce nieszczęśliwego skamieniało w swej zawziętości.

— Pozwól przynajmniej, że się pomodlę u łoża twego — zawołał zakonnik, wierząc, że tylko nadzwyczajne działanie Boże zdoła duszę ową obudzić z letargu grzechowego.

Chory dał znak zezwolenia.

Tymczasem mijał miesiąc; twarz chorego przybrała kolor kredy, silne sińce głęboko wżarły się pod jego oczyma, pierś coraz ciężej pracowała - cicha, nieubłagana śmierć zbliżała się do łoża chorego. W takiej chwili przybył do chorego miejscowy proboszcz, chcąc przypuścić ostatni szturm łaski do serca upartego masona.

— Czyż nie chcesz iść do raju? — zapytał dobrotliwie leżącego.
— Chcę — ale tam można dojść także i bez spowiedzi.
— A kiedy ostatni raz się spowiadałeś? — podchwycił proboszcz.
— W osiemnastym roku życia — odpowiedział cicho i tu Hermenegild zamilkł.

Przed jego oczyma rozsunęła się zasłona przeszłości i widział wiosnę swej młodości, pełną tęczowych barw, szlachetnych porywów i gorącego entuzjazmu; rozum wtedy szedł śladami żywej wiary; serce paliło się szlachetną miłością; i widział późniejsze burze, które go zmogły i złamały, serce jego wyssały z wszelkich soków żywotnych, i widział te jestestwa, które złamał i spodlił i życie swoje całe podobne do rozbitka, płynącego na desce, rzucanej ustawicznie falami wzburzonego morza, płynącego bez celu, bez przystani, bez gwiazdy ideału, a z całej tej smutkiem i rozpaczą otulonej przeszłości pozostał mu jeno robak, co go gryzie, a gryzie ustawicznie i niemiłosiernie, i przed oczyma jego przesunął się czarny katalog ciężkich, brzemiennych grzechów... pot wystąpił mu na czoło... jak echo powtórzył: 

— By... pójść... do... raju... trzeba... się wyspowiadać...
— Naturalnie — dodał żywo proboszcz.
— Więc niech jutro przyjdzie do mnie o. Angelik — z cicha powiedział chory.
— Dobrze, wola twoja będzie spełnioną — rzekł proboszcz.

* * *

I zasnął na wieki oczyszczony, uspokojony, usta rozchyliły się uśmiechem radości, w oczach jeszcze błyszczały łzy szczęścia. Maryja Niepokalana, ta ucieczka grzeszników, zerwała ten szorstki kwiat, oczyściła z błota i przeniosła go do swego rajskiego ogrodu w niebiesiech.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 152-154.

sobota, 10 września 2016

SKRUSZONY KRAWIEC

Najprzód tedy co do stawienia się duszy przed jej Sędzią, jest to powszechnym zdaniem pomiędzy teologami, że Sąd szczegółowy odbywa się w tejże chwili, w której człowiek skonał; i że na tymże miejscu, gdzie dusza odłącza się od ciała, zostaje sądzoną przez Pana Jezusa, który nie wysyła na to nikogo innego, lecz sam przybywa w tym celu.
św. Alfons Liguori

Był w Grodzisku, jeszcze za czasów pana starosty Opalińskiego na Opalenicy, krawiec, na całą okolicę sławny; chociaż dwadzieścioro czeladzi u niego pracowało, jednak niepodobna było robocie podołać. Robił dobrze, lecz nie tylko, że kazał też za to sobie porządnie płacić, ale i kradł z każdego sukna, które się w jego ręce dostało.

Razu pewnego w chorobie widziało mu się, że umarł i dusza jego stanęła na sąd Boży. Widzi Opatrzność Boską nad sobą, całą w płomieniach jakoby z samej błyskawicy i widzi Syna Bożego siedzącego w całym swoim majestacie, a przed nim wielka waga wisi. Tuż z lewej strony stoi szatan i wlecze na wagę miechy jeden po drugim, aż ich biedny krawiec czterdzieści naliczył, a na każdym miechu rok czarno wyraźnie napisany, a w każdym miechu wszystkie te kawały sukna i materiału, które był w odnośnym roku pokradł. Widzi dowody swej kradzieży i drży ze strachu jak liść osiki. Już czterdzieści miechów na szali leży, aż się zupełnie przeważyła, a szatan się raduje. Z drugiej strony wagi sprawiedliwości stał Anioł Stróż, ale smutny, bo nic nie miał, co by mógł na szalę na korzyść krawca położyć. 

Truchleje krawiec, czuje, że musi być potępionym, odrzuconym od Chrystusa, od aniołów... widzi już gniew Majestatu Bożego, więc w strachu rzuca się na kolana przed Sędzią Najwyższym i drżącym grobowym głosem woła: 

— Panie przepuść! Panie przepuść! — litości! — przysięgam poprawę... wynagrodzę krzywdy... Przepuść Panie! — i łzy rzęsiste spłynęły mu z oczu. Pochwycił je zaraz Anioł Stróż, kładzie szybko na drugą szalę — a ta, choć powoli, na dół się przechyla... ważą się obie szale, to na tę, to na ową stronę, a wtem... ocucił się.

Widzi przy łóżku proboszcza swego dobrodzieja... więc woła: 

— Ojcze wysłuchaj! Rozgrzesz... byłem na sądzie Bożym...

Wyspowiadał się krawiec i nawrócił. Gdy przyszedł do zdrowia, wynagrodził krzywdy i odtąd nikogo nie krzywdził. Bóg mu odtąd błogosławił.

ks. Józef Makłowicz, Wybór przykładów ojczystych do nauki wiary i obyczajów. Czytania religijne dla katolików, Tom 1,
MIEJSCE-PIASTOWE, Nakładem autora, Tłocznia Zakładów Świętego Michała Archanioła, Lwów 1928, s. 130-131.

Z POWROTEM DO MARYI

Ileż to rzeczy wielkich i ukrytych zdziałał Bóg wszechmocny w tym cudownym Stworzeniu! Jakże prawdziwie mówi Maryja sama o sobie mimo swojej głębokiej pokory: Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię (Łk 1,49). Świat tych wielkich rzeczy nie zna, bo jest do tego niezdolny i tego niegodzien.
św. Ludwik Grignion de Montfort

W Rzymie, na katafalku leżały zwłoki w sile wieku mężczyzny. Nad głową wisiał obraz Matki Boskiej Różańcowej, otoczony, rzecz dziwna, znakami i orderami dostojnika wolnomularstwa, w skrzepłych jednak dłoniach zmarłego widniał różaniec. Oznaki wroga Kościoła, wizerunek Maryi i różaniec wskazywały wyraźnie, że w życiu zmarłego dokonał się jeden z onych szczytnych dramatów zwycięstwa wiary nad niewiarą...

Człowiek o którym piszemy nazywał się Hektor Natali. Rodzice dali mu religijne wychowanie, w 14 roku przystąpił do Komunii świętej, a wyrazem gorącości jego ducha było choćby to, że zaraz po Komunii świętej zapisał się do Bractwa Matki Boskiej Różańcowej, oddając się tym aktem na Jej własność.

Któż wobec tych oznak pobożności spodziewał się, że ta pierwsza Komunia będzie pierwszą - ale prawie i ostatnią Komunią w jego życiu? Hektor wyrósł na młodzieńca i od razu znalazł się w obozie masonerii - kościele szatana. I rzec można, że był gorliwym masonem-sługą samego diabła! Spod ciętego jego pióra płynęły raz po raz zjadliwe artykuły przeciw religii, a nawet wychodziły dzieła niewiarą zaprawne.

Na drodze jego życia stanęła kobieta Beatrix Monti. Była młodą, bogatą, piękną, ale ponadto wszystko była głęboko religijną. Hektor pragnął wybrać ją za towarzyszkę życia, ale wiara jej zdawała się być przepaścią dla jego zamiarów. Począł więc udawać religijność, umiał nawet pięknie mówić o Bogu i prawdach wiary i pozyskał w zupełności serce dziewczęcia. Kiedy już dzień ślubu był oznaczony, przekonał narzeczoną, że lepiej, aby osobno przystąpili w tym dniu do Komunii świętej, by serdeczna ale, bądź co bądź ziemska miłość nie mąciła podniosłego nastroju dusz. Beatrix nie przeczuwała wyrafinowanego kłamstwa i była bardziej jeszcze zachwyconą swoim narzeczonym.

Wkrótce jednak znikły obłudy. Beatrix wszakże umiała wykorzystać dla Boga niezaprzeczoną miłość swojego męża i skłoniła go, by wieczorem odmawiał: Zdrowaś Maryjo. Potem, przemyślną i rozumną miłością wyjednała, by nosił medalik Królowej Różańca świętego, i pozwolił obraz Jej zawiesić w swoim pokoju. W głębiach zaś serca, bolała nad odstępstwem męża i łzy strumieniem nieraz płynęły u stóp Maryi. 

Tymczasem Hektor dostał raz i drugi ataków serca, z których miały się rozwinąć długie i niebezpieczne cierpienia. Popłynęły więc znowu modlitwy i nowenny o wyzdrowienie - jak mówiła Beatrix, a w rzeczywistości modliła się o nawrócenie do Tej, którą nie darmo Ucieczką grzeszników nazwano.

Potęga Jej nieznacznie, co prawda, ale już zaczynała oddziaływać na wolnomularza! Czuł dziwny spokój, kiedy patrzał na modlącą się i rozklęczoną postać swej żony. Niespodzianie odwiedził go przyjaciel dni dziecinnych, a wtedy prałat papieski ks. Augustyn Guidi. Żegnając się, prosił go Hektor, by przyszedł i odwiedził go, gdy tego zażąda. Ponawiające się bolesne ataki serca były powodem, że Hektor zawezwał kapłana prędzej, niż ten się spodziewał.

— Przyjacielu — mówił — pragnę odzyskać pokój serca.

I rozpoczął spowiedź, po której prosił o przebaczenie zgorszenia, popalił wolnomularskie (masońskie) dyplomy i zażądał, by uroczyście przyniesiono mu Komunię świętą. Miała to być ekspiacja za otwarte odstępstwo od wiary. Pragnął się dźwignąć ze swej niemocy, by rzucić się do stóp Ojca Świętego i prosić o przebaczenie. Dowiedział się o tym papież Leon XIII i przysłał mu błogosławieństwo swoje. Czuł, że wielką łaskę powrotu do Boga zawdzięcza nikomu innemu tylko Maryi. Wspominał więc często, że Ona nie zapomniała o tym, że przez wpisanie się do różańca, stał się Jej własnością i dlatego nie dozwoliła mu zginąć! Różaniec już ani na moment nie wymykał się z rąk jego. Oznaki masońskie zlecił złożyć w świątyni Jej w Pompei jako wota.

Odszedł z tej ziemi w pierwszą sobotę różańca z okrzykiem dziecka, biegnącego na spotkanie matki: Idę do Ciebie, Maryjo, idę już. Idę...

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 140-141.

piątek, 9 września 2016

ŚMIERĆ JAKO LEKCJA NAWRÓCENIA

W ostatecznym oczyszczeniu świata dokona się zupełny rozdział żywiołów. Wszystko, co czyste i szlachetne, trwać będzie w niebie ku chwale błogosławionych. Wszystko zaś brudne i nieszlachetne wrzucone będzie do piekła ku udręczeniu potępionych. Tak więc, jak wszystko stworzenie dla wybranych będzie przyczyną radości, potępieńcy we wszystkich stworzeniach będą znajdować tylko przyczynę męczarni.
św. Tomasz z Akwinu


Młoda dziewczyna o imieniu Julia, odeszła od wiary w zabawach i przyjemnościach życia i lubowała się w wyśmiewaniu nauki Bożej. Pewnego dnia ktoś ostrzegł ją tymi słowami:

— Julio, to się źle skończy. Twoje bluźnierstwa ściągną na ciebie karę Bożą.
— To mnie mało obchodzi — odpowiedziała bezczelnie — czy ktoś kiedykolwiek wrócił z drugiego świata i opowiedział, co tam jest?

Tydzień później znaleziono ją w sypialni bez znaku życia. Przygotowano pogrzeb i złożono ją w trumnie. Następnego dnia pracownik cmentarny usłyszał jakieś dziwne dźwięki dochodzące z jednej z trumien. W obecności zaalarmowanych władz otworzono trumnę i wszyscy zrozumieli ze zgrozą, że dziewczynę zamknięto w trumnie żywcem. Jej twarz była straszliwie podrapana i zakrwawiona. Podnoszący dziewczynę z trumny usłyszeli jej okrzyk:

— Dzięki Ci Boże!

Po jakimś czasie Julia opowiedziała, co się stało. 

— Gdy odzyskałam świadomość w trumnie i zdałam sobie sprawę, że pogrzebano mnie żywcem, zaczęłam drapać i uderzać głową w deski. Ale na próżno; i wtedy przed oczyma stanęła śmierć. Nie tyle bałam się śmierci ciała, co śmierci wiecznej; wiedziałam, że idę na potępienie. Boże, jakże na to zasługiwałam. Krzyczałam i modliłam się, a potem znowu straciłam świadomość. Obudziłam się gdy wyciągano mnie z trumny. O, jakże wielka jest dobroć Boga! Jak ja pogardzałam prawdami wiary. Ukarałeś mnie, Panie, ale w swym miłosierdziu dałeś mi łaskę nawrócenia i żalu.

Wszyscy zaprzeczający istnieniu piekła będą musieli wyznać swój błąd, prędzej czy później. Niestety, dla wielu może być już za późno! 

François Xavier Schouppe SJ, Piekło. Dogmat o piekle na przykładach faktów z życia świętych 
i historii Kościoła, EXTER, Gdańsk 2003, s. 57-58.

REWOLUCJONISTA COLLOT DE HERBOIS

Piekło istnieje, czy chcemy wierzyć czy też nie. Jest to miejsce wiecznej kary przygotowanej dla tych, którzy odeszli z tego świata uparcie odrzucając Miłosierdzie Boże. Prawdy tej nauczał sam Zbawiciel Jezus Chrystus z powagą i autorytetem przewyższającymi jakąkolwiek naukę ludzką.
Thomas. A. Nelson

Rewolucyjny rzezimieszek Collot de Herbois słynął tak z bezbożności, jak i z krwawego okrucieństwa. To on był autorem masakr w Lyonie w 1793 roku i mordercą 1600 ofiar. Sześć lat później skazany został na zesłanie do Cayenne, gdzie dawał upust swemu szaleństwu przeklinając wszystko, co święte. Najmniejszy ślad religijności czy pobożności doprowadzał go do szału. Gdy zobaczył żołnierza czyniącego znak krzyża zawołał:

— Durniu, ty wierzysz w te przesądy! Nie wiesz, że Bóg, Maryja Panna, niebo i piekło to wymysły tej przeklętej bandy w sutannach?

Krótko po tym powaliła go ciężka choroba, i cierpienia zdawały się wypalać mu wnętrzności. Collot zaczął wydawać z siebie okropne jęki, przyzywając na pomoc Boga, Matkę Najświętszą i prosząc o księdza.

— Jak to — odezwał się do niego żołnierz — prosisz o księdza? Boisz się piekła? Przecież sam wyklinałeś kapłanów i żartowałeś z piekła!
— Niestety — zajęczał Collet — to mój język kłamał memu sercu.

Wkrótce potem umarł on w strasznych cierpieniach.

François Xavier Schouppe SJ, Piekło. Dogmat o piekle na przykładach faktów z życia świętych 
i historii Kościoła, EXTER, Gdańsk 2003, s. 55-56.

czwartek, 8 września 2016

DOBRY PRZYKŁAD KRÓLA ALFONSA

Maryja nie tylko nie odmawia mleka swojego miłosierdzia i wełny swojej opieki tym, którzy ją o to proszą, lecz się sama z tym nastręcza, aby nas pobudzić do ufności i zachęcić do wzywania Jej obrony przeciw gromom sprawiedliwości Bożej.
św. Alfons Liguori

Modląca się pątniczka, Kijów, Ukraina
Alfons, król Leonu i Galicji, pragnąc aby cała rodzina czciła Matkę Najświętszą Różańcem, w celu zachęcenia ich do tego własnym przykładem, pomyślał nosić przy boku wielki Różaniec, bez zobowiązania się jednak do odmawiania go: doprowadził w ten sposób cały swój dwór do pobożnego odmawiania go.

W niedługim czasie mógł stwierdzić, jak Matce Najświętszej podobała się jego pobożna inicjatywa. Złożony chorobą i szybko doszedłszy do stanu krańcowego, uważano, że umarł; przeciwnie! był tylko porwany w ekstazie przed trybunał Boży, gdzie widział szatanów, którzy oskarżali go o wiele jego przestępstw, i Boskiego Sędziego już w momencie skazania go na kary wieczne.

Wizja straszna, lecz po niej nastąpiła inna bardzo pocieszająca. Oto rzeczywiście Matka Najświętsza zbliża się do Boskiego Syna i wstawia się za nim. Ponieważ szatani położyli na jednym talerzu wagi grzechy króla, ona śpieszyła się z położeniem na drugim talerzu wielkiego Różańca, który Alfons nosił ku jej czci, a także Różańce, które swoim przykładem zachęcił do odmawiania. Natychmiast ta szala opuszczała się, a wtedy Najświętsza Dziewica patrząc na Alfonsa łaskawym okiem mówiła mu: 

— Uprosiłam ci od Syna, jako nagrodę za małą przysługę, jaką mi zrobiłeś nosząc Różaniec, abyś żył jeszcze kilka lat: a więc wykorzystaj je dobrze i czyń pokutę.


Przychodząc do siebie, Alfons zawołał: 

— O, błogosławiony Różaniec Najświętszej Dziewicy, któremu zawdzięczam uniknięcia potępienia wiecznego!

I odzyskawszy zdrowie, odznaczał się zawsze, dopóki żył, nabożeństwem do Różańca świętego odmawiając go każdego dnia.

Św. Ludwik Maria Grignon de Montfort, Przedziwny sekret Różańca świętego. 
Tajemnica łaski i zbawienia, Montfortański Ośrodek Maryjny, Rzym 1960, s. 23-24.

MODLITWA MATKI

Matka Boża nie tylko wspomaga kaznodziejów sławiących Różaniec, ale nagradza hojnie również tych, którzy, pociągają innych do tego nabożeństwa swoim przykładem.
św. Ludwik Grignion de Montfort

W ukrytym domku, z dala od gwaru wielkiego miasta, na łóżku boleści spoczywa młodzian dwudziestoletni. Leży cicho, bez ruchu, złożony chorobą, która wnet przetnie pasmo dni jego boleści, oczy tylko jego wielkie błyszczą szczególnym złowrogim blaskiem. Zdaje się, że całe jego życie zebrało się w źrenicach błyszczących posępnie.

Izba zdradza ubóstwo, nędzę. W kącie, coś w rodzaju szafki, dwa krzesła słomiane, ściany bielone, a na jednej z nich wprost skromnego posłania chorego obraz kolorowy Najświętszej Panny Maryi trzymającej na ręce Dziecię Jezus.

Wzrok młodzieńca pada od czasu do czasu na ten obraz, lecz w nim tylko nienawiść się przebija, jakby niecne bluźnierstwa. Uboga matka stoi przy łożu, patrzy na chorego przez łzy, które wolno płyną po twarzy zoranej pracą, nędzą i cierpieniem. W ręku trzyma różaniec święty, modli się do Najświętszej Panny Maryi, aby przyszła jej z pomocą, aby u Syna łaskę miłosierdzia wyjednała. Najświętsza Panna Maryja słucha tej modlitwy, bo zawsze słucha tych, co do Niej się uciekają; zły syn milczy zawzięcie, a to milczenie jego aż nadto wymowne, starczy za słowa urągania.

— Synu mój, miej litość nade mną, jeżeli jej nie masz nad sobą samym. Wszystko ci darowałam. Opuszczenie mię. Rozpustę. Świętokradztwa. Bluźnierstwa. Pogróżki... Powiedz mi w tej ostatniej chwili, że przyjmujesz moje przebaczenie.

Nie ma odpowiedzi.

— Łaski, proś Boga o przebaczenie.

Cisza.

— Daj mi choć jedno słowo, nazwij mię słodkim imieniem matki, którą już tak dawno mię nie nazwałeś.

Tym razem spojrzał na nią, poruszył z wysiłkiem wargami i rzekł krótko z nienawiścią:

— Nie!

Nieszczęśliwa matka podniosła oczy na obraz Najświętszej Panny Maryi z rozpaczą i jakby z wyrzutem, następnie porywa nagle swą chustkę i wybiega... Dąży spiesznie do najbliższego kościoła i upada na kolana przed ołtarzem Matki Boskiej Różańcowej. Modli się żarliwie. Walczy w niej rozpacz i ufność. Poddanie się...

Trwa na modlitwie czas dłuższy, powstaje wreszcie i powraca szybko do domu, otwiera trwożliwie drzwi, blada, trzęsąca się, zatrzymuje się - nie śmie spojrzeć, czy syn już umarł, czy jeszcze kona. Jeżeli żyje, to może znowu przeszyje jej serce wzrokiem nienawiści, wstrząśnie nią strasznym bluźnierstwem... Słucha...

— Mamo!

Mój Boże, czy syn mój to mówi... nie może zdać sobie z tego sprawy. 

— Mamo.

Po raz drugi powtarza umierający, oczy jego pełne łez.

Zbolała matka upada na kolana u łoża syna, przejęta już radością i zdziwieniem, miłością najczulszą macierzyńską. To nie sen, ułuda, która rozejdzie się. Nie, to syn ją woła, patrzy na nią jak niegdyś, dawno temu już, zalany łzami i głosem przerywanym, ciężkim oddechem mówi, wskazując na obraz Najświętszej Panny Maryi.

— Ona, Ona na mnie z obrazu spoglądała... i rzekła... słyszałem Ją dobrze: “Pomnij, że Syn mój umarł za ciebie na krzyżu! Ja jestem twą Matką!”.

Nieprzebrane miłosierdzie Boże! Najświętsza Panna Maryja, Królowa Różańca świętego wysłuchała błagania biednej matki! 

Kapłan dopełnił dzieła miłosierdzia Najświętszej Panny. Z jakim żalem doskonałym chory spowiadał się, z jakąż miłością przyjął ostatnie Sakramenta święte!

W najczulszych objęciach matki marnotrawny syn oddał ducha Bogu. Błogosławiona to była śmierć, przemiany dokonał żal, uczucie wdzięczności i miłości!

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 135-137.



środa, 7 września 2016

U SCHYŁKU DNI

Za swojego życia świętemu Dominikowi nic innego nie leżało tak bardzo na sercu, jak głoszenie wielkości Matki Bożej i zachęcania wszystkich do Jej czczenia przez Różaniec. Dlatego można Królowa Nieba nie przestawała zsyłać pełnymi rękoma błogosławieństwa na tego świętego. Uhonorowała jego trud tysiącami znaków i cudów. Każda dosłownie prośba zanoszona przez niego do Boga była wysłuchana przez pośrednictwo Matki Bożej. I - co stało się największym względem - Ona to uczyniła świętego zwycięzcą nad herezją albigensów oraz ojcem i patriarchą wielkiego zakonu.
św. Ludwik Grignion de Montfort

Fra Angelico, Ukoronowanie Maryi,
Florencia 1437-1446
Andrzej E. jeden z najwybitniejszych włościan, którzy w roku 1837 porzucili religię przodków swoich i wyemigrowali do Prus, powrócił przed kilku laty do Tyrolu do swej rodziny, nie przestawszy atoli wyznawać dotychczasowej swej kacerskiej nauki. Okoliczność ta była wielkim zmartwieniem dla rodziny, która też nieustannie błagała go, aby się upamiętał zwłaszcza, że już 80-ty rok życia liczył i jak to się mówi, nad grobem już stał. Ale starzec okazywał się stale nieczułym na prośby swych dzieci i żony, przerywał każdą rozmowę o religii i zatapiał się w Biblii, i w innych protestanckich książkach, których strzegł jak relikwij jakich.

Nadszedł dzień 30 listopada, dzień patrona jego. W dniu tym wziął on po raz pierwszy (od czasu pobytu swego między swoimi) udział we wspólnym odmawianiu różańca, który rodzina zwykła była codziennie wieczorem odmawiać. Od ćwiczenia tego przedtem zawsze się oddalał pomimo zaprosin ze strony rodziny. Zdarzenie to sprawiło wielką radość i niejedna łza wzruszenia i błogiej nadziei spłynęła po obliczu modlących się, a zwłaszcza żony jego. Andrzej odmówił nawet Zdrowaś Maryjo, modlitwę, która przez 29 lat nie powstała na ustach jego. I nie dość na tym; w końcu wyjawił postanowienie swe, że pragnie złożyć wyznanie wiary katolickiej.

Stało się to dnia 19 grudnia roku 1861.

W obecności kilku księży, pomiędzy którymi znajdowali się także dwaj jego synowie i dawny ojciec duchowny, obok całej rodziny, która zebrała się na tak rzadką uroczystość złożył wyznanie wiary. Jakiego uczucia doznali wszyscy, a szczególniej gorliwa o swą wiarę katolicką żona, która wybrała raczej długie lata rozłąki z mężem, aniżeli odstąpienie od swej wiary, tego opisać nie sposób, to sam czytelnik musi sobie w duszy wyobrazić.

Od tego pamiętnego dnia nie masz też w tej rodzinie niezgody, wszyscy jednomyślnie modlą się do jednego Boga. Stąd poznać możemy, jak wielkim dobrem jest jedność religijna dla rodzin, gmin i kraju. Rozdział bowiem religijny sprowadza wszędzie rozdwojenie i przykre rozerwanie stosunków domowych.

Podziwienia też godną jest ta okoliczność, że Andrzej rozpoczął swe oderwanie od wiary zaniedbaniem wieczornego różańca, i że znowu po upływie 29-ciu lat właśnie od obecności na tym świętym ćwiczeniu ku czci Najświętszej Panny Maryi Różańcowej odbywanym, zbawienny zwrot ku dawnej wierze katolickiej u niego nastąpił. 

Dalej godnym uwagi jest to, że w oktawę Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Panny Maryi powziął on stanowcze postanowienie nawrócenia się. Widzimy stąd jak zawsze Najświętsza Maryja spełnia swój urząd "pogromicielki wszelkich herezyj" i że nie na darmo nazwaną jest "młotem kruszącym błędne nauki".

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 132-133.

KAMIENIARZ NAZWISKIEM EULOGIJUSZ

Naturą ubóstwa jest nie być przywiązanym do rzeczy. Nie przywiązuj się zanadto nawet do rzeczy koniecznie potrzebnych.
św. Maksymilian Maria Kolbe

Paweł z Egiptu, pustelnik
Za cesarza Justyna mieszkał w Egipcie pewien kamieniarz nazwiskiem Eulogiusz, który chociaż biedny pod względem materialnym, bogaty był w wiarę i cnoty chrześcijańskie. Utrzymywał się z pracy rąk. Jakkolwiek byt jego materialny wcale się nie poprawiał na tej ziemi, jednakże modlitwą i dobrymi uczynkami powiększał on skarby w Niebie. Przy wysiłkach i ciężkiej pracy pościł regularnie aż do zachodu słońca, a skąpym zarobkiem żywił biednych, pomagał nieszczęśliwym i wspierał podróżnych. 

Miał on przyjaciela, bardzo świątobliwego zakonnika, imieniem Daniela, który go często, osobliwie w dni świąteczne, odwiedzał i przyjemnie z nim czas przepędzał. Zakonnik zbudowany tak pięknymi cnotami człowieka niskiego stanu i pochodzenia, widząc przy tym na jaki cel obracał mienie ciężką pracą nabyte, prosił Boga, aby mu udzielił bogactw, którymi by obficiej mógł szafować na rzecz ubogich i nieszczęśliwych. 

Bóg wysłuchał modlitwy pobożnego zakonnika. Eulogiusz kopiąc razu jednego ziemię znalazł bardzo wielki skarb w niej ukryty. Ale chwila znalezienia i objęcia w posiadanie owego skarbu była chwilą śmierci i pogrzebu wszystkich jego cnót i zasług, jakie miał u Boga; cnotliwe bowiem i pobożne życie zamienił odtąd na występne i hulaszcze. Poprzednio myśli jego obracały się wyłącznie około rzeczy świętych, zajmował się modlitwą i rozmyślaniem pobożnym, teraz zaś o niczym więcej nie myślał, tylko o bogactwach i godnościach światowych. Stał się wskutek tego posępny, gniewny, drażliwy i podejrzliwy; opanowała go melancholia, przestał się modlić, rozmyślać, przystępować do sakramentów świętych; w sercu jego wystygła zupełnie miłość względem Pana Boga; stał się obojętnym i nieczułym na cierpienia bliźnich. Znienawidziwszy pracę i odosobnienie, obmyślał nowe sposoby przyjemniejszego przepędzenia życia i upojenia się rozkoszą światową. Bogactwa, których teraz był posiadaczem, ułatwiły mu wstęp do ludzi zajmujących wyższe stanowiska, a że nie był pozbawiony zdolności i wykształcenia, wkrótce więc zwrócił ich uwagę na siebie. Znalazł przyjaciół, zawiązał stosunki z ludźmi znakomitszymi, zapoznał się z wyższymi urzędnikami i wojskowymi, a przy grzeczności i gościnności pozyskał sobie przychylność i serca wielu. Słowem, tak umiał ująć starszych i wpływowych ludzi, że w ciągu kilku lat, awansując ze stopni niższych na wyższe, zajął na koniec stanowisko dowódcy gwardii cesarskiej. Na nieszczęście jednak począł się pysznić, nadymać, wieść życie zbytkowne i hulaszcze; gry, widowiska, uczty, przepych, próżność i zbytki zastąpiły miejsce pokory, prostoty, pobożności i wszystkich innych cnót, których dawniej był szczęśliwym posiadaczem.

Tymczasem zakonnik Daniel zawiadomiony o wszystkim, co się stało z jego przyjacielem poczciwym niegdyś kamieniarzem, bardzo się zmartwił i niezwłocznie udał się do Konstantynopola, by odszukać i przyprowadzić do owczarni tę owcę zbłąkaną. Udało mu się wejść do wspaniałego pałacu, w którym mieszkał Eulogiusz, z wielką jednak trudnością zdołał się dostać do samego pana. Stanąwszy przed Eulogiuszem poczciwy zakonnik przypomniał mu jego stan pierwotny, w którym się przed kilku laty znajdował, a nadto dawniejszą pobożność i cnoty; otwarcie ganił obecne jego życie światowe, opieszałość w służbie bożej, zbytki i lekceważenie tych ćwiczeń duchownych, którym się przed kilku laty tak pilnie oddawał. Atoli Eulogiusz napomnień zakonnika nie słuchał: przyjął go opryskliwie i wygnał z pogardą nazywając go głupim i zuchwałym; za przykładem pana i służba nie szczędziła obelżywych słów, a nawet i pięści ubogiemu mnichowi. Daniel zalany łzami i krwią oddalił się bardziej ubolewając nad losem dawniejszego przyjaciela, aniżeli nad zniewagą, jaka go w jego domu spotkała. Błagał więc Boga, aby mu odjął teraz owe skarby, które go do zguby i takiego zaślepienia doprowadziły.

Pan Bóg i teraz wysłuchał modlitwy dobrego zakonnika; wkrótce też zaszła zmiana w sercu i usposobieniu dawniejszego przyjaciela. Powstał bunt w wojsku przeciwko cesarzowi Justynowi; Eulogiusz dał się uwikłać w tym ruchu, który w krótkim czasie odkryto i przytłumiono: wszyscy sprzysiężeni skazani byli na śmierć. Aczkolwiek Eulogiusz w ucieczce znalazł ocalenie, utracił jednakże urząd, dobra, pałac i znowu powrócił do największej nędzy. Nie pozostawało mu nic innego, jak wrócić do rzemiosła i z dala od ludzi oddać się znowu ciężkiej i mozolnej pracy. 

Nie masz jednak złego, które by przy dobrych chęciach na dobre nie wyszło człowiekowi. Nieszczęście otworzyło mu teraz oczy, które pomyślność była wprzódy zaćmiła. Oderwany od ponęt tego świata ciągnących do grzechu, pozbawiony przepychu i skarbów, które był posiadał, począł tym głębiej zastanawiać się nad sobą, a przy świetle łaski bożej poznawać własne sumienie zabłocone chwilowymi rozkoszami i wszystek pogrążył się w myślach o Bogu i wieczności. W takim stanie ducha począł coraz dokładniej poznawać nicość rzeczy doczesnych, niebezpieczeństwa wynikające z bogactw i godności światowych. Gorzko więc opłakiwał swoje błędy, zaprzysiągł oddać się całkowicie wielkiej sprawie zbawienia duszy i wrócił do pracy i pobożności, która poprzednio była jedynym jego zajęciem.

Zacny Daniel odwiedzał Eulogiusza, a widząc tak chwalebne zajęcia utwierdzał go w pobożności i razem z nim składał dzięki Panu. Tak więc ubóstwo i niepowodzenie naprowadziło Eulogiusza na drogę zbawienia, z której go bogactwa i zaszczyty były wykoleiły; teraz spokój serca odzyskał.

Ks. Jan Michniewicz, Pokój serca i środki do znalezienia go i utrwalenia, Warszawa 1893, s. 23-25.

wtorek, 6 września 2016

NIEDOWIAREK A RÓŻANIEC

Ateista – osoba, która wierzy w nieistnienie Boga, który ją stworzył. Ateista ma zawsze przegrane, bo jeżeli Boga nie ma, to po śmierci nigdy nie dowie się, że miał rację; a jeżeli Bóg istnieje, to znaczy, że przez całe życie się mylił. Czasami można spotkać na cmentarzach groby ateistów z napisem: „Tu leży ateista, ładnie ubrany, ale nigdzie się nie wybiera”. 
Anonim
Volney, filozof niedowiarek, będąc razu jednego w barce na morzu z kilkoma towarzyszami również jak i on wolnomyślnymi, spostrzegł pomiędzy pasażerami w końcu barki siedzącą kobietę, która trzymała koronkę w ręku i pobożnie odmawiała pacierze. Ponieważ duch czasu wymagał, by to wszystko, co tylko do religii należało i miało charakter świętości, pod pręgierz szyderstw podprowadzono, więc i nasi filozofowie nie mogli się powstrzymać, by nie pozwolić sobie żartów z modlącej się kobiety. 

Naprzód prześladowali ją przedrzeźniając jej sposób modlenia się i bawiąc się śmiechem z jej miny pobożnej i kornej postawy, a gdy ona nie ustawała się modlić, wtedy zaczęli bluźnierstwa miotać na Boga i Jego religię świętą. 

Upłynęło zaledwie pół godziny od tej antyreligijnej demonstracji. Nikt nie przypuszczał, że z tak małych na pozór chmur pokrywających podówczas niebo spadnie deszcz ulewny. Co gorsza powstała burza, zerwał się straszny huragan miotający barką na wszystkie strony. Pobledli ze strachu wszyscy wędrowcy, a z nimi i nasi wolnomyślni filozofowie; trzęśli się jak liście na drzewie, bo istotnie lada chwila mogli zatonąć w głębokościach morskich. 

Na widok takiego niebezpieczeństwa niemal wszyscy wpadli na myśl, aby przez modlitwę udać się do Boga i błagać Go o pomoc, której żadna potęga ludzka udzielić im już nie była zdolna. Volney, z przestrachu prawie nieprzytomny, bieży do owej kobiety, którą pół godziny temu wyśmiewał, rzuca się na kolana i błaga ją, aby z nim razem odmawiała koronkę dla uproszenie od Boga oddalenia strasznej burzy. Upadłszy na kolana, trzymając koronkę w ręku odmawiał pobożnie „Zdrowaś Maryjo”. Wkrótce niebo się rozjaśniło, wiatr ustał, burza ucichła, morze się uspokoiło. 

— Mój panie — przemówiła do Volneya kobieta, która nawet podczas burzy nie straciła pokoju — do kogo zanosiłeś modlitwy widząc niebezpieczeństwo grożące, skoro takie przed chwilą miotałeś bluźnierstwa na Boga i Jego świętych?

Filozof tak niespodziewanie zagadnięty odpowiedział szczerze, acz naiwnie: 

— Moja droga, wtenczas nie wierzymy, kiedy pogoda i słońce jasno świeci, gdy zaś burza zaskoczy, stajemy się bigotami.

Taka jest istotnie stałość zasad niedowiarków szydzących z religii i z pobożności: gdy w szczęściu są, śmieją się ze wszystkiego, a więc i z praktyk religijnych; gdy bieda zaskoczy, grom kary Bożej pogrozi, wtedy ze strachu truchleją wzywając na pomoc Boga i Jego świętych, którym przed chwilą bluźnili. Trafnie poeta scharakteryzował takiego pokroju filozofów mówiąc: 

„Zaufany filozof w zdaniach przedsięwziętych,
Nie wierzył w Pana Boga, śmiał się z wszystkich świętych. 
Przyszła słabość, aż mędrzec, co firmament mierzył, 
Nie tylko w Pana Boga, i w upiory wierzył.”

Ks. Jan Michniewicz, Pokój serca i środki do znalezienia go i utrwalenia, 
Warszawa 1893, s. 386-387.

niedziela, 4 września 2016

TRZY RÓŻAŃCE

Nie sposób wypowiedzieć, jak Matka Boża ceni Różaniec; bardziej niż wszystkie inne nabożeństwa, i jak jest wspaniałomyślna w wynagradzaniu tych, którzy trudzą się jego upowszechnianiem, wprowadzaniem i praktykowaniem. I przeciwnie, jak jest sroga wobec tych, którzy chcą się temu sprzeciwić.
św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

Bogaty właściciel dóbr Artur N. stracił już w młodości swej wiarę. Uczęszczał on do szkół bezwyznaniowych. Przewrotne zasady złych ludzi, ich kłamliwe przedstawienia nauki o religii i obyczajach, połączone z naśmiewaniem się z nabożeństw Kościoła świętego, usposobiły Artura wrogo dla religii i zepsuły jego serce. Należał on jednak, że tak powiem, do niedowiarków szlachetniejszego rodzaju; był miłym w obejściu i ukrywał jad swego niedowiarstwa pod płaszczem grzecznego zachowywania się w towarzystwie. W czasie, o którym mowa, był Artur dojrzałym, poważnym mężczyzną, włosy miał długie, białe a broda siwa spływała mu aż na piersi. Wcześnie już zaciągnął się on w szeregi wolnomularzy (...), próby odbył u "sług szatana" iście chwalebnie, a nawet osiągnął wysoką godność "rycerza Kadosza".

Był on najbogatszym w okolicy, grał rolę "przyjaciela ludzkości", wspierał ubogich, toteż pozyskał sobie miłość i poważanie u wielu. Miał córkę młodą i piękną, imieniem Irma, u której pobożność szła w parze z pięknością. Była przeciwieństwem ojca. O ile tamten tchnął niewiarą, o tyle goręcej i stałej wierzyła Irma. Bardzo ją bolało zachowanie się ojca wobec religii, toteż gorąco modliła się, płakała w ukryciu nad jego dolą. Często można ją było widzieć u stóp ołtarza "Pocieszycielki utrapionych", przed którym zasyłała gorące modły do "Ucieczki grzesznych", prosząc o nawrócenie ojca.

Przybył w tym czasie do wsi, w której mieszkał Artur ze swą córką, gorliwy misjonarz, aby odprawić dla ludu ćwiczenia duchowne, czyli misje. Oświecona łaską Bożą i pobudzona głosem wewnętrznym podwoiła teraz Irma swe modły, aby uprosić przy tej sposobności łaskę nawrócenia dla tego, którego gorąco miłowała. Udała się do misjonarza, cała zapłakana, i prosiła go, by jej podał jakie skuteczne lekarstwo.

— Musimy się modlić — odrzekł misjonarz — i to modlić się nieustannie. Nie trać nadziei, Bóg i łaska Jego silniejszymi są od piekła. Opowiedz mi coś o zwyczajach i sposobie życia twego ojca.
— Wszystko, co w tym względzie wiem — odpowiedziała Irma — ogranicza się na tym: wstaje o godzinie 9, o 10 je śniadanie, po czym udaje się do ogrodu, położonego na pięknym wzgórzu o kilometr od wsi. Tam przepędza cały dzień, przechadza się po ogrodzie lub zamyka się w swym pomieszkaniu.
— Dobrze, ostatecznie wystarczy mi i to. Proszę cię odmawiaj przez trzy następne dnie o kwadrans na 11 różaniec na intencję nawrócenia ojca.

Następnego dnia misjonarz ukończywszy nabożeństwo w kościele, udał się do wspomnianego ogrodu. Ze szczytu wzgórza oglądał cały ogród, podziwiał piękne ławki darniowe, aleje, kwiaty, wodotryski i wodospady i już zwracał do wsi, gdy spostrzegł Artura zdążającego do swej willi. Kiedy już misjonarz był o kilka zaledwie kroków odeń oddalony, przystanął, pozdrowił go uprzejmie i tak się zachowywał, jak gdyby chciał Artura od stóp do głowy obejrzeć.

— Cóż to ma znaczyć, księże proboszczu? — zapytał Artur zdziwiony i rozgniewany zarazem.
— Wielmożny Panie! — odrzekł misjonarz uprzejmie, — proszę o przebaczenie, jeżelim cię obraził, widok twój mię zachwyca. Podziwiam twą piękną brodę. Daruj mi, że to mówię. Ma Pan zaprawdę brodę jak gdyby patriarcha. Wątpię, czy żydzi Melchizedech, Abraham albo Aron mieli tak piękne brody jak pańska.

Dowcip ten rozbroił starca.

— Gdyby to nie było niegrzecznie z mej strony, księże proboszczu — rzekł całkiem uprzejmie, — to śmiałbym zaprosić cię do mego ogrodu, który niedaleko stąd się znajduje.
— Z przyjemnością! — odrzekł misjonarz, — będę Panu towarzyszył.

Zwrócili się więc razem w stronę ogrodu, rozmawiali po drodze o pogodzie i o deszczu, o tym i o owym. W ogrodzie podziwiali piękność przyrody, a w końcu weszli do środka willi. Ściany jej pokryte były cennymi wprawdzie obrazami, ale tego rodzaju, że misjonarz musiał od nich czym prędzej wzrok odwrócić. Nic jednakże nie powiedział Arturowi; spoglądnął na zegarek, oświadczył, że obowiązki powołują go do domu i pożegnawszy starca, oddalił się.

Prostota a zarazem umysł i pełne godności zachowanie się ujęły zupełnie Artura, toteż zanim dozwolił oddalić się misjonarzowi, wymógł na nim przyrzeczenie, iż na drugi dzień znowu go w ogrodzie odwiedzi. Tymczasem Irma ze szczególnym nabożeństwem o przepisanej godzinie odmówiła pierwszy różaniec.

* * *

Drugiego dnia, stosownie do danego przyrzeczenia, przybył misjonarz o tej samej godzinie do ogrodu. Jakżeż wielkim było jego zdziwienie, gdy wszedłszy do willi zauważył, że obrazy były do ściany poodwracane. I dziś jednak nie zwrócił na nie Arturowi uwagi.

Przechadzali się po wspaniałym ogrodzie, w cienistych alejach, rozprawiali o literaturze, o sprawach politycznych. Po niejakim czasie pożegnał się z Arturem, mówiąc, że musi udać się do konfesjonału i przyrzekł na usilne nalegania Artura odwiedzić go nazajutrz o tej samej godzinie.

Irma odmówiła drugi różaniec, uciekając się do Maryi i pokładając w Jej wstawiennictwie coraz większą nadzieję.

* * *

Większym jednak był jej zapał, jej ufność i nabożeństwo, gdy dnia trzeciego o przepisanej godzinie u stóp Maryi wśród łez gorących przesuwała paciorki a usta szeptały: "Zdrowaś Maryjo"...

Tymczasem misjonarz udał się po raz trzeci do ogrodu, gdzie go przyjął Artur ze szczególną i niedwuznaczną uprzejmością. Po wspólnej przechadzce po ogrodzie weszli do pracowni Artura. Ku niemałemu zdziwieniu spostrzegł tu misjonarz piękny klęcznik, a nad nim wspaniały krzyż z kości słoniowej. Starzec uśmiechnął się. 

— Czy domyślasz się czego, księże proboszczu? — zapytał.
— Tak jest! mój przyjacielu — odrzekł z radością misjonarz, uszczęśliwiony nad wyraz przekonaniem, że prośba niewinnej duszy uprosiła czas łaski.
— Księże proboszczu! — przemówił starzec drżącym głosem, — długo walczyłem, lecz po tej żmudnej walce uznaję się dziś za zwyciężonego. Łaska przemogła. Masz przed sobą, Ojcze, starego grzesznika, który wyrzeka się swych błędów i odrzuca bezbożne zasady fałszywej masońskiej filozofii. Widzę teraz w całej okazałości boskość religii katolickiej. Jak Augustyn, tak i ja szukałem szczęścia w próżnych uciechach tego świata - i jak on nie prędzej znajdę spokój, aż rzucę pod nogi próżności światowe, a wszystkie uczucia serca mego zwrócę ku niebu. Całym sercem wyznaję teraz prawdziwość słów Mędrca Pańskiego: «Wszystko jest marność i utrapienie ducha». W twe ramiona, czcigodny Ojcze, rzucam się i proszę, racz biednemu rozbitkowi dopomóc, by zawinął do pewnej przystani. Odprowadź zbłąkaną owieczkę na powrót do jedynie prawdziwej owczarni Chrystusa, przyjm mię na powrót na łono Kościoła katolickiego, zaleczywszy wprzód me rany.

Długi czas pozostali ksiądz i dotychczasowy wolnomularz w objęciu - obfite łzy spływały po ich twarzy.

* * *

Kilka dni później widziano u Stołu Pańskiego obok pięknej młodej dziewicy poważnego starca z białą, długą brodą. Jego skromna, szlachetna postawa była zbudowaniem dla całej gminy, której przedtem zgorszeniem była jego niewiara. Była to Irma ze swym sędziwym ojcem.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 127-130.