Łączna liczba wyświetleń

środa, 25 maja 2016

ZJAWIENIE SIĘ MATKI BOŻEJ W LA SALETTE

Demony powietrza razem z Antychrystem będą czynić wielkie cuda na Ziemi i na Niebie, a ludzie staną się coraz bardziej zepsuci. Bóg będzie opiekował się swymi wiernymi sługami i ludźmi dobrej woli; Ewangelia będzie głoszona wszędzie, a wszelkie ludy będą miały znajomość prawdy. 
Fragment Orędzia z La Salette

La Salette jest gminą wiejską w departamencie Isere w południowo-wschodniej Francji. 

La Salette

Dnia 19 września 1846 r. w sobotę suchedniową, we wigilię uroczystości Siedmiu Boleści Matki Bożej, dwoje dzieci: Melania Mathieu, licząca lat piętnaście i Maksymilian Giraud, mający lat jedenaście, pilnowali wspólnie bydła na wzgórzach w La Salette. Spożywszy posiłek południowy, spoczęli na trawie i zasnęli.

Obudziwszy się, ujrzeli, iż na sąsiedniej górze nie było krów im powierzonych. Zeszli więc, by szukać za nimi, gdy wtem spostrzegła Melania, w tym samym miejscu, gdzie przed chwilą odpoczywali, kulę świetlaną, bardziej niż słońce błyszczącą.

Na ten widok niezwykły, pastuszka zwraca niezwłocznie uwagę swego towarzysza i kiedy oboje się temu przypatrują, kula świetlana roztwiera się i w głębi jej widać "jakąś Panią" siedzącą na kamieniach ułożonych w kształcie ławki, mającą łokcie oparte na kolanach a twarz ukrytą w dłoniach, jakby zdjętą ciężkim smutkiem.

Widok ten napełnił dzieci prawdziwym strachem, zwłaszcza Melanię, która rzucając kij pasterski zawołała: "Ach! mój Boże!" Maksymilian choć młodszy lecz odważniejszy, chce dodać odwagi swej towarzyszce. "Trzymaj swoją laskę, woła, ja moją trzymam i uderzę ją, gdyby nam co zrobiła". I na dowód tego biedne dziecko grozi swą laską.

Wtem w oczach dzieci ona Osoba podnosi się odejmuje ręce od twarzy, chowa je w rękawy szerokie i długie, zakłada na krzyż prawą rękę na lewą i postępuje kilka kroków ku małym pastuszkom, mówiąc: "Zbliżcie się, moje dzieci, nic się nie bójcie, jestem tu dlatego, by wam zwiastować wielką nowinę".

Na te słowa wyrzeczone z niezmierną słodyczą, dzieci przystępują do owej Pani z ufnością, i to tak blisko, iż jak opowiadali sami, nikt by już nie mógł przejść między Nią a nimi, a stojąc u Jej stóp nie ustają się w Nią wpatrywać i Jej się przysłuchiwać. Zaczem widzą, że płacze, że jest postawy wyniosłej i że rysy Jej oblicza niezwykłej piękności tchną smutkiem, dobrocią i majestatem.

Nakrycie głowy ma białe, kończące się u góry diademem błyszczącym, a otoczone u spodu wieńcem róż jaśniejących różnymi barwami. Szata Jej również biała, miejscami lśniąca, pokryta z przodu fartuchem złocistym. Z szyi zwiesza się łańcuszek, na którym wisi krucyfiks z błyszczącym wizerunkiem Zbawiciela, a na ramionach krzyża widać na jednym z nich otwarte obcęgi, na drugim młotek. Na nogach ma trzewiki białe, naszywane perłami, ze sprzączkami złotymi, otoczona długą girlandą róż; ma na sobie chustkę białą, skrzyżowaną na piersiach, obramowaną trzecią girlandą róż i rodzajem galonu w kształcie grubego łańcucha. Na koniec całą Jej Osobę otacza podwójna aureola chwały, której blask jednak nie dorównywa jasności Jej oblicza.

"Jeżeli mój lud, rzekła do dzieci Pani, nie zechce się poddać, nie będę mogła powstrzymać ramienia mego Syna; jest ono tak ciężkim, że nie będę mogła go utrzymać. Odkąd cierpię za was, chcąc żeby mój Syn was nie opuścił, muszę Go prosić nieustannie, a dla was jest to rzeczą obojętną. Choćbyście nie wiedzieć jak modlili się, nie wiedzieć co czynili, nigdy nie zdołacie mi się wypłacić za trud, jakiego się za was podjęłam.

«Dałem im sześć dni do pracy - mówi Pan - siódmy dla siebie zachowałem, a nie chcą mi go udzielić».

Oto, co sprawia, że ramię mego Syna jest ciężkie. Jeśli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Okazałam to wam roku zeszłego przy zbiorze ziemniaków; wyście na to nie zważali, przeciwnie znajdując ziemniaki zgnite, przeklinacie i używacie do tego imienia mego Syna. Psować się będą dalej, a tego roku na Boże Narodzenie już ich nie będzie.

Modlicie się dobrze, moje dzieci?"
"O nie, proszę Pani, nie bardzo" odrzekły wręcz otwarcie.
"Ach! moje dzieci, odpowiedziała, trzeba dobrze się modlić, rano i wieczór; kiedy nie będziecie mieli czasu, zmówcie przynajmniej jedno «Ojcze nasz» i jedno «Zdrowaś Maryjo», a kiedy będzie można, mówcie więcej. Na Mszę św., chodzi zaledwie kilka niewiast już starszych, inni pracują w niedzielę całe lato, a w zimie to idą na Mszę św., by sobie z religii żartować. Podczas Wielkiego Postu idą do jatki, jak psy".

Wiele jeszcze rzeczy powiedziała Najświętsza Panna Maryja dzieciom, cała rozmowa trwała, jak się zdaje, dobre pół godziny, po czym chwalebna Pani w towarzystwie dzieci, które bezwiednie szły za nią, wstępowała powoli na mały pagórek, nie dotykając się ziemi, ani nawet trawy swymi stopami nie uginając.

Nie doszedłszy wierzchołka, Pani zatrzymuje się i wznosi na wysokość półtora metra od ziemi, podnosząc oczy do nieba i zwracając ku ziemi. Była to jedyna chwila, w której nie płakała, po czym zaczyna znikać, "ginąć", jak mówiły dzieci.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy:
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 161-163.

PODEJRZANE ŚWIECE

Pokładajmy więc wielką ufność w Matce Najświętszej i złóżmy całkowicie w Jej ręce życie, śmierć i wieczność. Kto w Maryi położył ufność, kto ma do niej prawdziwe nabożeństwo, z pewnością osiagnie zbawienie i uniknie strasznego potępienia. Poznamy dopiero w godzinę śmierci, od ilu grzechów ochroniła nas Maryja, ile dobrego spełniliśmy przy Jej pomocy. Niechże będzie dla nas odtąd wzorem życie Maryi, a pójdziemy bezpiecznie drogą wiodącą do nieba.
św. Jan Maria Vianney, Proboszcz z Ars

Matka Boska Ostrobramska
Opowiadanie niniejsze zostało zaczerpnięte z dziennika, poświęconego sprawom i cudom świętego Antoniego Padewskiego.

W mieście stołecznym Wielkiego Księstwa Litewskiego, w Wilnie, znajduje się w tak zwanej Ostrej Bramie cudowny obraz Matki Bożej, otoczony od wieków czcią powszechną. Opowiadanie niniejsze dowodzi, jak Matka Najświętsza ochrania od zagłady miejsca Jej czci poświęcone, i tych, którzy w Niej swą ufność złożyli.

W miesiącu marcu, roku 1909, jakiś nieznajomy mężczyzna przyszedł wieczorem do zakrystiana, prosząc, by świece, które z sobą przyniósł, mogły być zapalone przed obrazem Matki Boskiej, przy tym wyraził życzenie, żeby się całą noc świeciły, aż do Mszy uroczystej, która się każdodziennie przed cudownym obrazem o godzinie ósmej rano odprawia. Zakrystian nie chciał w nocy świec palić, z obawy pożaru, gdyż to nawet było wzbronionym, ale nieznajomy usilnie nalegał, mówiąc, iż ma ważną sprawę, którą polecił opiece Matki Najświętszej, a zakrystianowi dał dwa ruble, by przez noc światła pilnował; prosił go również, by sam mógł świece ustawić i zapalić.

Córka zakrystiana przygotowała ojcu ciepłe ubranie i posiłek, poczym udali się obydwaj do kościoła. Nieznajomy ukląkł przed cudownym obrazem - a pomodliwszy się chwilkę, włożył w lichtarze dwie grube woskowe świece i zapalił. Wkrótce, poleciwszy się modlitwom zakrystiana, odszedł, obiecując niedługo dać znać o sobie.
Zostawszy sam, zakrystian zadzwonił na Anioł Pański, a obszedłszy jak zwykle kościół, by sprawdzić, czy się doń kto nie zakradł, pozamykał drzwi i bramy; potem zmówiwszy pacierz wieczorny, usiadł w zakrystii, znajdującej się przy ołtarzu, pilnując światła. Po jakimś czasie sen go zmorzył i twardo zasnął. Naraz budzi go głos, wołający wyraźnie: “Zagaś..., zagaś świece!”

Wstał, obszedł kościół, lecz widząc, że nie ma nikogo, usiadł spokojnie, śmiejąc się ze swej ospałości i postanawiając nadal lepiej czuwać. Ale cisza, panująca dokoła, zaczęła go znów usypiać, gdy ten sam głos powtórnie zawołał: “Zagaś natychmiast świece!”

Zaniepokojony, zaczyna poszukiwania po wszystkich zakątkach kościoła - a nie znalazłszy nikogo, wraca do zakrystii, rozmyślając, czyby nie lepiej było posłuchać i świece zgasić, a samemu przespać się spokojnie. Ale przypomniawszy sobie obietnicę, uczynioną nieznajomemu i wzięte za pilnowanie światła pieniądze, wyjął różaniec, postanawiając modlitwą sen zwyciężyć. Lecz pomimo szczerej chęci modlenia się, zaczął usypiać, gdy ten sam głos, tylko tym razem silniejszy, znów zawołał: “Zagaś co prędzej świece!”

Przerażony już obecnie zakrystian pojął, że dzieje się coś nadzwyczajnego, pogasił pospiesznie światło, czuwając zaniepokojony do rana.

Gdy o świtaniu kościół otworzył, przygotowując wszystko do Mszy uroczystej, przyszła jego córka - z której okien widać było światło, palące się w kościele - i zaczęła ojcu robić wymówki, iż nie uczynił zadość usilnej prośbie nieznajomego i nie palił świec, wedle danej obietnicy. Ten opowiedział jej wszystko, co zaszło - dodając, iż musi w tym coś być, kiedy Matka Najświętsza nie chciała świec przyjąć od tego pana.

Po Mszy świętej, gdy się kościół opróżnił, zakrystian z córką wzięli świece, chcąc je obejrzeć i dojść przyczyny, dla której miały być zgaszone. Ale ciężar niezwykły dał im poznać, że oprócz wosku, wewnątrz coś więcej znajdować się musi. - Udali się więc do proboszcza, zawiadamiając go o wszystkim. - Proboszcz, przewidując coś złego, sprowadził policję, która odjąwszy z wielką ostrożnością pokład wosku, znalazła rurkę żelazną, napełnioną dynamitem, w którym był utkwiony knot, palący się na zewnątrz świecy. Wedle zdania kompetentnych osób, długość jego była obrachowaną, żeby wybuch nastąpił w chwili, kiedy kościół będzie napełniony ludem w czasie Mszy uroczystej. Chciano za jednym zamachem zniszczyć przybytek Pański i lud wiernie Matce Boskiej służący. Ale Ta, którą Bóg przeznaczył, by starła głowę wężowi, ochroniła swe dzieci od zasadzki wroga piekielnego, posługującego się w tych czasach rękami nihilistów i socjalistów. O, bo Jej macierzyńskie serce czuwa nad swymi dziećmi, niewiedzącymi często, od jakich podstępnych machinacji obroniła ich Królowa Polski i Różańca św. Wzywajmy więc często tę Wspomożycielkę wiernych, by zechciała nas zasłonić płaszczem swej opieki przed nawałnicą zaciekłej nienawiści, miotającej serca i głowy tych wszystkich, którzy Jej znać i kochać nie chcą, bo nie umieją. - Wołajmy więc o zmiłowanie dla nich, mówiąc z głębi uciśnionego serca: “Wspomożenie wiernych, módl się za nimi!”

O. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy:
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 119-121.


ŚMIERĆ ZAPOWIEDZIANA (PODŁUG OPOWIADAŃ PEWNEGO KAPŁANA, NAOCZNEGO ŚWIADKA ŚMIERCI PANA LEKNE)

Śmierć jest nagrodą życia. 
(Jean Giraudoux)

Maryja Królowa Polski
Moje dzieci, ostatni raz wracam z pola, gdzieśmy razem tak mile pracowali. Jutro pożegnam was i pójdę do wieczności.
Ojcze nie mów tak! Zdrów jesteś, praca utrzymuje twe siły, na swój wiek tak dobrze wyglądasz!
To prawda moje dzieci, ale każdy umrzeć musi i moja ostatnia godzina już nadchodzi; jutro ona wybije.

Te słowa niezmiernie zdziwiły syna i synową pana Lekne. Oboje myśleli, że ojciec ich pomieszania zmysłów dostał, gdyż był to silny mężczyzna, wesołego usposobienia, które jest oznaką zdrowia; jakże więc przypuścić, że on jutro umrze?

Niech które z wnucząt pójdzie się dowiedzieć, czy ksiądz proboszcz jest w domu, chciałbym się jak najrychlej wyspowiadać.

Dzieci były coraz więcej taką mową zdziwione, jednakże jedno z wnucząt pobiegło do ks. proboszcza w Paray-le-Monial, w bliskości sławnego klasztoru Wizytek. Do plebani było niedaleko i ksiądz proboszcz rychło przybył.

Co ci jest kochany panie Lekne? Jesteś zupełnie zdrów, a mówią mi, że się chcesz na śmierć przygotować. Cóż ci się stało?
Księże proboszczu, możesz czynić przygotowania do mojego pogrzebu, bo jutro umrę i chcę użyć tego krótkiego czasu na przygotowanie się do śmierci. Jutro rano, jeśli mi jeszcze Bóg pozwoli podczas Mszy przyjmę Komunię świętą i będę czekał na zawołanie Pańskie. O godzinie trzeciej przeniosę się do wieczności.

Ksiądz proboszcz mniemał także, że pan Lekne pomieszania zmysłów dostał, uspokajał go, że w tym oczekiwaniu śmierci nie ma żadnego prawdopodobieństwa; lecz jego życzliwe uwagi nie zmieniły przekonania pana Lekne, który zawsze przy swoim obstawał. Był to dobry i pobożny chrześcijanin, jakich wtedy wiele jeszcze we Francji było. Chociaż brał udział we wszystkich wojnach pierwszej republiki francuskiej, chlubił się jednak, że nigdy codziennych pacierzy nie opuścił, do których dodawał szczególną modlitewkę do Najświętszej Panny, prosząc, aby mu godzinę śmierci oznajmiła.

Oto księże proboszczu, jakim sposobem wysłuchany zostałem. Dziś, gdym wracał z pola, przechodziłem około kapliczki Ramsy. Chciałem tam zajść, jak to zwykle czyniłem, ale już późno było, więc pozdrowiłem tylko Matkę Boską moją zwyczajną modlitewką, żeby mi godzinę śmierci oznajmiła. - Wszedłem potem do alei - gdy w tejże chwili spostrzegłem przed sobą stojącą piękną panią w bieli. Słodki wyraz jej twarzy, jej nadzwyczajna piękność tak mnie zachwyciły, żem się wcale nie przeląkł.
Powiedziała do mnie słów kilka i znikła.
W tym momencie kilka osób przechodzących, do mnie się zbliżyło. Nic oni nie widzieli i nic nie słyszeli, ale się dziwili, widząc, że stoję nieruchomy, szukając wzrokiem pięknej pani, która ze mną rozmawiała. - Przechodnie pytali mię, czego ja tak stoję na ulicy, i czemu tak bardzo wzruszony jestem. Odpowiedziałem, że tylko co widziałem białą panią, tak piękną, że wyrazić tego nie podobna.
- Trzeba było zapytać się, kto ona jest i czego chce.
- Owszem, ona do mnie mówiła.
- A cóż ona ci powiedziała?
- Głosem tak dźwięcznym, że mi aż do serca przeniknął, powiedziała, że wysłuchała codziennej modlitwy mojej.
- Umrzesz jutro o trzeciej godzinie - dodała, przygotuj się na śmierć.

Przechodnie ci zrazu mniemali, że pan Lekne żartuje, lecz gdy on nieodmiennie twierdził, że widział białą damę, której oni wcale nie widzieli, uważali go za dziwaka i odchodzili mówiąc:

Lekne stracił głowę. Tego właśnie w jego rodzinie się lękano; i każdy po swojemu tę rzecz tłumaczył.
Za wiele wina wypił, szeptano wokoło niego i ksiądz proboszcz, jako i jego wikariusze, którzy z nim przyszli, a nawet dzieci pana Lekne mniemali, że nie inna jest przyczyna tego nadzwyczajnego wzruszenia ich ojca.
Obaczycie, że nie kłamię, i że jutro o trzeciej godzinie umrę! powtarzał z przekonaniem pan Lekne, któremu nikt wierzyć nie chciał.
Przez litość, księże proboszczu wyspowiadaj mię! Pewno nie zechcesz, żebym stanął przed Bogiem nie otrzymawszy ostatniego rozgrzeszenia; ale wielkie wzruszenie pana Lekne, tym bardziej wszystkich przekonywało, że głowę stracił.
Jutro wyspowiadam cię, mówił ks. proboszcz, jeszcze będzie dosyć czasu, teraz uspokój się i spocznij trochę! Te słowa niemal do rozpaczy przyprowadziły pana Lekne, który tak mocno nalegał, że nareszcie jeden z wikariuszów zgodził się na spowiedź, ażeby go uspokoić.

Pan Lekne całą noc na modlitwie przepędził, nazajutrz rano poszedł na Mszę św. i po długim dziękczynieniu wrócił do domu. Prosił o ostatnie namaszczenie, ale że nie był chory, ks. proboszcz odmówił mu tym bardziej, iż mniemał, że jest jakąś manią dotknięty.

Te dziwne wypadki rychło się po mieście rozeszły. Tłumy ciekawych tłoczyły się do domu pana Lekne. Znajomi przychodzili do niego, ażeby usłyszeć opowieść o objawieniu się białej damy. Niektórzy się z niego śmiali, inni nad nim ubolewali, jednak niektórzy ze starych ludzi przypominali, że kiedyś podobne ostrzeżenia były nagrodą za wytrwałą przez całe życie modlitwę i utrzymywali, że pan Lekne mógł rzeczywiście taką łaskę od Matki Boskiej otrzymać. Tymczasem coraz większe tłumy na ulicach się zbierały. Dzieci w mieście między sobą mówiły: „Pójdźmy obaczyć jak pan Lekne będzie umierał!” - Przyjaciele zaś rodziny przychodzili, uścisnąć w milczeniu rękę tego nadzwyczajnego człowieka.

Lekne, w rzeczy samej, pełen życia i zdrowia prosił, żeby mu czytano modlitwy, z którymi z pobożnością sercem się łączył; przerywał je tylko dla powitania nowo przybywających gości, dziękował im za współczucie, przepraszał za zgorszenie, jakie im mógł dać, zachęcał do pobożnego życia, aby zawsze na sąd Boży gotowymi byli. Od drugiej do trzeciej godziny głębokie milczenie w tłumie zaległo. Drzwi od pokoju pana Lekne, które wychodziły na ulicę, były otwarte, każdy tam wejść mógł. Lekne położył się na łóżku i prosił, żeby powtórzono modlitwy za konających. Wszyscy byli w okropnym oczekiwaniu. Każdy zapytywał w duchu, czy rzeczywiście Matka Boska mu się ukazała i czy o trzeciej umrze?

Chwila za chwilą upływały, a wzruszenie tłumu w miarę zbliżającej się fatalnej godziny, coraz bardziej się wzmagało. Gdy zaś zegar miejski wybił trzy kwadranse na trzecią, wzruszenie było nie do opisania. Tłumy napełniające pokój umierającego upadły na kolana, i tylko wśród łkania słychać było głos córki Leknego, odmawiającej modlitwy za konających. Na ulicy także niespokojne tłumy milczały i modliły się; ale gdy zegar począł kwadranse przed trzecią wybijać, wszyscy jak elektrycznym drgnięciem dotknięci, nagle się zerwali. Chęć oglądania, co się stanie, nad wszystkie względy się wzniosła. Sam Lekne podniósł się na łożu, pobłogosławił swym dzieciom, wziął gromnicę, przeżegnał się, wymówił: „Jezu, Maryjo, Józefie, wam oddaję duszę moją!” potem liczył głośno uderzenie zegara. Raz! Dwa! Trzy! Gdy wymówił trzy - dusza jego stanęła przed Bogiem. Nagłe zerwanie żyły sercowej (anewryzm) wprowadziło go do wieczności.

Śmierć ta głębokie na wszystkich uczyniła wrażenie, bezbożni nawet czuli się mocno tym wypadkiem wzruszeni, choć do tego przyznać się nie chcieli. Wierni zaś słudzy Maryi, utwierdzili się w ufności, ku niebieskiej Matce, która nikogo nie opuszcza i wszystkimi się opiekuje. Przez długi czas w Paray-le-Monial matki opowiadały tę historię dziatkom swoim, dodając, iż jeżeli chcą dobrze się na śmierć przygotować, niech co dzień proszą Matkę Boską, żeby im godzinę śmierci oznajmić raczyła. (Podług opowiadań pewnego kapłana naocznego świadka śmierci pana Lekne).

O. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: 
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 116-119. 

poniedziałek, 23 maja 2016

MARYJA NAGRADZA NAJMNIEJSZĄ PRZYSŁUGĘ

Przyozdabiajmy w tym miesiącu Jej obrazy, strójmy ołtarze ku Jej czci wystawione a może tą skromną ofiarą przyczynimy się do nawrócenia niejednego grzesznika we występkach pogrążonego. 
(Monatsblätter XI.)

Św. Jan Maria Vianney
W jednej z nauk majowych mianych do matek chrześcijańskich w Nancy, mieście francuskim, pewien zakonnik wzywał słuchaczy do ozdabiania kwiatami ołtarzy Maryi. Przy końcu nauki rzekł: "Nie rozpaczajcie nad zbawieniem waszych dusz! Mały, błahy to na pozór a w oczach świata za bezwartościowy uchodzący środek, posiadający jednak wielką moc i siłę - bo zdolen jest w ostatnich chwilach tułaczki ziemskiej wiele łask Bożych sprowadzić". Po nauce przystępuje do wspomnianego kaznodziei dostojna matrona w szatach żałobnych i rzecze:

"Wielebny Ojcze! Prawdę co dopiero z ambony wypowiedzianą, własnym doświadczeniem stwierdzam. Miałam męża. Człowiek to był zacny i uczciwy, tak w prywatnym jak i publicznym życiu; obowiązków jednak względem Boga zupełnie nie wypełniał. Nie pomogły ani gorące modły do Stwórcy zasyłane, ani łagodne napomnienia.

W miesiącu maju urządziłam we własnym pokoiku - jak i w latach poprzednich - mały ołtarzyk dla Matki miłosierdzia, przystrajając go od czasu do czasu świeżym kwieciem. W każdą prawie niedzielę miał zwyczaj mój mąż, odbywać przechadzki do pobliskich wsi. Z powrotem przynosił zawsze piękny bukiet kwiatów, który za każdym razem przed obrazem Matki Najświętszej stawiałam. Czy to mój mąż zauważył? I, czy przynosił mi kwiaty jedynie dla mojej przyjemności, czy też dla uczczenia Matki Bożej? Tego nie wiem. W każdą niedzielę jednak powracał do domu z kwiatami własnymi rękoma zerwanymi.

W pierwszych dniach czerwca skutkiem ataku serca, przeniósł się do wieczności niezaopatrzony św. sakramentami. Ciągła troska o zbawienie jego duszy, z każdym dniem podkopywała stan mojego zdrowia do tego stopnia, że lekarze radzili mi podróż na południe.

Będąc w Lyonie, postanowiłam odwiedzić w całej Francji ze świątobliwego życia słynącego ks. Vianney, proboszcza w Ars. Uwiadomiłam go najpierw listownie o mym zamiarze, prosząc równocześnie o modlitwę za męża, który bez przyjęcia sakramentów świętych opuścił ten świat; na tych tylko słowach kończył się mój list. Po kilku dniach przyjeżdżam do Ars. Przy pierwszym zaraz spotkaniu, wspomniany kapłan pyta mię: «Czego pani się smuci? Czyż pani zapomniała o kwiatach, w każdą niedzielę miesiąca maja przed obrazem Matki miłosierdzia składanych?».

Słowa świątobliwego kapłana, niezmiernie mię zdziwiły. Jakimże sposobem mógł się o nich dowiedzieć. Przed nikim przecież nie zwierzałam się, nikomu o kwiatach nie mówiłam... Przy końcu naszej rozmowy rzekł: «Bóg z czcicielami Matki Swojej łaskawie postępuje i wiele im przebacza. W obliczu bowiem śmierci, Stwórca udzielił mężowi pani łaskę najdoskonalszego żalu i prawdziwej skruchy. Dusza jego znajduje się w czyśćcu. Miłosierne uczynki i modlitwy mogą ją uwolnić z mąk czyśćcowych i zaprowadzić na łono Ojca Przedwiecznego»".

Przy końcu rozmowy o tym zdarzeniu cudownym, wspomniana pani prosiła zakonnika, by je rozpowszechnił wszędzie, celem zachęcenia wiernych do większej czci względem Królowej Niebios oraz wywołania większej ufności w Jej moc i wstawiennictwo, u najzatwardzialszych nawet grzeszników. Pociechy pełne opowiadanie podajemy wam, wy podajcie innym, by tym sposobem, miłosierdzie Królowej Różańca świętego stało się wszystkim wiadomym.

O. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: 
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 104-106.

POBOŻNY AKADEMIK

Łza za zmarłymi wyparowuje, kwiat na grobie więdnie, modlitwa natomiast dociera do serca Najwyższego.
(św. Augustyn)

Czyściec na miniaturze ze Złotej legendy
w zbiorach 
Biblioteki Uniwersytetu w Heidelbergu
Siódmego października 1604 r., hr. Albert Maglioni, słuchacz uniwersytetu w Padwie, siedział w swoim pokoju nad książkami, gdy szósta godzina na wieży Kapucynów wybiła. Zmrok zapadł, zaświecił więc sobie lampę i pilnie się uczył, bo roczne egzaminy się zbliżały, a przyrzekł matce, że zda je bardzo dobrze.

Wtem nagle przypomina sobie, że dziś ma się odbyć uczta u przyjaciela jego Barberinego, na którą przyrzekł przyjść. Staje mu przed oczyma obraz tej zabawy pełnej ludzi rozmaitego prowadzenia się i na myśl mu przychodzi matka - co by ona powiedziała, gdyby go w takim towarzystwie ujrzała...

Nie pójdę tam, rzekł sobie z mocą i upadając na kolana przed obrazem Maryi Najświętszej dodał:

"O Matko Boska, daj mi siłę do zwyciężenia pokusy, broń mię od grzechu! Prowadź mię po drodze przykazań Bożych! Oto Antoni mój towarzysz i przyjaciel umarł i ja umrzeć mogę... gdzie teraz dusza jego..."

Zamyślił się młody hrabia... i przypomniał sobie, że trzy złote winien był zmarłemu. Wiele to dla studenta i to ubogiego, nie upominał mu się o nie nigdy; był to młodzian cnotliwy, dobrego serca, zawsze gotowy do usługi bliźniemu. Postanowił dać je na Mszę św. za jego duszę i rozdać ubogim. Uszczęśliwiony tą myślą, wziął się dalej do pracy.

Wierny swemu postanowieniu Albert w czas rano po szedł do kościoła OO. Kapucynów. Na ulicy kilku ubogich prosiło go o jałmużnę, dał ją im mówiąc: "módlcie się za duszę Antoniego". Zamówił trzy Msze św. za duszę przyjaciela zmarłego i udał się na uniwersytet.

Wstępując w jego progi uczuł Albert czyjąś rękę na ramieniu, odwrócił się i spostrzegł Józefa Borda, kolegę swego.

Tak to słowa dotrzymujesz, rzecze tenże, czekaliśmy na ciebie. Jakież nieszczęście cię zatrzymało?

Żadne, brzmiała odpowiedź Alberta.

Źle uczyniłeś, że nie przyszedłeś a to dla kilku przyczyn. Najprzód myśleliśmy, żeś umarł i mowę pogrzebową po tobie wygłosiliśmy.

Chciałbym ją słyszeć.

Ach! byłbyś się ubawił doskonale, słysząc pochwały twoich kolegów i towarzyszy. A potem byłbyś świadkiem jednej bardzo dramatycznej sceny.

Cóż się stało?

Towarzysze nasi Ferdynand Mendes i Wawrzyniec Borghese, pokłócili się o kobietę tak, że przyszło do pojedynku pomiędzy nimi. Ferdynand jest niebezpiecznie raniony, nie ma nadziei zachowania mu życia.

Wiadomość ta bardzo podziałała na młodego hrabiego, szczególnie zaś trwoga o zbawienie Ferdynanda. Kiedy mu zaś doniesiono, że umarł z rany, pojednawszy się z Bogiem, rozchorował się ze zmartwienia.

Skoro tylko mógł wyjść z domu, udał się do kościoła OO. Kapucynów i tam gorąco się modlił za duszę Antoniego i Ferdynanda. Dług jego był spłacony i czuł się szczęśliwym, że powinności swej dopełnił. Długo się modlił, gdy wtem uczuł rękę na swym ramieniu, a odwracając się krzyknął ze zdumienia, ujrzał bowiem Antoniego przed sobą.

Antoni z jaśniejącym obliczem, z uśmiechem niebiańskiej rozkoszy, rzekł do niego:

Albercie, mój drogi przyjacielu, przychodzę ci podziękować za twoją dobroć. Byłem skarany na pokutę do czyśćca, a tyś mi na ratunek przybył. Modliłeś się za mnie, i starałeś, aby i drudzy za mnie się modlili. Msze św. zamówiłeś, jałmużnę za duszę moją dałeś... Bóg ci to wszystko wy nagrodzi.

Powinienem był tak uczynić, Antoni, bo te pieniądze do ciebie należały.

Mogłeś je na co innego użyć a za mnie ofiarowałeś. Podobało się Bogu miłosierdzie twoje; posłał anioła, aby skruszył więzy moje i oto wyswobodzony jestem. Wstępuję do nieba, gdzie za ciebie modlić się będę.

Jasny obłok okrył Antoniego, który dalej mówił:

Albercie, módl się zawsze za umarłych, jest to dobry uczynek, który się najwięcej Panu Bogu podoba. Słuchaj tej skargi świętych dusz cierpiących: "O wy przyjaciele nasi, którzy na ziemi żyjecie, wspierajcie nas, bo my już nic dla siebie uczynić nie możemy; ponosimy ciężkie męki dopóki ostatniego szelążka długu nie wypłacimy. Drogi Albercie, tyś dług mój wypłacił, za to cię wielka nagroda czeka w niebie. Żegnam cię!"

Widzenie znikło.

Hrabia Albert Maglioni zachował w sercu słowa swego przyjaciela. Kończył dalej nauki, zdał świetnie egzaminy, a po niejakim czasie pożegnał rodzinę, opuścił świat i w pewnym klasztorze w Umbrii został zakonnikiem. Tam w głębokiej pokorze przez kilkadziesiąt lat obowiązki braciszka furtiana spełniał i w świątobliwości żywota dokonał.

O. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 102-104.







POTĘGA POZDROWIENIA ANIELSKIEGO

Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej.
(Pozdrowienie anielskie)

Tekst modlitwy w języku polskim
w klasztorze franciszkanów w Waszyngtonie
Istnieje jeszcze u nas piękny zwyczaj, że gdy odezwie się dzwon na "Anioł Pański", ludzie - czy to przy pracy, czy też w drodze, lub podczas zabawy - przyklękają i odmawiają "Pozdrowienie Anielskie". Znałem dwóch sąsiadów, żyjących ze sobą w wielkiej niezgodzie. Często kłócili się, wyzywali, klęli, wygrażali sobie, że nieraz można się było spodziewać większego nawet nieszczęścia. Ludziska powybiegali ze swoich mieszkań i dziwowali się niezmiernej zajadłości owych zaślepieńców.

Gdy pewnego dnia, już na zmroku, zaczęli ze sobą wojować, a gromada widzów zebrała się i przypatrywała ich zaciekłości, odezwał się naraz głos z wieży kościoła - wszyscy przyklękli, oprócz obydwóch sąsiadów, którzy stali naprzeciw siebie z zaciśniętymi pięściami.

- Na "Anioł Pański" dzwonią! - odezwał się starzec z gromady.

Obydwaj zapaśnicy przyklękli w cichości obok siebie i odmawiali "Pozdrowienie Anielskie". Gdy wstali, nie mieli już odwagi do dalszej kłótni, ale podali sobie ręce na zgodę; pierwszy zaś, który rękę podał, rzekł: A odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.

O. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: 
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 101.

sobota, 21 maja 2016

ŁASKA SPOWIEDZI PRZED ŚMIERCIĄ

W chwili rozgrzeszenia Bóg odrzuca za siebie nasze grzechy, to znaczy że je zapomina, unicestwia, że już nie powrócą nigdy.
św. Jan Maria Vianney

W Australii przed kilku laty - opowiada biskup Polding - zawezwano go razu jednego podczas długiej misyjnej wycieczki, do pewnej chorej. Przybywszy na miejsce wezwanej bardzo odległe, zdziwił się bardzo, gdy chorej nie znalazł. Dopiero objaśnił go pewien drwal, Irlandczyk, właśnie zajęty przy ścinaniu drzewa, że chora, myśląc, że biskup tak daleko nie będzie mógł przybyć, wyjechała do najbliższej stacji misyjnej.

Msgr. Polding na to rzekł: "Kiedy tak się stało, to choć ty się wyspowiadaj, bo ja na nic takiej drogi nie myślę robić".

Drwal się zdziwił trochę i wahał, ale wreszcie ukląkł i wyspowiadał się. Udzieliwszy mu rozgrzeszenia, polecił mu przyjść do Komunii św. w najbliższą niedzielę i oddalił się.

Zaledwie uszedł nieco, gdy wtem słyszy trzask okropny i za chwilę jęki, wraca więc i znajduje owego drwala, którego niedawno wyspowiadał, przywalonego ogromnym drzewem, pod ciężarem którego wnet ducha oddał.

To przedziwne zdarzenie wyspowiadania się przed bliską a nagłą śmiercią przypisują szkaplerzowi św., który umarły nosił i czcił.

***

I u nas w Polsce szkaplerz św. był powodem do szczególnej opieki Najświętszej Panny Maryi, toteż pierś naszych rycerzy zawsze on zdobił i był puklerzem, którego, jak mówi starodawna pieśń "żadna kula nie przeszyła, a granaty od tej szaty odpadać zwykły". A w godzinkach szkaplerza św. śpiewano:

"Szkaplerza sukienka tak grzeje człowieka,
Że jako słońce śniegi roztapia z daleka,
Ta sukienka od serca oziębłość oddala,
Dusze nasze do Boskiej miłości zapala.
Niech nas Panno tą szatą łaska Twa obdarzy
Wtenczas, gdy mróz śmiertelny życie nasze zważy."

Dzisiaj u polskiego ludu wiejskiego cześć ku Matce Boskiej Szkaplerza św. nie zaginęła, ale jak niegdyś tak i obecnie niemal każdą pierś on zdobi, tylko u klas tzw. inteligentnych zapał do tego nabożeństwa osłabł.

Oby Ta Królowa Polska; - ozdoba Karmelu, dawny stan czci dla swego szkaplerza wzbudziła, ku chwale swej i pożytku naszemu, by on jak dawniej powszechnie przypominał nam w pokusach, udręczeniach, wątpliwościach, potrzebach duszy i ciała, że mamy w Niej Panią Matkę dla nas najżyczliwszą, a u Boga-Człowieka Jezusa Chrystusa najpotężniejszą. Pamiętajcie Polacy o tym!

O. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: 
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 92.

MEDALIK MATKI NAJŚWIĘTSZEJ

O Maryjo, bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.

Było to przed laty przeszło sześćdziesięciu, gdy pewien młody kupiec przybył do belgijskiego miasteczka Hal, nad rzeczką Sanną położonego. Idąc wzdłuż rzeczki, usłyszał nagle przeraźliwy krzyk, a obejrzawszy się, ujrzał na falach płynącą kołyskę, a w niej małą dziecinę. Bez namysłu wskoczył do wody, przypłynął do kołyski i płynąc, dociągnął ją do brzegu.

- Bogu dzięki - rzekł radośnie - dziecko jeszcze żyje! - To mówiąc, oddał dziecko matce, która z rozdzierającym krzykiem goniła za kołyską i w tej chwili nadbiegła. Uradowana, nie miała dosyć słów podzięki i chciała wynagrodzić wybawcę swego dziecka, ale kupiec odpowiedział: "Zatrzymajcie swoje pieniądze, ja ich nie potrzebuję. Zresztą spełniłem moją powinność i nic więcej". Ale wdzięczna matka nie ustąpiła, a zdejmując z szyi drogiego dziecka srebrny medalik Matki Boskiej, rzekła: "Najświętsza Panna dopomogła panu do uratowania mego dziecka, ponieważ pan nie chcesz przyjąć pieniędzy, to przynajmniej przyjmij ten medalik Najświętszej Panny na pamiątkę swego pięknego czynu. I pan sam, ratując mego synka, byłeś w wielkim niebezpieczeństwie, dlatego proszę, abyś pan z wdzięczności i ku czci Najświętszej Panny ten medalik nosił na szyi i codziennie odmawiał jedno «Zdrowaś Maryja»".

Młody kupiec, który widocznie nie był wielkim zwolennikiem modlitwy, wstrząsnął ramionami i nie miał wielkiej ochoty przyjmować takiego obowiązku, ale gdy zacna kobieta nie przestawała nalegać i tak serdecznie prosiła, że nie mógł się jej dalej oprzeć, przyjął medalik, zawiesił go na szyi i dał słowo, że codziennie jedno "Pozdrowienie Anielskie" odmawiać będzie.

Lata upłynęły, a kupiec, którego interes handlowy coraz się powiększał, podróżował po różnych krajach.

Tymczasem mały Delany - takie było imię owemu dziecku - wyrósł na chłopca i został przyjęty do seminarium biskupiego w Madelinie, w którym z wielką pilnością oddawał się naukom, a jeszcze więcej odznaczał się czystością obyczajów i pobożnością. Po ukończeniu studiów przedwstępnych poczuł powołanie do stanu duchownego i idąc za wewnętrznym natchnieniem Bożym, postanowił zostać kapłanem zakonnym. To natchnienie zawdzięczał Najświętszej Pannie, do której gorące miał nabożeństwo.

W opactwie Premonstratensów Grimbergen złożył śluby zakonne, a wyświęcony na kapłana, zabrał się gorliwie do pozyskania dusz Panu Bogu. Kilkakrotnie prosił przełożonych, aby mu pozwolono iść do Afryki, gdzie by miał obszerne pole do nawracania pogan, ale starania żarliwego kapłana były daremne. Lecz gdy w r. 1848 cholera straszne czyniła spustoszenia w okolicy Grimbergenu, przełożeni klasztoru byli świadkami, jak młody kapłan Delany niezmordowany był w niesieniu pomocy chorym i umierającym, narażając nieustannie życie swoje na niebezpieczeństwo śmierci, doszli do tego przekonania, że w pragnieniu tego kapłana objawia się wola Boża i wysłali go na misje do Afryki.

Pierwszym polem działania młodego misjonarza był przylądek Dobrej Nadziei, na samym południowym końcu Afryki, a obfite było żniwo jego pracy w winnicy Pańskiej. - Zdarzyło się, iż pewnego dnia doniesiono mu, że w miejskim szpitalu leży chory podróżny, który, jak mówią, podobno jest katolikiem, ale o spowiedzi ani słuchać nie chce, owszem straszne wygaduje bluźnierstwa. Ojciec Delany pospieszył do szpitala, odwiedził chorego, bardzo się zdziwił, gdy w chorym poznał rodaka z Flamandii.

Nieszczęśliwy już dogorywał, każda chwila mogła być ostatnią, a mimo to nieustannie bluźnił i przeklinał wszystko, co święte i Boże. Kapłan ani na chwilę nie tracił nadziei, ze współczuciem wypytywał nieszczęśliwego o jego stosunki i starał się pobudzić do skruchy i żalu, ale daremnie - na samo wspomnienie o spowiedzi, chory prawie w szał złości popadał. Lecz, o niezbadane drogi Opatrzności: O. Delany spostrzegł coś na piersiach chorego, przypatrzył się bliżej i poznał, że to medalik z wizerunkiem Najświętszej Panny!

- Jak to, zawołał z boleścią kapłan, medalik Bogarodzicy na piersiach zatwardziałego grzesznika? Jak to pogodzić ze sobą?

Chory sam zdawał się dziwić temu i na pytanie kapłana taką dał odpowiedź: "Przed mniej więcej trzydziestu laty wyratowałem z wody dziecko - było to pod miasteczkiem Hal w Belgii - a matka tego dziecka dała mi ten medalik, który zdjęła z szyi wyratowanego. Aby poczciwą kobietę zadowolić i jej nie zasmucić, dałem słowo, że ten medalik na sobie zawsze nosić i codziennie jedno «Zdrowaś Maryja» odmawiać będę i słowa dotrzymałem". - "A tym dzieckiem, któreś pan uratował, ja jestem!" - zawołał ze łzami O. Delany i rzucił się choremu swemu wybawcy na szyję!

W tej jednej chwili promień łaski Bożej oświecił zatwardziałe serce grzesznika. Teraz mu się wyjaśniło, co dotąd mu było tajnym, teraz nagle nabył przekonania o tym, czego się nigdy nie spodziewał, ani się nigdy nie domyślał. Opatrzność Boża nad nim czuwała i kierowała tak jego, jak i kapłana krokami. Przez cały czas grzesznego życia Pan Bóg go nie opuścił i ratunek duszy miał zawsze na oku, a tak dziwnym i niepojętym zbiegiem okoliczności ten ratunek mu zesłał. Toteż wzruszony do głębi, rozpłakał się rzewnie jak dziecko, a żal szczery za obojętne i grzeszne swe życie przeszył mu serce.

Kapłan przez chwilę w milczeniu wpatrywał się w chorego, w którym tak nagła zaszła zmiana, a wdzięcznym sercem dziękował Panu Bogu za nieprzebrane Jego miłosierdzie i niezbadane drogi Opatrzności, a potem rzekł: "Teraz rozumiem, dlaczego mię Pan Bóg bezustannie do tego odległego kraju powoływał. Tak samo, jak mię uratował od śmierci doczesnej, tak chce ciebie przeze mnie uratować od śmierci wiecznej!"

I stało się, czego nikt nie przypuszczał: wśród obfitych łez i łkania, chory odprawił przy pomocy kapłana spowiedź generalną, tj. z całego życia, a gdy ją ukończył, i kapłan, rozgrzeszając swego niegdyś wybawcę uczynił nad nim znak krzyża świętego, wówczas raz jeszcze wdzięcznymi i rozpromienionymi oczyma spojrzał umierający na swego duchowego wybawcę, i wymawiając pobożnie imiona Jezusa i Maryi, pożegnał ten świat, aby stanąć przed odwiecznym Sędzią, który mu się tak miłosiernym okazał. Ojciec Delany zaś umarł przed niewielu laty w jednym z klasztorów Belgii.

O. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: 
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 82-84.

piątek, 20 maja 2016

PRZEZ MEDALIK DO ZDROWIA

Matka Boska była tak piękna, że kiedy się Ją raz zobaczyło, nie można się było powstrzymać od pragnienia, aby umrzeć, żeby iść Ją znowu zobaczyć.
Św. Bernadeta

Symbole umieszczane na 
rewersie Cudownego Medalika
Było to w roku 1902.

W jednym z najwspanialszych domów miasta N... mały Marcellin X. zbudziwszy się dnia jednego z rana, wyskoczył lekko z bogato usłanego łóżeczka, a zarzucając rączki na szyję śpiącego opodal braciszka, wyszeptał: "Aleksandrze - czy wiesz o tym, że dziś skończyliśmy sześć lat?" Obaj chłopcy byli bliźniakami i tak uderzające podobieństwo zachodziło między nimi iż trudno ich było rozpoznać. W chwili, kiedy prowadzili między sobą cichą rozmowę - weszła do pokoju bona, by ubrać ich - a następnie zaprowadziła chłopców do pokoju jadalnego, gdzie zastali ojca, kończącego śniadanie.

Pan X. był to człowiek o fizjognomii inteligentnej - spojrzeniu dumnym i surowym - liczący 35 lat wieku. - Brakowało tylko pani domu przy tym rodzinnym ognisku. - Choroba, która od dawna tajemnie ją trawiła, rozwinęła się nader szybko, a przeto pani X. zmuszoną była udać się do stołecznego miasta; tam miała nawet przebyć bardzo niebezpieczną operację. - Zajęcia urzędowe pana X. zniewoliły go do pozostania w N., gdzie jako adwokat, zażywał wielkiej wziętości. - W chwili, gdy dwaj bracia bliźniacy wbiegli do sali jadalnej, rzucając się w objęcia ojca, zapomniał na chwilę o swych przyjaciołach, wyborach, polityce, i słuchał szczebiotania malców. Lecz nagle, jedno słowo Aleksandra wywołało na czoło jego chmurę smutku: "A mama, czy już zdrowa? Kiedyż pojedziemy po nią?" - Wówczas pan X. mając w ręku list otrzymany wczoraj, odpowiedział z pewnym zakłopotaniem: "Mamie lepiej, drogie dzieci - o wiele lepiej... ale... wrócić jeszcze nie może".

Następnie raz jeszcze rzucił okiem na list żony - gdzie bardziej odbijało się w treści jej cierpienie moralne - niż fizyczne.

Lekarze! wysilajcie się w wyszukiwaniu nazw dla rozlicznych, mnożących się chorób za dni naszych - a oto jedna słaba kobieta oznaczy prostym wyrażeniem przyczynę tych chorób, której nieraz dociec wam trudno, a tą jest: Zgryzota i zmartwienie! - Tak, to zgryzota przyprawiła chrześcijankę, o chorobę, której sztuka lekarska odgadnąć nie umiała. Po przyjściu na świat dwóch bliźniaków przemocą prawie wywalczyć musiała biedna matka to, iż zostali ochrzczeni - a potem... ile bolesnych chwil przeżyła. I dlatego to, adwokat, mówiąc o chorobie żony - czynił to z drżeniem mimowolnym, albowiem czuł, iż jej przyczynę, sobie samemu przede wszystkim winien przypisać. Po śniadaniu, adwokat udał się do biura - zleciwszy chłopców opiece bony i służącego.

Wreszcie, nadszedł wieczór i noc zapadła. Gdzież są chłopcy i co robią? - W ciągu dnia, stary służący nie zauważył, iż pobiegli do sąsiedniego domu, gdzie zabawiali się z małym chłopczykiem, który niedawno przebył szkarlatynę. - Przerażony Jakub zabrał czem prędzej chłopców do salonu - lecz zauważono, iż Aleksander był dziwnie smutny.

Minęło trzy dni - zapadł w ciężką chorobę. Lekarz skonstatował szkarlatynę, - i polecił oddzielić Marcelina! - Lecz czyż podobna rozdzielić dwa listki, co z jednej wykwitły łodygi? - Zaledwo pół godziny zdołano powstrzymać Marcelina, by nie wchodził do pokoju brata. Chłopiec, korzystając z chwilowej nieobecności bony wpada, całuje go, chwyta w objęcia i zarażony zostaje tąż samą słabością.

Złudzenia rozwiały się - doktor wyrzekł stanowczo: "Drogi przyjacielu. Winienem ci wyjawić prawdę. Bądź mężnym! - Twoje dzieci są bardzo chore. Trzeba być gotowym na wszystko!"

Ojciec chwiejnym krokiem wszedł do pokoju chorych i zbliżył się do łóżeczka Aleksandra. Dziecię oddychało z trudnością - twarzyczka pokryta była karmazynowym rumieńcem. Następnie wzrok jego padł na Marcellina, który nadzwyczajnie był zmienionym.

Zbolały rozkazał oddalić się służbie, mówiąc, iż sam tej nocy czuwać będzie przy dzieciach. Tak! on chciał przy łożu śmiertelnym tych ukochanych istot, zastąpić nieobecną matkę. 

A wobec ciosu, jaki zawisł nad jego głową wchodzi w siebie i rozważa czym jest?... Oto, człowiekiem bez Boga... wrogiem Chrystusa... tak, on się czuje takim w sercu! Instynktownie, pada na kolana przy łożu dziatek! Godziny w cierpieniu płyną bardzo powolnie... Ojciec troskliwie czuwa przy chorych - śledząc niespokojnie ich ruch każdy. Wtem Marcelin się odzywa... coś mówi...

"Czego chcesz, drogie dziecię?" - zapytuje ojciec.
"Nic, nic... ja tylko mówię do Aleksandra - by pocałował medalik, który otrzymaliśmy w dzień przyjęcia Chrztu świętego. - Mamusia nam zawsze mówiła: że gdy się jest bardzo chorym, trzeba go przycisnąć do serca i wezwać pomocy Przenajświętszej Dziewicy, która jest bardzo dobrą". 

Pobożna nauko matki! Oto, co młoda kobieta szeptała codziennie ukochanym synkom układając ich do snu wieczorem, a mówiła cicho, bardzo cicho, aby ojciec nie usłyszał.

Ach! on teraz mimo swej bezbożności odpowiada chorym: "Drogie dzieci! uczyńcie tak, jak was mama uczyła".

Za chwilę, Marcelin wydaje okrzyk podziwienia. Ojciec spogląda - a dziecię na wpół podniesione na łóżeczku, z rozszerzoną źrenicą - zatopiło wzrok w jakimś niewidzialnym przedmiocie. - Czyż to już konanie się rozpoczyna?...

"Aleksandrze, czy ty nic nie widzisz?" - woła Marcelin. Drugi krzyk, podobny pierwszemu wydarł się z piersi i obaj chłopcy z natężeniem patrzą...
"O! jakże Ona jest piękną! - woła Marcelin. - Oto wyciąga swą prawą rękę nade mną - a lewą nad twoim łóżeczkiem!"
"Widzę Ją! - odrzekł Aleksander - patrz! jak się uśmiecha do nas!"

I cóż działo się podczas tej rozmowy, w duszy niedowiarka?... Czyż jeszcze się podniesie i z ręką na sercu powie, że wiara, to złudzenie? Że jego małżonka jest szaloną i winną, iż chce ją utrzymać w domowym ognisku?...

Oparł czoło na wezgłowiu łóżeczka i... płakał. - Nowożytny Szaweł, znalazł się na drodze do Damaszku! Tak... Dziewica przenajświętsza przeszła pomiędzy łóżeczkami tych chorych - niewidzialna dla jego oczu skalanych - lecz jaśniejąca wdziękiem piękności przed czystym i niewinnym wzrokiem jego dziatek. I padł na kolana - wylewając zbawienne łzy żalu i wiary! 

Gdy przyszedł do siebie, już dzień grudniowy posępny i niepewny - przezierał przez szyby okien. Dzieci spały snem słodkim i spokojnym! Szczęśliwy ojciec spogląda na nie i widzi, iż niebezpieczeństwo minęło. Po chwili słyszy w przedpokoju głos doktora... przez otwarte drzwi dolatuje go dźwięk następujących wyrazów: 

"Jeden z nich, zapewne musiał umrzeć tej nocy! Byłbym niezmiernie zdziwionym, zastając go przy życiu".
"Nie śmiałem tam wejść" - odpowiedział Jakub, - więcej niż od godziny w pokoju chorych panuje zupełna cisza".

Lekarz wchodzi... ojciec oczekuje go nieruchomy... lecz uśmiechnięty. Chłopcy mają puls regularny, cerę zdrową.

"Ależ naprawdę! - wykrzyknął doktor zdumiony! - Ten, którego miałem już za konającego wczoraj, jest zupełnym rekonwalescentem! A brat jego?... Również!... To doprawdy niezrozumiałe! Cóż uczyniłeś z nimi, przyjacielu?"

Nawrócony, czy nie śmie jeszcze wyjawić swej wiary - czy wskutek zbytniego wzruszenia, odpowiada tylko:
"Ja nic nie uczyniłem. - Lecz powiem ci zresztą później, co się stało".

Po odejściu lekarza - on, który wczoraj nie wierzył, bierze pióro i pisze list następujący:

Droga Łucjo!
"Moja bezbożna pycha, odrzuciła prawa Boże i Jego religię. - Bóg, złamał tę pychę - bo złamał mię cierpieniem, i pod dłonią Wszechpotężnego ujęty - powracam do Niego.
Zapewne mię nie rozumiesz droga Łucjo! - Oto od wielu dni taiłem przed Tobą ciężką chorobę naszych dzieci: doktor skazał je już na śmierć! I czułem, iż mi Bóg obu zabierze - a na tę myśl jeszcze drży z bólu moje serce. - Klęczałem u łoża chorych w chwili, gdy przypominały sobie twoje pobożne polecenie o medaliku. Ukochane dzieci, modliły się do Przenajświętszej Dziewicy, całując Jej medalik. - W chwilę potem wydały okrzyk zachwytu... Maryja ukazała się dzieciom, pobłogosławiła je i uzdrowiła... Resztę nocy spędziłem na kolanach, błagając Boga o przebaczenie win moich; Ciebie, choć z daleka, błagam, przebacz, iż tyle cierpiałaś przeze mnie. Dziś to rozumiem... O! wracaj zdrowa i szczęśliwa! Oczekuję Ciebie, - bo trzeba byś miała tę pociechę - byśmy razem przyjęli Komunię św. u stóp ołtarza Przenajświętszej Dziewicy! Twój Karol".

Są radości, które się słowami wyrazić nie dadzą. Taką była radość Łucji, gdy list ten otrzymała. O! Jakże słodkie łzy popłynęły z jej oczu!... 

Wkrótce potem, nawrócony otrzymał depeszę z uwiadomieniem o powrocie żony. - Serdeczne było powitanie małżonków - i matki z cudownie jej powróconymi dziećmi.

Gdy przechodzili koło kościoła, Karol zatrzymał się i rzekł: "Łucjo! wstąpmy do świątyni!" I weszli, uklęknąwszy pobożnie w cieniu cichej kaplicy Maryi - a podczas gdy chłopcy przyglądali się ciekawie ołtarzowi Najświętszej Dziewicy - przebaczenie Niebios, spływało na duszę skruszonego ich ojca.

W drodze, Aleksander zapytał: "Ojcze, czyś i ty także widział Najświętszą Dziewicę?" - A ojciec wzruszony, odpowiedział: "Nie, dziecię! - nie jestem tego godnym, lecz mimo to, otrzymałem od Niej, wielką łaskę". - I bliźniaki skłaniając się ku sobie jak dwie gałązki, szeptali: "Patrz! tatko modli się teraz tak, jak nasza dobra mamusia!"

O. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: 
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 78-82.

NIEWIERZĄCY DZIADUNIO

Jeżeli ten, kto się modli, nie zasługuje na to, żeby być wysłuchanym, zasługi Maryi, której się poleca, sprawiają, że zostanie wysłuchany. 
Św. Anzelm

Cudowny Medalik - awers i rewers
Terenia, bardzo miła, dziewięcioletnia dziewczynka, z pensji powróciła, prosiła matki, ażeby z nią na osobności pomówić.
 Mamo - rzekła do niej - dziś, kiedyśmy na pensji o naszym sławnym kaznodziei rozmawiały, jedna z moich towarzyszek bardzo mię zasmuciła, mówiąc, że wszyscy znajomi panowie na jego kazania uczęszczają, oprócz mojego dziadka pułkownika, którego nigdy w kościele nie widać. - Snać on już w niewoli szatańskiej zostaje, dodała, i nigdy z niej nie wyjdzie.
 Mamo - mówiła ze łzami Terenia - czyż nie ma sposobu, żeby się dziadunio nawrócił i z nami do kościoła chodził?
 Moje dziecię! prawda niestety, że twój dziadek w zawodzie wojskowym wiarę stracił i do kościoła nie chodzi. Trzeba się tedy modlić z całego serca, żeby go Pan Bóg nawrócił i do siebie przygarnął.
 Mamo! będziemy się modliły, a Pan Bóg, mam nadzieję, że nas wysłucha.

Nazajutrz Terenia jak tylko przyszła na pensję, prosiła o widzenie się z przełożoną klasztoru.
 Wielebna matko! - rzekła do niej - jeżeli się nie mylę, to ksiądz kapelan wskazał nam kiedyś nieomylny sposób nawrócenia duszy niewiernej do Boga. "Matka Boska tak jest litościwą - mówił do nas - że jeżeliby grzesznik choć trzy razy powtórzył tę modlitewkę: «O Maryjo, bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy!» - byłaby już pewna nadzieja jego nawrócenia".
 Moje dziecię - odpowiedziała przełożona - Matka Boska jest Ucieczką grzeszników, Wspomożeniem wiernych. Jej macierzyńska dobroć najtwardsze serca grzeszników przemienić może.
 Chceszże ty, moja Tereniu, misjonarzem zostać? - dodała z uśmiechem, myśli jej odgadując. - To bardzo pięknie! oddaj się w opiekę Matki Boskiej, a Ona ci dopomoże. Oto masz Jej medalik, na którym jest właśnie to wezwanie wyryte. Noś go na sobie, a Matka Boska błogosławić ci będzie.

Terenia uszczęśliwiona wróciła do domu. Jeżeli dla uniknienia piekła dosyć, by dziadunio trzy razy tę modlitewkę powtórzył - myślała sobie - to już muszę to u niego wyprosić.
 Kochany dziaduniu - rzekła pewnego razu do niego - oto i ja mam dekorację jak ty! Mam medalik, naokoło którego jest piękny napis; proszę przeczytaj mi go.

Starzec ucałował w czoło ukochaną wnuczkę, powinszował jej medalika i dla jej przyjemności głośno przeczytał: "O Maryjo, bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy".

Terenia tysiącznymi pieszczotami podziękowała dziadkowi.
 Oto już raz! - pomyślała sobie - ale jakże jeszcze tu dwa razy tego samego dokonać?

Pobiegła tedy do domu, temu i owemu swój medalik pokazała i po niejakim czasie znowu do dziadka wróciła.
 Moja dekoracja równie piękna jak i twoja, kochany dziaduniu - rzekła do niego. - To mi tylko przykro, że napis bardzo drobny i nie mogę go przeczytać, aleś ty tak dobry, kochany dziaduniu - przeczytaj go jeszcze, to może go lepiej zapamiętam.
 Bardzoś natrętna, moja Tereniu, od czasu, jak ten medalik dostałaś; jednakże, żeby ci sprawić przyjemność, jeszcze ci raz przeczytam. I tak, skarżąc się na uprzykrzenie wnuczki, poczciwina znowu modlitwę przeczytał. "O Maryjo, bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy".

Terenia - pragnąc przede wszystkim wyrwać swego dziadka z niewoli szatańskiej - powtarzała z radością każde słowo modlitwy, błagając Matki Boskiej o jej wysłuchanie.
 Oto już dwa razy - pomyślała sobie, gdy jej dziadunio oddał medalik. Była z tego bardzo zadowoloną, ale jak trzecie wezwanie otrzymać?

Pułkownik po obiedzie wyszedł z domu. Terenia z niecierpliwością czekała jego powrotu, ażeby ostatnią walkę wydać szatanowi. Nareszcie usłyszała kroki wracającego starca i z radością ku niemu biegła.
 Kochany dziaduniu! - zawołała, od czasu jak mam medalik, będę zawsze do dziadunia przychodziła na dobranoc - a jeszcze chciałabym, żeby i mój medalik zapoznał się z dziadzi pięknym krzyżem i żeby obok niego na piersiach twych spoczął. Ale pierwej przeczytaj mi choć raz jeszcze tę modlitewkę, ty ją tak pięknie czytasz.

Żeby nie zasmucić ukochanej wnuczki, starzec po raz trzeci modlitewkę przeczytał.
 Dziękuję, kochany dziaduniu! - zawołała Terenia, okrywając go pieszczotami i medalik swój obok krzyża honorowego przypięła szpilką.
 Dziadunio nawróci się! - pomyślała odchodząc - a Niepokalana Dziewica z wysokości niebios błogosławić raczyła naiwną ufność dziecięcia i promień łaski Swojej na serce starego niedowiarka spuściła.

Gdy pułkownik wrócił do swego pokoju i ujrzał medalik wnuczki przypięty do swego munduru, uczuł się niezmiernie wzruszonym i czcią dla niego przejętym. Liczne swoje ordery zdobył on na polu bitwy, na śmierć się narażając, ale skromny medalik jego wnuczki, był zadatkiem wyższej, niebiańskiej opieki, Istoty panującej nad wszystkimi ziemskimi wypadkami. Nie byłoż to szaleństwem z jego strony urągać wieczności, do której się zbliżał.

Podobne myśli najtwardsze rozbrajają serca.

Nazajutrz rano Terenia przyszła po medalik.
 Dziękuję ci, dziękuję! - drogi dziaduniu - zawołała z radością - za twoją dla mnie dobroć. Nie mogłeś mi uczynić większej nad tę przyjemności.

Kilka dni upłynęło. Starzec był widocznie wzruszony, ale nic o tym córce nie wspominał; ona też pytać go nie śmiała. W ciągu tego czasu nieraz powtarzał to westchnienie: "O Maryjo, bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy". A gdy zobaczył tłumy ludu, na majowe nabożeństwo do kościoła spieszące, straszna walka między starym niedowiarstwem, a pociągiem łaski w duszy jego powstała. Niepokalana Dziewica, przychodząc mu w pomoc, walczyła z potęgą szatanów, gdy tymczasem córka i wnuczka pułkownika, za jego nawrócenie serdecznie się modliły.

Pewnego wieczora, gdy się majowe nabożeństwo zaczęło, stary wojak wziął kapelusz i wyszedł na ulicę. Błąkał się tu i ówdzie, nie wiedząc, gdzie się udać, aż wreszcie zorientował się i wstąpił do kościoła. - Kaznodzieja mówił właśnie o potędze i dobroci Maryi, o Jej miłosierdziu dla grzeszników, o łaskę Bożą walczących. Zdało mu się, że słyszy własną swoją historię. Kazaniem do głębi wzruszony niedowiarek, powtarzał bezustannie: "O Maryjo, bez grzechu poczęta, módl się za mną..."

Gdy tłumy wiernych wyszły z kościoła, żołnierska postać pułkownika, jego liczne dekoracje, wspaniała postać, zwróciły uwagę misjonarza, który także dla załatwienia pewnych czynności pozostał w kościele. Na szczerej twarzy starca malowała się walka, która się w duszy jego toczyła. Misjonarz, zaintrygowany tego osobą, podszedł ku niemu i rzekł w prostocie:
 Mój przyjacielu, czy nie chciałbyś ze mną pomówić? Jeżeliś łaskaw, to jestem na twoje usługi. Pójdźmy do zakrystii.

Gdy weszli na ubocze, wszczęła się między nimi duchowna rozmowa, której Pan Bóg tak pobłogosławił, że w końcu stary pułkownik ukląkł i szczerą odbył spowiedź. Uszczęśliwiony z pojednania się z Bogiem, dziękował kapłanowi, który od razu jego ufność pozyskał.
 Dziękuję ci, moje dziecię - mówił pułkownik do swej córki, powróciwszy do domu - jestem bardzo szczęśliwy, żem się wyspowiadał, i żałuję mocno, żem tego dawniej zaniedbywał.
 Czy to być może, mój ojcze! - zawołała córka, rzucając się w jego objęcia i oblewając go łzami radości. - Jakże teraz szczęśliwi będziemy!... nic nam już nie brakuje...
 Czy uwierzysz córko, że twoja Terenia wiele się przyczyniła do mego nawrócenia, prosząc, żebym kilka razy przeczytał napis na jej medaliku położony. Ta modlitewka tak mi utkwiła w myśli, żem mimowolnie ciągle ją powtarzał.
 Drogie dzieci! nade mną wieleście dotąd ucierpiały, teraz z waszego triumfu cieszyć się będziecie. Jutro pójdziemy razem na Mszę świętą, na majowe nabożeństwo - i razem przystąpimy do Stołu Pańskiego.

Wiele bardzo w tym dniu łez słodkich popłynęło na ziemi, a w niebie hymny radości, z nawrócenia grzesznika, Aniołowie śpiewali.

O. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: 
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 74-78.

MARYJA OPIEKUNKĄ SIEROTY

Za każdym razem, kiedy niepokoję się o Opatrzność, dobry Bóg karze mnie za moje niepokoje, zsyłając mi nieoczekiwaną pomoc. 
Św. Proboszcz z Ars


Sieroty - obraz autorstwa Thomasa Kenningtona, 1885.
Bohaterka opowiadania naszego zwała się Marynia. Śmierć nieubłagana wydarła jej rodziców w pierwszych zaledwo latach życia i jakby przez sen jedynie przypominała sobie ich drogie postacie. Złote i bujne włosy - wielkie lazurowe oczy, których blasku mogłyby gwiazdy pozazdrościć, twarzyczka świeża i piękna - oto jedyne bogactwo jakie posiadała biedna sierota. Sąsiedzi niemniej biedni, jak zmarli rodzice Maryni - nie mając własnych dziatek, wzięli ją do siebie. Lecz ponieważ byli bardzo biedni, zabrakło im dnia jednego chleba, a dziecię, które przedtem było dla nich przedmiotem pociechy i rozrywki, zaczęło im ciężyć nieznośnie. Wtedy to po raz pierwszy Marynia odczuła brak rodziców i zrozumiała smutne swoje położenie. Przez dłuższy czas codziennym jej pożywieniem był mały kawałeczek chleba, a zamiast pieszczot, które byłyby osłodziły głód jej, słyszała jedynie twarde i przykre słowa. Biedne dziecię - niewinny anioł, już przedwcześnie rzuconym zostało na pastwę walki życia, jak róża między ciernie!... Jakże czarna przyszłość roztaczała się na widnokręgu sierocego jej życia!...

Właśnie nadszedł pierwszy dzień wiosny. Wszystko w naturze tchnęło wonią balsamiczną - pięknością i wdziękiem; - a w ubogiej lepiance panował głód, - płacz i nędza!... Dnia jednego, gdy wskutek głodu zabrakło już sierocie łez do opłakiwania swego losu, ośmieliła się prosić swą opiekunkę o kawałek chleba. Lecz ta w odpowiedzi na prośbę sieroty krzyknęła: "Ty nie jesteś naszym dzieckiem!... Nie mamy obowiązku żywić cię... idź i użebraj sobie chleba!...".

Pięcioletnia zaledwo sierotka uczuła się samotną na świecie... spuściła głowę - i z okiem łzą błyszczącym poszła sama jedna na żebraninę...

Lecz gdzież się udać?... Co czynić?... Nie znała drogi i sama nie wiedząc dokąd idzie, przebiegła kilka ulic. Nagle o ucho jej uderzyły melodyjne dźwięki, które rozradowały jej serduszko. Dźwięki te pochodziły z wnętrza świątyni. Sierota weszła do świątyni...

Wpośród mnóstwa świec jarzących, znajdowała się statua Dziewicy-Matki opuszczonych i sierot. Mnóstwo wiernego ludu napełniało świątynię, ścieląc swe modły i serca u stóp Niepokalanej Matki Boga. Marynia padła na kolana wraz z ludem i wzrokiem pełnym czułej miłości zdawała się błagać Przenajświętszą, aby wejrzała na jej nędzę. Z tysiąca piersi wiernego ludu wznosił się hymn wciąż powtarzany: "O Maryjo! Matko nasza - Pocieszycielko cierpiących i smutnych - wspomóż nas i doprowadź szczęśliwie do niebieskich bram". Modlitwa ta wzruszyła i zachwyciła serce dziecięcia i powtarzała sobie cichutko i ze łzami: "O Maryjo! Matko moja - wspomóż mię!".

Modlitwa i łzy dziecięcia nie pozostały bez skutku. Po ukończonym nabożeństwie, gdy już wierni zaczęli opuszczać świątynię, jakaś dostatnio ubrana pani zbliżyła się do sierotki i głaszcząc jej blond włoski spytała:

"Dziecię... dokąd idziesz?... skąd jesteś?...".

"O pani! - odrzekła sierotka - sama nie wiem gdzie idę... jestem głodna... szukam kogoś, kto by mi dał choć kawałeczek chleba".

"Ależ czy nie masz rodziców?... Jak się nazywasz..." pytała dalej dama.

"Nazywam się Marynia... rodzice moi już dawno nie żyją... Czy pani ma chleb?... Jeszczem dziś nic nie jadła!...".

"Pójdź ze mną dziecię - rzekła dama - a rozkażę cię nakarmić i przyodziać".

Pobożna dama postanowiła pozostawić dziecię u siebie i wychować je - gdyż straciła właśnie córeczkę jedyną i ukochaną - rzekła tedy do Maryni.

"Dziecię!... odtąd będziesz miała we mnie matkę; jeśli chcesz pozostać u mnie, zabezpieczę twą przyszłość!".

"O pani! - odpowiedziało dziecię, rzucając się w jej objęcia!... to Matka Boska przywiodła mię do ciebie i natchnęła twe serce macierzyńskim uczuciem dla mnie! - Dziewica Niepokalana i Matka opuszczonych sierot, zesłała mi swoją pomoc.

***

I od dnia tego szczęśliwego w życiu sieroty, upłynęło lat dziesięć.

Hrabina X., która zajmowała się gorliwie wszelkimi dziełami miłosierdzia, spieszyła wszędzie i zawsze w towarzystwie swej przybranej córki, Maryni, która wyrosła na piękną panienkę - i odebrała wysokie wykształcenie. Marynia codziennie nawiedzała kaplicę Przenajświętszej Dziewicy w owym kościele, gdzie spotkała swą przybraną matkę, i u stóp Jej wylewała gorące łzy wdzięczności dla swej Niebieskiej Opiekunki, która nigdy uciekających się do Niej nie opuszcza.


O. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: 
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 64-66.