Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 30 czerwca 2016

POŻYTEK Z POBOŻNOŚCI

Ona dzieł Boskich korona,Nad Anioły wywyższona; Choć jest Panią nieba, ziemi, Nie gardzi dary naszymi.
Fragment pieśni "Chwalcie łąki umajone..."

Matka Boża Skalska
Były to czasy I wojny światowej, rzecz działa się na francuskim froncie. W piękny majowy dzień, pewien niemiecki żołnierz wysforował się zanadto przed własne szeregi. Obładowany szczękającymi menażkami i manierkami, zbliżył się do strumyka. Niestety, nie był sam - w pobliskim zagajniku czaiła się grupka francuskich żołnierzy. Niemiec napełnił naczynia wodą, sam się napił, a następnie beztrosko mył w krystalicznej wodzie. Srodzy francuscy żołnierze mierzyli z karabinów w niefrasobliwego wroga. W ich opinii sytuacja przyfrontowa była tak napięta i niebezpieczna, że nie było czasu na branie do niewoli. Wahali się jeszcze z daniem śmiercionośnej salwy, bo przecież za pierwszym mogli zbliżać się inni wrogowie... 

I oto stała się rzecz przedziwna. Stała nieopodal rzeczki statua Matki Boskiej. Może niemiecki żołnierz przypomniał sobie, jak w lepszych czasach uczestniczył w majowych nabożeństwach, bo zerwał kilka kwitnących gałązek i ozdobił figurę. Następnie klęknął i modlił się nabożnie kilka chwil. Po tym wstał i począł oddalać się... Francuscy żołnierze przez cały ten czas trzymali go na muszce swoich automatów, ale coś nie pozwalało im pociągnąć za cyngiel. Może i oni przypomnieli sobie, jak to ongi w pięknym miesiącu maju uczestniczyli w majowych nabożeństwach? Niemiec odszedł nie podejrzewając nawet, z jak śmiertelnego niebezpieczeństwa był się wywinął! Zaś ciekawi Francuzi wyszli po chwili z kryjówki, podeszli do statuy, kontemplowali umajony posąg, może się modlili? W tej chwili rozpętało się piekło – na zagajnik, z którego dopiero co byli wyszli, posypały się granaty. Gdyby się tam jeszcze znajdowali, rozniosłoby ich na strzępy...

(źródło: A. M. Weigl, Seine Mutter, meine Mutter, Verlag St. Grignionhaus, Altötting 1969, s. 62-68.)

niedziela, 12 czerwca 2016

PAJĄCZEK

Dobrodziejstwo, z jakiejkolwiek strony by nie przyszło, jest zawsze córką tej samej matki, Opatrzności. 
Ojciec Pio

Pewnego człowieka fałszywie oskarżono o jakąś zbrodnię i postanowiono wtrącić do lochu. Wymknął się on z miasta i ratował ucieczką. Natychmiast wyruszył za nim pościg. Sytuacja stawała się naprawdę niebezpieczna. Uciekinier gorączkowo poszukiwał jakiejś bezpiecznej kryjówki. Prześladowcy deptali mu po piętach. Byli już tuż, tuż. Wspiął się on na wysoką górę. Odkrył tam jaskinię nadającą się na kryjówkę. Pościg był coraz bliżej. Wszedł prędko do jaskini i zaszył się w jej najdalszym kącie. Tam padł na kolana i zaczął się modlić tymi słowy:

- Panie Boże, ześlij teraz anioła. Niech on otoczy mnie wałem obronnym i ochroni przed prześladowcami. Panie, ześlij anioła!

Jeszcze szeptał pacierze, a oto zsunął się z góry po nitce pajączek i począł snuć sobie sieć dookoła wejścia do jaskini. Prządł i prządł, aż zasnuł przędzą otwór groty. Człowiek zaś zawołał do Boga:

- Prosiłem, Panie, abyś zesłał anioła, a Ty mi zsyłasz pajączka?! Czemu mnie nie wysłuchujesz?

Podczas gdy on się żalił, nadeszli prześladowcy i poczęli kręcić się po okolicy. Jeden z nich – węsząc w pobliżu wejścia do pieczary - powiedział:

- Musi być gdzieś tutaj. Nie mógł pieszo uciec za daleko. To jedyne miejsce, gdzie mógł się ukryć. Nuże, wejdźmy do tej jaskini i przeszukajmy ją!

Jednak jego współtowarzysz dostrzegł wejście zasnute pajęczą siecią i rzekł:

- Pleciesz bzdury! Czy nie widzisz pajęczyny przesłaniającej wejście? To oczywiste, że nikt tędy ostatnio nie wchodził. Szkoda czasu, wracajmy do domu! Zbieg się nam wymknął.

MĄDRY DZIADEK

To tylko pewnego rodzaju przykrość nie być kochanym. Prawdziwym nieszczęściem jest – nie kochać.
Albert Camus

Rzecz działa się jeszcze w czasach zamierzchłej komuny. Było dwóch chłopaków, którzy przyjechali ze wsi do miasta w poszukiwaniu pracy. Jak to wtedy bywało, szukali taniej i wygodnej stancji. Pierwszy udał się w tym celu do spokojnej dzielnicy domków jednorodzinnych. Ale u kogo zasięgnąć języka? Naraz dostrzegł starego dziadka, który siedział w ogródku przed swoim domkiem i kurzył fajkę.

- Szczęść Boże, dziadku, powiedział młody człowiek.
- A daj Boże, daj Boże, odpowiedział tamten.
- Szukam jakiego spokojnego kąta do wynajęcia. Powiedzcie mi, jacy to ludzie tu u was mieszkają?
- A jacyż to ludzie mieszkają w miejscu, z którego przybywasz? - odpowiedział dziadek zapytaniem.
- Och, sami łajdacy tam mieszkają, zbóje i oczajdusze. Patrzą tylko, gdzie by tu człowieka oszukać a ukrzywdzić. Jestem szczęśliwy, żem stamtąd wyjechał, odrzekł młodzieniec.

Dziadek powiedział wtedy tak:

- Takich samych ludzi spotkasz i tutaj. Po czym zaczął pykać dymem z fajki na znak, że rozmowa skończona.


Tego samego dnia ów drugi młodzieniec szukał stancji na tym samym osiedlu. Zobaczył ten sam domek, ogródek, płot, tego samego dziadka kurzącego fajkę.

- Szczęść Boże, dziadku, powiedział młody człowiek.
- A daj Boże, daj Boże, odpowiedział tamten.
- Szukam jakiego spokojnego kąta do wynajęcia. Powiedzcie no, jacy to ludzie tu u was mieszkają?
- A jacyż to ludzie mieszkają w miejscu, z którego przybywasz?, odpowiedział dziadek zapytaniem.
- Och, mieszkają tam sami wspaniali ludzie, dobrzy, mili, uczciwi, gościnni, cierpię bardzo, że musiałem ich opuścić.
- Takich samych spotkasz i tutaj, powiedział dziadek. Po czym wstał i z wielką serdecznością zaprosił młodego człowieka na poczęstunek.

UCZYNEK NAJCHWALEBNIEJSZY

Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. (...) czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. (...) Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. 
(Łk 6,27b-28.35b.36)

Ojciec rozdzielił swój majątek między trzech synów. Na koniec został diament, którego nie można było rozpołowić. Ozwał się tedy do synów: 


- Ten szlachetny kamień przypadnie w udziale temu, kto dokona czynu najtrudniejszego i wzbudzającego największy podziw. Wyruszcie zatem w drogę i działajcie!

Synowie poszli w świat. Po długim czasie powrócili. Pierwszy chwalił się tak:

- Pewien człowiek powierzył mi w zarząd swoje dobra. Pomnożyłem je i wyliczyłem się z wszystkiego co do grosza, nie przywłaszczając sobie niczego.

- Tylko spełniłeś swój obowiązek, gdybyś nie był tego uczynił, okazałbyś się najzwyklejszym w świecie złodziejem – ocenił ojciec.

- A ja – chwalił się drugi – uratowałem topiące się dziecko, narażając przy tym własne życie.

Odrzekł rodzic:

- Czyn twój godny jest podziwu, istnieją atoli inne, trudniejsze jeszcze w realizacji uczynki.

Trzeci chwalił się tak:

- Spotkałem w drodze mojego największego wroga. Czyhało na niego śmiertelne niebezpieczeństwo, a ja go ostrzegłem i on się uratował.

Ojciec uśmiechnął się z dumą i powiedział:

- Diament należy się tobie. Móc zaszkodzić największemu wrogowi i nie uczynić tego - to uczynek najchwalebniejszy!


(żródło: F. Spirago, Catecismo en ejemplos, t. 2,
Editorial Políglota, Barcelona 31940, s. 23-24.)

NIEDOBRY POŚPIECH

Pośpiech bywa ojcem powierzchowności.
Mieczysław Jastrun

Pewien świeżo wyświęcony kapłan, było to mniej więcej gdzieś około Roku Pańskiego 1927, został skierowany na misje do jednego z afrykańskich krajów. Został tam kapelanem pomocniczym w wojskowym szpitalu. Kiedy pewnego razu z wielką pobożnością i bez pośpiechu sprawował raz Mszę św., niektórym uczestniczącym w niej lekarzom wojskowym wydawało się, że czyni to nazbyt wolno. Zbliżyli się zatem do niego i prosili: 

- Nie może ksiądz dobrodziej trochę szybciej? 

Młodego kapłana zadziwił ich pośpiech, nic atoli nie odrzekł. Postanowił jednak dać niecierpliwym medykom nauczkę. I oto zdarzyło się, że lekarze przeprowadzali operację – a czynili to z wielkim namaszczeniem i bardzo powoli. Widząc to ksiądz powiedział do jednego z nich: 

- Przepraszam, ale nie mogliby się panowie pospieszyć z tą operacją? Operujecie tego chorego cokolwiek ślamazarnie. 

Medyków bardzo zadziwiły te słowa, więc zawołali: 

- Śpieszyć się podczas operacji!? Co też ksiądz dobrodziej mówi!? 

Kapelan jednak upierał się: 

- Ależ tak, pospieszcie się! Będziecie wtedy mieli więcej czasu dla siebie.

Lekarze, wielce zakłopotani, odrzekli: 

- Ojcze, naszym obowiązkiem jest poświęcić pacjentowi tyle czasu, ile to konieczne! 

Młody kapłan zakończył więc rozmowę: 

- A panowie chcą, abym ja odprawiał Mszę św. w pośpiechu...

POWIEDZIEĆ PRAWDĘ

Pewnemu królowi śniło się, że stracił wszystkie zęby. Wezwał nadwornego wróżbitę, aby ten objaśnił mu sen.


- Wasza Wysokość, co za nieszczęście! - zawołał objaśniacz z wytrzeszczonymi ze strachu oczyma – Każdy stracony ząb oznacza śmierć jednego z krewnych Waszej Wysokości. Co za nieszczęście! 

- Co za zuchwałe czarnowidztwo! - rozgniewał się przestraszony władca. – Jak śmiesz przepowiadać mi takie okropieństwa? Wynoś się stąd! Nie chcę cię więcej widzieć. 

Treść sennego koszmaru nadal jednak niepokoiła króla. W jakiś czas potem znowu wezwał innego jeszcze objaśniacza, który oprócz tego uchodził ponadto za mędrca. Ów, wysłuchawszy cierpliwie króla, powiedział: 

- Wasza Wysokość! Sen jest w jakimś sensie pomyślny. Oznacza on, że król będzie żył bardzo długo, bo przeżyje wszystkich swoich krewnych! 

Oblicze króla rozjaśnił uśmiech ukontentowania i polecił wynagrodzić mędrca. 

Kiedy tenże wychodził z pałacu, jeden z dworzan zagadnął go, dziwując się wielce: 

- To niemożliwe! Twoje objaśnienie snu mówiło właściwie to samo, co objaśnienie twego wygnanego poprzednika. Nie rozumiem, dlaczego król tamtego ukarał, a ciebie wynagrodził? 

- Przyjacielu – odrzekł mędrzec – nie ulega wątpliwości, że prawdę należy mówić. Ale trzeba powiedzieć ją tak, aby adresat potrafił ją przyjąć.

piątek, 10 czerwca 2016

MOJA KATOLICKA BIBLIOTEKA CYFROWA - EBOOKI



- C -


Chaignon, Pierre - Rozmyślania dla kapłanów czyli droga do świętości kapłańskiej przez modlitwę wewnętrzną, Tom 1:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANYmY2VTRnVHRYc2c/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANWENjTXBXVFkwRzA/view?usp=sharing

- M -

Meschler, Maurycy - Na przyjęcie Pana. Nauka o Najświętszym Sakramencie w modlitwach i rozważaniach:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANM1hManNwTXlEYk0/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANcjJSMHczYUQwZW8/view?usp=sharing

Michniewicz, Jan - Pokój serca i środki do znalezienia go i utrwalenia:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANX3RzM1N3dmZvZXc/view?usp=sharing

- S -


Smyrak, Bernard - Bez zmazy. Rozważania o Matce Bożej:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANWEVEVUMxQ1FQVVk/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANZDRTZENrbWV5OFE/view?usp=sharing

Smyrak, Bernard - Duchowość Brata Alberta:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANVEM1c0p1T3A1M1k/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANR25XQ2c4VzBzR0k/view?usp=sharing

Smyrak, Bernard - Niepokalana - Hymn Akatistos. O Matko, kocham Cię:
PDF:
DJVU:

Smyrak, Bernard - Zakon Najświętszej Marii Panny z Góry Karmelu. Jego historia - duch - życie:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANaFp2Y1E4bmN6eTA/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANM3VXbVVkbEhFS3c/view?usp=sharing


- T -

Tóth, Tihamér - Chrystus w cierpieniu i chwale: PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANN1R3aHdmM2h1LU0/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANS0JyTFk0TmdLdTg/view?usp=sharing

Tóth, Tihamér - Dekalog, Tom 1:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANV3RELUUyLWFiZkk/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANRGxNdGk4bllLUEU/view?usp=sharing

Tóth, Tihamér - Młodzieniec z charakterem:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANQzZLT1MzdEhoaG8/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANUmtaUHJSbXdvUXM/view?usp=sharing

Tóth, Tihamér - O Eucharystii:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANdHBGOEg4clhHSFE/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANenNvODR6U1FteDg/view?usp=sharing

Tóth, Tihamér - O małżeństwie chrześcijańskiem:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANUUdmWVl6eDFvTzQ/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANdjdENHUzY21hWGc/view?usp=sharing

Tóth, Tihamér - Triumf Chrystusa. Kazania:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANQk5FeloxdEd3TG8/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANRk4tNFJpaTJYeW8/view?usp=sharing

Tóth, Tihamér - Wierzę w Boga:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANN3dicUNzMFJyQ1U/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANRVNTYlRkV3FzcGM/view?usp=sharing

Tóth, Tihamér - Wierzę w Kościół powszechny:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANS1ZBeGgyZXJfcmc/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANejFYcHhrSmRobG8/view?usp=sharing

Tóth, Tihamér - Wierzę w życie wieczne:
PDF: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANcXEwMFpORzRlODg/view?usp=sharing
DJVU: https://drive.google.com/file/d/0B1dCHz0_kpANQXlnUHZMV2c5c00/view?usp=sharing









środa, 8 czerwca 2016

CUDOWNE UZDROWIENIE PANI CONCETTY VASTARELLI I URATOWANIE JEJ NIENARODZONEGO DZIECKA

Ziemskie matki nigdy nie porzucają swoich dzieci. Tak samo Maryja, która kocha swoje żyjące dzieci z jakąż miłością i jakąż dobrocią, czyż nie pobiegnie chronić ich w ostatnich chwilach, kiedy najbardziej Jej potrzebują? 
Św. Jan Bosko

Nuestra Señora de la Inmaculada Concepción, Urwa-Mangalore

Nadszedł kolejny rok. Po zimnym i deszczowym marcu nastąpiła słoneczna i pogodna wiosna, ziemia zazieleniła się i przystroiła w kwiaty. 3 kwietnia 1876 roku ja i moja żona przyjęliśmy Komunię świętą w małym kościółku różańcowym w Neapolu. Następnie udaliśmy się do najpobożniejszych rodzin w mieście. Ja pojechałem do Toledo, a żona z panną Ernestiną chciała pojechać dorożką do miejscowości Chiaja. Jakieś przeczucie skłoniło żonę, by udać się ku Capodimonte. Dotarłszy na wzgórze zatrzymały się przed pewnym pałacem. Wiedziały, że mieszka tam bardzo pobożna i hojna osoba, pani Vastarella. Chciały ją zachęcić do włączenia się w sprawę kościoła. Do domu prowadziło kilka schodów.

- Czy mieszka tu może pani Vastarella? - spytały dozorcę. Ten wskazał im schody prowadzące w lewą stronę. Weszły lecz nie mogły na drzwiach znaleźć tabliczki z jej nazwiskiem. Zauważyły, że były otwarte drzwi mieszkania państwa Micciów, a przez nie przechodziły zapłakane osoby.

- Przepraszam, czy mieszka tu może pani Vastarella? - spytały jednej z wychodzących pań.
- Pani Vastarella mieszka po drugiej stronie domu.
- Jednak dozorca wskazał nam to wejście.
- Rzeczywiście pani Vastarella jest teraz tutaj, u swojej umierającej córki.

Usłyszawszy tę wiadomość chciały zawrócić, chwila była co najmniej niestosowna. Ale wtedy z mieszkania wyszła młoda dziewczyna zalana łzami. Była to Annina, druga córka pani Vastarelli. Ta usłyszawszy nazwisko mojej żony, o której wiedziała, że jest gorliwą czcicielką Serca Jezusa, sądziła, że przybyła ona by zachęcić do wstąpienia do Bractwa Serca Jezusowego. Poprosiła ją do środka. Zdawało się jej, że jest to jakby posłanniczka Maryi, która może słowem pociechy zdoła ulżyć cierpieniom matki. Weszły do mieszkania, w którym rozgrywała się przerażająca scena. Młoda, dwudziestodwuletnia kobieta leżała w straszliwych bólach. Była nieprzytomna, twarz zsiniała, a rzężenie z piersi nie pozostawiało nadziei życia ani dla niej, ani dla dziecka, które miało przyjść na świat. 

Była to córka Giovanniego Vastarellego, a żona Vincenza Micciego. Lekarze, w tym znakomity doktor Novi i profesor Catani, zostawili chorą przekonani, że śmierci nie da się zapobiec. Rodzice, mąż i krewni gorąco modlili się do Boga i Matki Najświętszej o ratunek dla Concetty. 

Zbliżało się południe, a stan chorej był ciężki. Doktor Novi stwierdził, że kolejny atak doprowadzi do niechybnej śmierci. Z pokoju wyprowadzono zrozpaczonego ojca i poproszono spowiednika o udzielenie nieprzytomnej ostatniego namaszczenia. Właśnie wtedy do pokoju weszła moja żona. Zanim ujrzała chorą, poprosiła, aby ją przedstawiono nieszczęśliwej matce.

Pani Vastarella siedziała na kanapie pogrążona w smutku. Skoro ujrzała moją żonę, powiedziała:

- Złożyłam obietnicę Sercu Jezusa i Najświętszej Pannie z Lourdes, ale nie doznaliśmy żadnej pociechy.

Moja żona zaczęła opowiadać, że przybyła w sprawie kościoła różańcowego w Dolinie Pompejańskiej i krótko opisała dotychczasowe postępy. Równocześnie przyszedł mojej żonie na myśl ten dziwny zbieg okoliczności, że choć chciała udać się do Chiai, to jednak trafiła do zupełnie obcego domu, i to w chwili najcięższego smutku, jaki zapanował nad całą tą nieszczęśliwą rodziną. Powiedziała wtedy z wiarą:

- Jestem przekonana, że Matka Boża Pompejańska, z powodu której tu przybyłam, wysłucha panią i udzieli łaski zdrowia córce, jak to już uczyniła w dwóch innych rodzinach.

Na to odezwała się jedna z obecnych osób, prawdopodobnie lekarz:

-To odważne słowa. Chora wydaje ostatnie tchnienia, a jej stan nie rokuje żadnej nadziei.
- Właśnie dlatego, że stan chorej jest tak poważny, może objawić się cała potęga Maryi - odpowiedziała moja żona. Poprosiła, aby rodzina obiecała choćby najdrobniejszą ofiarę na budowę kościoła w Dolinie Pompejańskiej i zaleciła odmawiać różaniec. Dodała: - Niech państwo nie tracą nadziei, miejcie ufność i wiarę!
-Ach - westchnęła matka - już zupełnie zwątpiłam... Przez całą noc błagałam Serce Jezusa, czyniłam śluby i wszystko nadaremno! Dałam obietnice Matce Bożej Bolesnej, która jest szczególną patronką naszej rodziny, wysłaliśmy świece do Lourdes... Wszystko na nic! Teraz nie wiem, co dalej robić.
- Proszę mi obiecać - powiedziała moja żona - że jeśli córka wyzdrowieje, to ogłosi to pani publicznie.
- Nie tylko to będziemy ogłaszać, ale przybędziemy do Doliny Pompejańskiej. Będziemy opowiadać o cudzie wszystkim, którzy będą obecni przy wmurowywaniu kamienia węgielnego pod nowy kościół.

Następnie udały się do chorej. Miała ona zupełnie czarne usta, zęby mocno ściśnięte, oczy szeroko otwarte. Całe ciało przeszywały skurcze, była nieprzytomna. Moja żona i panna Freda wróciły do domu w milczeniu i głęboko poruszone tą rodzinną tragedią. Opowiedziała nam o tym i zastanawialiśmy się, czy to nazbyt śmiałe zaufanie mojej żony mogło przynieść upragnione owoce. Jednocześnie pragnęliśmy dowiedzieć się o dalszym przebiegu wypadków. Byliśmy pewni, że jeszcze tego dnia chorą czeka albo śmierć, albo cudowne ocalenie za przyczyną Maryi. Gdyby miał się dokonać cud, byłoby to na chwałę naszej sprawy w Pompejach!

Dzwony w pobliskim klasztorze św. Moniki rozdzwoniły się na Anioł Pański. Mieszkaliśmy wtedy przy Via Salvator Rosa, w pobliżu placu św. Efraima. Z tym domem wiązały nas bogate wspomnienia. To tam rozpoczęło się dzieło budowy kościoła w Pompejach, tam też otrzymaliśmy od pobożnej księżnej Albertiny Sosi-Caraffa wiadomość o pierwszym cudzie, który Królowa Różańca uczyniła w Neapolu z miłości ku swemu przyszłemu kościołowi. Nagle moja żona powiedziała:

- Pani Miccio albo już nie żyje, albo dokonał się cud i wyzdrowiała. Nie trwajmy w niepewności.

Przywołała swojego sługę, Domenica Ostoniego mówiąc:

- Idź do pałacu Mantone. Zobacz najpierw, czy brama wjazdowa jest do połowy zamkniętą. Będzie to znak, że pani Concetta umarła, a wtedy nie idź dalej. Jeżeli zaś zastaniesz bramę otwartą, to wejdź i zapytaj dozorcę o jej zdrowie.

Poczciwy sługa spełnił to polecenie. My czekaliśmy w ciekawości. Nic nie zdoła opisać naszej radości, kiedy Domenico przyniósł wiadomość, że brama stała otworem, a pani Concetta czuje się dobrze! Nie posiadając się ze szczęścia opowiedzieliśmy natychmiast wszystkim naszym przyjaciołom i krewnym o cudownym wydarzeniu. Najświętsza Panna wspierała nasze starania, nawet tak zuchwałe. 

Oto co zdarzyło się w mieszkaniu chorej. - Kiedy moja żona opuściła pałac, dwie dziewczynki, Elisa Scotti i Giulia Torino zaczęły odmawiać różaniec. Skurcze natychmiast ustąpiły. Wbrew wszelkim rokowaniom nastąpiła poprawa i chora zaczęła odzyskiwać zdrowie. Piętnastego dnia tego miesiąca, w Wielką Sobotę, pani Concetta Miccio była już zupełnie zdrowa. Odwiedziła swoich krewnych jak nakazywał wielkanocny zwyczaj. Jej matka była niezwykle wzruszona. Wszyscy zgodnie twierdzili, że to cudowne uzdrowienie nastąpiło za przyczyną Królowej Różańca i poprzez obietnicę uczynioną na rzecz przyszłego kościoła. Na tę rodzinę spłynęła podwójna łaska, bo Królowa Nieba uratowała także życie dziecka. Przez oba cuda dała mieszkańcom Neapolu znak, jak jest jej miły pomysł budowy kościoła.

Wkrótce przybył do nas pan Giovanni Vastarella z podziękowaniami. Moja żona wkrótce potem ponownie złożyła wizytę u uszczęśliwionej rodziny, która odtąd włączyła się w sprawę kościoła. Pan Vastarella postarał się o to, by cud ogłoszono z ambony kościoła w Montesanto jeszcze przed zakończeniem kazań wielkopostnych, i przyrzekł, że będzie wspierał budowę kościoła póki starczy mu sił. On i cała jego rodzina wraz z uzdrowioną córką wstąpili do trzeciego zakonu w tym samym kościółku, gdzie i ja przyjąłem szkaplerz św. Dominika. Przez to staliśmy się braćmi jakby podwójnie.

Tak więc tym wielkim cudem Królowa Nieba osłodziła nam pierwsze trudy, jakich doświadczyliśmy na jej służbie. Dziś jeszcze, dziewiętnaście lat po tym wydarzeniu, widujemy rodziny Micciów i Vastarellich na dziękczynnych pielgrzymkach do Królowej tej błogosławionej Doliny.

Bartolo Longo, Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach, 
ROSEMARIA 32013, s. 101-106.



KRÓCEJ: Jałmużna

Zbudować świątynię, z której by ponad światem panowała Królowa Różańca, świątynię na tym miejscu, gdzie niegdyś władał duch ciemności, gdzie potem nastała głucha pustka i opuszczenie i zaległa noc ciemnoty, oto była myśl przewodnia życia szlachetnego czciciela Maryi adwokata Bartłomieja Longo.

Środków materialnych do dzieła tak wielkiego nie miał, ale tym większą ufność pokładał w Królowej Różańca św. a Ona nie zawodziła na każdym kroku, dając dowody, że jest Panią Wszechwładną i cudowną!


* * *


Młoda, dwudziestoletnia kobieta z okolic Pompei walczyła z śmiercią.

- Jeszcze jeden atak - mówił doktor - a skończy się wszystko.

Te słowa słyszała właśnie, wchodząc do domu boleści państwa Miccio, żona Bartłomieja Longo, która przejęta gorącą miłością ku Maryi, pomagała mężowi w dziele wielkim rozszerzania chwały Królowej Niebios.

Matka konającej kobiety mówiła z żalem: "Uczyniłam ślub Boskiemu Sercu Pana Jezusa i Najświętszej Pannie w Lourdes, ale nie doznaliśmy pociechy".

Wtedy apostołka Królowej Różańca rzekła słowo silnej wiary: "Jestem przekonana, że Matka Boska pompejańska, dla której o grosz na Jej kościół proszę, wysłucha i pocieszy".



Odezwał się na to obecny lekarz: "Słowa to zanadto śmiałe; chora leży w ostatnich tchnieniach, stan jej jest beznadziejny!".

Zwykły to głos tej ziemi, głos małoduszności i zwątpienia! Ale odpowiada mu głos wiary i nadziei: "Właśnie dlatego, że stan chorej jest tak rozpaczliwy, może się najwyraźniej okazać potęga Maryi".

Poczym prosiła pani Longo o drobną choćby ofiarę na budowę kościoła w dolinie pompejańskiej i dorzuciła to słodkie słowo: "Nie traćcie nadziei"....

I znowu popłynęła do stóp Maryi - modlitwa różańca i znowu spływała od Niej pociecha, czarna nieomal twarz chorej rozjaśniała, na zaciśniętych z bólu ustach usiadł uśmiech, uzdrowiała....

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 109-110.

CUD W SANTAREM, PORTUGALIA - Wczesny XIII wiek

Wierzymy, że jak chleb i wino konsekrowane przez Chrystusa Pana podczas Ostatniej Wieczerzy zostały przemienione w Jego ciało i krew, które wkrótce miał za nas ofiarować na krzyżu, tak też i chleb, i wino konsekrowane przez kapłana przemieniają się w ciało i w krew Chrystusa zasiadającego w chwale niebieskiej, i wierzymy, że tajemnicza obecność Pana pod postaciami owych rzeczy, które dla zmysłów zdają się istnieć nadal jak przedtem, jest prawdziwa, rzeczywista i substancjonalna. (…) Tę tajemniczą przemianę Kościół stosownie i właściwie zwie przeistoczeniem [transsubstancjacją].
Paweł VI

Cud eucharystyczny w Santarem
W miasteczku Santarem, położonym około 50 kilometrów na południe od Fatimy, żyła uboga kobieta cierpiąca z powodu swego niewiernego męża. Nie mogąc znieść dłużej tej udręki, udała się do wróżki, od której otrzymała obietnicę pomocy, w zamian za konsekrowaną Hostię. Po długim wahaniu kobieta przyjęła Komunię Świętą w kościele św. Stefana i wyjąwszy ją z ust owinęła w welon i skierowała się do wróżki.

Po kilku krokach Hostia zaczęła krwawić tak obficie, że krople kapiące z welonu przyciągnęły uwagę przechodniów. Widząc zakrwawioną rękę, pośpieszyli kobiecie z pomocą, lecz ta pobiegła szybko w stronę domu, zostawiając za sobą ślady krwi.

Chcąc ukryć zakrwawiony welon z Hostią, zamknęła ją w skrzyni. W nocy tajemnicze światło wydobywające się ze skrzyni oświetliło wnętrze domu i kobieta zmuszona była wyznać swój czyn przed mężem. Przejęci czcią padli na kolana, a nad ranem wezwali kapłana.

Wieść o cudownym wydarzeniu rozniosła się po okolicy, przyciągając ogromne tłumy, tak że w krótkim czasie władze kościelne zarządziły oficjalny proces.

Cudowna Hostia przeniesiona została w procesji do kościoła św. Stefana, zamknięta w woskowej puszce i złożona w tabernakulum. Gdy po pewnym czasie otwarto tabernakulum, zdumionym oczom obecnych ukazał się następny cud. Wosk rozsypał się na kawałki, a Hostia spoczywała na kryształowej podstawce. Te cudowne relikwie umieszczono następnie w złoto-srebrnej monstrancji o gruszkowatym kształcie, otoczonej trzydziestoma trzema „słonecznymi” promieniami.

Władze kościelne nie znalazły powodu, by nie uznać tego cudownego wydarzenia i kościół św. Stefana przemianowany został na kościół Świętego Cudu. W tym kościele cudowna Hostia darzona jest czcią i adoracją przez rzesze wiernych i pielgrzymów aż do dnia dzisiejszego. Obrazy, namalowane w nawie kościoła, przedstawiają historię tego wydarzenia.

Hostia ma lekko nieregularny kształt, z delikatnymi żyłkami biegnącymi od góry ku podstawce, na której zakrzepła pewna ilość krwi. W opinii doktora Artura Hoaglanda, amerykańskiego lekarza, który obserwował Hostię przez wiele lat, skrzepnięta krew na dnie kryształu ma czasami kolor świeżej, a czasami wyschniętej krwi.

Cud ten, który wydarzył się w początkach XIII wieku, przetrwał już ponad 700 lat.

Joan Carroll Cruz, Cuda eucharystyczne. Eucharystyczne fenomeny w życiu świętych, 
EXTER, Gdańsk 2009, s. 61.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

CUDOWNE UZDROWIENIE GIOVANNINY MUTI

Modlitwa różańcowa jest wielką pomocą dla człowieka naszego czasu. Sprowadza ona pokój i skupienie; wprowadza nasze życie w tajemnice Boże i sprowadza Boga do naszego życia. Myśli i uczucia uwalniają się stopniowo od ciasnoty oraz zmienności naszych problemów i zainteresowań, a coraz bardziej otwierają się na działanie Boże.
Św. Jan Paweł II

Matka Boska Ostrobramska
(…) Chyba chciały się nas pozbyć. Aby je przekonać opowiedzieliśmy o niektórych łaskach, jakie dostąpiło kilka osób płacących ofiary jednego solda.

- O, gdyby Maryja zechciała uczynić cud! - westchnęła pani domu. - Teraz jest może najlepsza okazja ku temu. Naszą ukochaną przyjaciółkę, panią Giovanninę Muti, przeniesiono dziś w bardzo złym stanie z naszego domu do willi Doria na wzgórzu Vomero. Właściciel tego domu jest tak święcie przekonany, że umrze ona w jego domu na gruźlicę, że zapewnił sobie w umowie wynajem z płatnością za trzy lata i zwrot kosztów odnowienia mieszkania po jej śmierci. Także lekarz pozbawił nas dziś wszelkiej nadziei. Opłakują ją wszyscy przyjaciele, a najbardziej my same. Jej mąż jest bliski rozpaczy. Oni mają pięcioro dzieci!

- Niech chora uda się do Matki Bożej Różańcowej – zaproponowałem - która teraz udziela licznych, nadzwyczajnych łask w związku z dziełem, które realizujemy.

- Gdyby pan wiedział, ile obietnic złożył jej mąż, ile ofiar przekazał na różne kościoły, a wszystko to na nic. Stracił już zaufanie.

- Nie mamy na myśli ani obietnic, ani ofiar. Pani Muti mogłaby uczynić tylko to, co okazało się już skuteczne w tylu przypadkach.

Pokazałem im arkusz podpisany słowami „Na kościół w Pompejach” i dodałem:

- Niech chora wpisze tu swoje imię i nazwisko deklarując małą ofiarę. Niech się postara o jeszcze kogoś i stara się wspierać to dzieło w miarę sił. Najświętsza Panna nie pozostawia ani jednego dobrego uczynku bez nagrody. Niech także obieca, że publicznie ogłosi o uzyskanej łasce.

Tak też się stało, jeszcze tego samego wieczora panie Laghezza napisały do swej chorej przyjaciółki prosząc, aby oddała się opiece cudownej Matki Bożej Pompejań-skiej, i aby przyrzekła, że będzie wspomagała dzieło budowania na Jej cześć kościoła.

Pani Giovannina Muti z domu Sabbato miała zaawansowaną gruźlicę. W grudniu 1875 roku na jednym z żeber pojawiła się opuchlizna. Znani lekarze orzekli, że to guz, który należy wyciąć. Czekano jednak kilka miesięcy z nadzieją na poprawę. Po ponownych naradach lekarzy, gdy wskutek gwałtownego bólu w kręgosłupie zaczęto się obawiać stanu zapalnego, 22 kwietnia 1876 roku przystąpiono do operacji. Cierpienia zwiększyły się tak, że trudno opisać, co ta biedna kobieta musiała przechodzić. Bardzo często miała napady wycieńczającego kaszlu. W końcu pojawiła się wysoka gorączka, dochodząca do 40 stopni. Stracono nadzieję utrzymania jej przy życiu. Ponieważ jednak nie chciano zaniedbać żadnego środka, lekarze zalecili zmianę klimatu. Zawieziono ją więc na wzgórze Vomero. Tam jednak stan pogorszył się do tego stopnia, że sama czuła jak uchodziło z niej życie. Nadchodziły coraz smutniejsze wiadomości.

W takim beznadziejnym położeniu chora odebrała list od pań Laghezza. Przeczytawszy go poczuła silne wzruszenie i natychmiast wpisała się na listę ofiarodawców. Potem przywołała swoją matkę i służbę. Kiedy wszyscy już się zapisali, ogarnęła ją tak wielka ufność, że oczekiwała uzdrawiającego cudu.

Nadszedł 8 czerwca. Minął okrągły miesiąc od dnia, gdy w Pompejach zaczęto budowę kościoła. Tego dnia Giovannina Muti ujrzała w śnie Królową Nieba siedzącą na tronie z Dzieciątkiem Jezus na ręku i trzymającą w palcach różaniec, ale bez korony nad głową. Tak właśnie przedstawiona była Maryja na starym obrazie w Pompejach. Chora jednak o tym obrazie nic nie wiedziała. We śnie widziała, jak Maryja patrzy na nią z miłością, więc zaczęła gorąco, ze łzami modlić się o zdrowie i uwolnienie od cierpień. Przy tym w milczeniu, bo z powodu płaczu nie mogła mówić, wskazywała na Dzieciątko, jakby prosiła Maryję by wstawiła się u Jezusa. W tej chwili Najświętsza Panna uśmiechnęła się i patrząc jej w oczy podała białą wstążkę, na której napisane były słowa „Dziewica Różańcowa z Pompejów udzieliła łaski chorej Giovanninie Muti!”

„O Matko! Spodziewam się tego, czy jednak się nie mylę? Czy wyzdrowieję? Czy nie umrę?” - powtarzała we śnie. Nagle wszystko zniknęło. Chora początkowo nie wierzyła sama sobie i uważała to widzenie tylko za sen. Lecz to nie był sen, bo słyszała hałasy i rozmowy dobiegające z sąsiedniego pokoju. Czy było to więc objawienie się Matki Bożej Różańcowej? Nie mogła jednak wytłumaczyć sobie tego, że Najświętsza Panna siedziała na tronie bez diademu. Dotąd widziała ją na obrazach w postawie stojącej i z królewską koroną na głowie. Cóż więc miała znaczyć ta nowa, niecodzienna postawa?

Czuła też szczególną radość, przybyło jej sił i jakby pobudzenie do nowego życia. Wzruszenie nie pozwalało jej opowiedzieć innym o widzeniu, ale dlaczego miałaby się z tym ukrywać? Czemu nie powiedzieć najbliższym i rozpalić na nowo zgasłą nadzieję? Zebrała więc wszystkie siły i zwołała domowników, po czym płacząc ze wzruszenia opowiedziała swoje widzenie. Natychmiast ustała gorączka i kaszel. Podczas gdy dzieliła się objawieniem, do pokoju wszedł Ferdinand Muti. Kiedy ujrzał swoją żonę siedzącą prosto na łóżku, jak mówi bez kaszlu, nie mógł się posiąść z radości. Pobiegł natychmiast do stajni, dosiadł konia i popędził do pań Laghezza. Jak tylko wszedł do ich domu, upadł na kolana przed Caroliną Laghezzą i zaczął mówić ze łzami w oczach o uratowaniu żony! Opowiedział o widzeniu i natychmiastowej poprawie. Prosił o wyjaśnienie tytułu „Matka Boża Pompejańska.” Obie panie były bardzo wzruszone tą nowiną, lecz nie umiały mu nic więcej powiedzieć ponad to, że przybyły do nich dwie osoby po ofiarę na kościół, który ma stanąć w Pompejach na cześć Matki Bożej Różańcowej. O obrazie z Maryją bez korony nie wspomniały ani słowem.

Było pewne, że Giovannina ujrzała Najświętszą Panienkę tak, jak ją przedstawia obraz w Pompejach. Po tym widzeniu ta niemal umierająca osoba wróciła do zupełnego zdrowia. Panie Laghezza przejęte radością, że Matka Boża wybrała je sobie na pośredniczki cudu, opowiedziały o wszystkim ojcu Altavilli. To na jego kazaniu usłyszały po raz pierwszy o dziele w Pompejach. Ojciec Altavilla bardzo się ucieszył, że Pan Bóg błogosławił dziełu w cudowny sposób, po czym powiadomił mnie i moją żonę o cudzie. 13 czerwca udaliśmy się z nim na Vomero do willi Doria. Pani Giovannina, która była już zupełnie zdrowa, opowiedziała nam o cudzie ze wszystkimi szczegółami. 30 sierpnia wróciła do Neapolu wolna od jakichkolwiek chorób. Wywołało to największe zdziwienie wśród wszystkich jej znajomych. Spisane przez nią świadectwo ojciec Altavilla odczytał w kościele św. Mikołaja w Tolentynie przed licznie zgromadzonymi wiernymi. Matka Giovanniny, pani Clementina Sabbato, złożyła w ofierze na budowę kościoła 50 franków, zaś syn chorej, Piero Muti, ufundował albę. Ku wiecznej pamiątce pierwszego objawienia Matki Bożej Różańcowej, w kościele pompejańskim umieszczono srebrną lampę i kielich, na których wygrawerowano napis „Giovannina Muti”.

Pani Giovannina żyła jeszcze długie lata. Wszyscy, którzy ją znali, wielbili Boga i składali Mu dzięki za jej uzdrowienie. Ona sama opowiada jeszcze po latach z wielkim przejęciem o łasce, jaką jej wyświadczyła cudowna Matka Boża Pompejańska.


Bartolo Longo, Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach, 
ROSEMARIA 32013, s. 139-143.



KRÓCEJ: Uzdrowienie z gruźlicy

Janina Muti zachorowała ciężko na suchoty. Daremne były wszystkie środki lekarskie, i modlitwy zdawały się daremnymi, tak w oczach gasła! A cierpiała przy tym tak strasznie, że najbliżsi jej przyzywali śmierci - jako jednego kresu jej bólu i męki. Śmierć jednak nie przychodziła, ale za to stanęła przed cierpiącą Ta, na której skinienie ból, jak burza rozszalała milknie.

Chora przymknęła oczy, nie spała jednak, gdyż wiedziała doskonale, co się dokoła niej dzieje. Nagle widzi - i oczom swoim nie wierzy, widzi Matkę Miłosierdzia z Boskim Dzieciątkiem na ręku, trzymającą w palcach różaniec. Patrzyła na biedną litościwie, toż wśród łez wołała do Niej o zdrowie. Przy czym wskazywała w milczeniu na Dziecię Jezus - jakby błagała Matkę, by się wstawiła do Syna. A Najświętsza spoglądała coraz czulej, uśmiechała się do niej. Więcej jeszcze, podała białą wstęgę - na której napisane były jakieś słowa. Były to słowa, tej właśnie pociechy - jakiej tak gorąco pragnęła.

"Dziewica Różańcowa z Pompei, udzieliła łaski uzdrowienia chorej".

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 109.

CUDOWNE UZDROWIENIE CLORINDY LUCARELLI

Maryja jest Lekarką od wszelkich serca boleści.
Św. Jan Damasceński

Matka Boska Bolesna,
Tycjan, 1554
Dwunastoletnia dziewczynka, Clorinda Lucarelli z Neapolu, od sierpnia 1874 roku cierpiała na napady padaczki. Mimo wszelkich lekarskich terapii jej stan pogarszał się tak bardzo, że najbliżsi pogrążeni byli w wielkim smutku i niepokoju. Ciocia Clorindy, Anna Maria Lucarelli, która przyjęła do siebie tę osieroconą dziewczynkę i wychowywała jak własne dziecko, poprosiła o diagnozę najsławniejszego lekarza neapolitańskiego, profesora Antonia Cardarelliego. Potwierdził on opinie wszystkich innych lekarzy, że napady mają charakter epileptyczny, przepisał sposób leczenia, ale nie dawał wielkich nadziei. Jego słowa jeszcze bardziej zasmuciły krewnych.

1 maja 1875 roku pani Lucarelli zaprowadziła dziewczynkę do kościoła św. Mikołaja z Tolentynu, gdzie znajduje się obraz Matki Bożej z Lourdes. Kazała jej napić się wody z cudownego źródła i modlić gorąco w intencji uzdrowienia. Potem wróciła do domu ożywiona nową nadzieją i ufnością w dobroć i moc Matki Bożej. Bóg jednak chciał w swoich niezbadanych wyrokach spełnić jej prośbę w późniejszym czasie i w pewnym celu.

Stan Clorindy pogarszał się coraz bardziej. Napady powtarzały się częściej, co trzeci lub czwarty dzień, a nieraz nawet kilka razy w ciągu dnia, i miały cięższy przebieg. Wyjeżdżano poza miasto, ale i to nie wpłynęło w niczym na stan chorej. Wiejskie powietrze ani lekarstwa nie przyniosły najmniejszej ulgi, tak że chora po upływie pół roku, zniechęcona bezskutecznością starań nie chciała się dalej leczyć.

Po tylu daremnych nadziejach i trudach zatroskana ciocia chciała jeszcze wysłać Clorindę w towarzystwie siostry miłosierdzia do Lourdes, z nadzieją na cud przy cudownym źródle. Lecz miała obawy przed wysłaniem chorej w tak daleką podróż. Napady epileptyczne powtarzały się także i w nocy. Rzucały ją na ziemię, nierzadko powodując skaleczenia aż do krwi. Z ust wypływała piana, a ciałem rzucały gwałtowne wstrząsy.

W święto Matki Bożej Gromnicznej w 1876 roku, Clorinda zaraz po obiedzie umknęła czujności cioci. Zaniepokojona pani Lucarelli pobiegła jej szukać drżąc ze strachu, by chorej nie spotkało jeszcze jakieś większe nieszczęście. Znalazła ją przy studni z głową zanurzoną w wiadrze. Prawdopodobnie dziewczynka chciała się napić i nachyliwszy się dostała napadu. Groziło jej śmiertelne niebezpieczeństwo zachłyśnięcia się wodą albo wpadnięcia do studni.

Nazajutrz, 3 lutego, napady powtarzały się bezustannie, aż chora straciła przytomność i nie poznawała najbliższych osób. Pani Lucarelli była niezwykle zmartwiona. Tego samego dnia przybyła do niej moja żona i powiedziała o zamiarze zbudowania kościoła ku czci Matki Bożej Różańcowej. Opowiedziała jej też o kilku nadzwyczajnych zdarzeniach, które były widocznymi znakami błogosławieństwa Bożego; o planie założenia bractwa różańcowego i ołtarzu na cześć Matki Bożej. Mówiła też o staraniach podejmowanych dla zmiany przykrego położenia mieszkańców Doliny oraz ich edukacji. Słuchając tego pani Lucarelli nabrała ducha i odwagi; przyrzekła też w sercu, że jeżeli jej siostrzenica wyzdrowieje, to gorliwie włączy się w rozpoczęte dzieło. Jej nadzieja była o tyle większa, o ile ona i jej dwie siostrzenice wstąpiły przed paroma miesiącami do trzeciego zakonu św. Dominika. Świadomość, że należy do ulubionych dzieci Królowej Różańca, dodawała jej otuchy. Już od dawna pani Lucarelli nie czuła takiej ufności i radości; dokonała także wpisu w książeczce mojej żony i powiedziała:

- Pani hrabino, jeżeli Matka Boża, którą czczę z całego serca, udzieli mi tej łaski i uzdrowi moją siostrzenicę, to cała poświęcę się Jej służbie. Sama będę chodziła po Neapolu i zbierała datki na nowy kościół. Proszę przyjąć moją składkę, nie jeden sold na miesiąc, ale dziesięć. I ureguluję ją za cały rok z góry, jako zadatek mojego przyrzeczenia.

Najświętsza Panna uznała, że nadszedł czas objawienia swojej mocy dzieciom tej nędznej ziemi. Jak niegdyś na weselu w Kanie Galilejskiej przyspieszyła godzinę cudów Jezusa, tak i teraz spełniła pragnienie pani Lucarelli. 13 lutego, w tym dniu, w którym wystawiono w Pompejach obraz Matki Bożej Różańcowej ku publicznej czci i zawiązano bractwo różańcowe, Clorinda została całkowicie uzdrowiona. Świadectwo to pochodzi z relacji spisanej własnoręcznie przez panią Lucarelli 13 kwietnia 1876 roku. W maju tego samego roku odczytali je z ambony ojcowie: Carlo Rossi SI w Montesanto, Giuseppe Altavilla SI w Loviano i Felice z zakonu teatynów w Neapolu. Zamieściło je też czasopismo: „I Oigli a Maria” (nr IX z 15 czerwca 1876 r.). Dwóch profesorów, którzy leczyli Clorindę, Marzio Castronuovo i Salvatore Farina, poświadczyli niebezpieczny stan dziecka, bezskuteczność wszelkich terapii oraz nagłe i niespodziewane uzdrowienie. Ponieważ odzyskanie zdrowia nie nastąpiło wskutek zabiegów medycznych, a nawet sprzeciwiało się lekarskiej wiedzy, lekarze ci zmuszeni byli przyznać działanie sił nadprzyrodzonych. Cóż więcej chcieć od naukowców? - Oto ich opinie.

Poświadczam, że panna Clorinda Lucarelli od sierpnia 1874 roku cierpiała na napady epileptyczne, które powtarzały się w różnych odstępach czasu aż do dnia 3 lutego 1876 r., kiedy trwale ustały. Nadmienię, że diagnozę tę postawiłem nie sam, ale w uzgodnieniu z panem prof. Antonim de Martinem, a zatwierdził ją pan prof. Cardarelli. Przepisaliśmy chorej najskuteczniejsze leki i zaleciliśmy zmianę klimatu, odżywiania itp. Mimo to napady epileptyczne powtarzały się równie gwałtownie i często przez kolejne miesiące. Oświadczam to aby dać świadectwo prawdzie.
Marzio Castronuovo, doktor medycyny i chirurgii, Neapol, 18 marca 1876 roku

Ja niżej podpisany oświadczam, że dwunastoletnia panna Clorinda Lucarelli, córka zmarłego profesora Domenica Lucarelliego, cierpiała od kilku lat na napady epileptyczne, które bez widocznych przyczyn i mimo różnorodnych środków leczniczych atakowały ją w dzień i w nocy, co miało miejsce jeszcze przed czterema ostatnimi miesiącami. Wtedy chora nagle bez żadnych leków całkowicie wyzdrowiała i jest zupełnie zdrowa po dziś dzień. Poświadczam to moim słowem honoru i jestem gotów oświadczenie to powtórzyć pod przysięgą.
prof. Salvatore Farina, Neapol, 4 czerwca 1876 roku

Bartolo Longo, Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach, 
ROSEMARIA 32013, s. 81-85.

KRÓCEJ: Uleczenie epilepsji

Pierwszy cud - spełniła Królowa Różańca świętego w Pompei, nad dzieckiem.

Biedne to było dziecko!

Czternastoletnia, miła dziewczynka, Klorynda Lucarello, była sierotą - a do tego cierpiała kurcze epilepsji u nas powszechnie zwane słabością św. Walentego. Znamy ten straszny widok człowieka wśród targań bolesnych popadającego w omdlenie z białą pianą na ustach...

Tak cierpiało - to dziecko!

Opiekunka jej i ciotka zarazem Anna Maria Lucarelli sprowadzała do łóżeczka biednej dziewczynki najznakomitszych lekarzy - ale wszyscy zgodzili się na jedno, że tu nie masz uleczenia.

Szukała więc pomocy w Maryi - ofiarowała Kloryndę do Lourdes, lecz straszna słabość nie ustępowała. Dlaczego? Czyż Lourdes - nie jest miejscem bezustannych cudów? Tak zapewne, ale Maryja - chciała być wezwaną - jako Królowa Różańca i różańcem chciała dźwignąć z okropnej niemocy...

Tymczasem ataki konwulsyjne powtarzały się, nie już codziennie, ale kilka razy dziennie. Nie obeszło się i bez wypadków. To raz dziecię pokrwawiło się - to znowu wpadło do studni i tylko rychła pomoc otaczających wyrwała Kloryndę ze szponów śmierci.

Opiekunka jej znajdowała się w stanie nieopisanego zmartwienia i taką złamaną nieomal na duchu spotkała ją żona, znanego nam adwokata Bartłomieja Longo. Mówiła jej o zamiarach swojego męża, opowiadała o piętrzących się trudnościach w zbożnym dziele i o pomocy Matki Miłosierdzia. Słuchając tych słów, uczuła pani Lucarelli nową otuchę i zwracając się do Królowej Różańca św. którą, jako tercjarka św. Dominika, szczególnym czciła nabożeństwem, uczyniła przyrzeczenie, że jeśli jej siostrzenica wróci do zdrowia - to nie tylko składać będzie jałmużnę na budującą świątynię Maryi - ale sama zbierać będzie grosz na nowy kościół w Pompei...

I Maryja przyjęła drobną jałmużnę grosza i dobrych chęci - Klorynda została uleczoną. Było to d. 13 lutego 1876 roku, a w tym samym właśnie dniu - zaprowadzano uroczyście Bractwo Różańca świętego w Pompei.

Profesorowie uniwersytetu - doktorzy medycyny Marek Castronovo i Salvator Farina, którzy leczyli Kloryndę, zmuszeni byli przyznać, że wiedza ich lekarska była w tym wypadku bezsilną i tylko moc nadprzyrodzona uzdrowiła dziecko.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 107-108.


























niedziela, 5 czerwca 2016

CUD W ALATRI, WŁOCHY, Rok 1228

A ten pokarm nazywa się u nas Eucharystią; nikomu nie wolno brać w nim udziału, tylko temu kto wierzy, że prawdą jest to czego uczymy, i kto został obmyty ową wodą na odpuszczenie grzechów i na odrodzenie, i kto żyje tak jak Chrystus przykazał. Bo my tego nie pożywamy, tak jak się je pospolity chleb i pije pospolity napój, lecz nauczono nas, że jak Jezus Chrystus Zbawiciel nasz, przez Słowo Boże stawszy się człowiekiem, miał Ciało i Krew dla naszego zbawienia, tak też i ów pokarm nad którym przez modlitwę zawierającą jego słowa, odprawiono dziękczynienie, a którym przez przemianę krew i ciało nasze odżywia się - jest Ciałem i Krwią tegoż Jezusa, który się wcielił.
św. Justyn Męczennik

Ostatnia Wieczerza, Juan de Juanes, XVI wiek
Młoda dziewczyna z Alatri starała się zwrócić na siebie uwagę przystojnego i popularnego młodzieńca. W tym celu postanowiła zdobyć eliksir miłosny od kobiety, o której mówiono w mieście, że zna się na takich sprawach. Ta nakazała dziewczynie przyjąć Komunię, szybko wyjąć ją z ust i ukryć w chusteczce. Ponadto dodała: „Jakiż środek może być mocniejszy od Boskiego Ciała Króla Serc?”

Dziewczyna posłuchała rady, ale natychmiast po dokonaniu tego czynu, zaczęło ją dręczyć sumienie. Już niosąc Najświętszy Sakrament do domu przeżywała takie udręki, że aby ukoić sumienie, postanowiła schować Hostię w małym woreczku i ukryć w odległym kącie domu, obok trzymanego tam chleba.

Mijały dni i noce pełne koszmarnych snów, pełne grzmiących głosów zdających się wydawać na nią wyrok wiecznego potępienia. Wreszcie trzeciego dnia z rana postanowiła wyjąć woreczek z ukrycia i podjąć ostateczną decyzję, czy przekazać go kobiecie, której rady tak nieopatrznie posłuchała, czy też zanieść go do kościoła. Gdy otworzyła woreczek i rozwinęła chustkę, zamarła ze zgrozy. Na chustce nie leżała już Hostia podobna do Chleba, lecz mająca postać ciała koloru krwi. Dziewczyna nie miała też żadnej wątpliwości, że było to ciało żywe.

Jej ból i płacz zaalarmował członków rodziny, którzy przybiegli do niej i ujrzawszy przyczynę, natychmiast zawiadomili sąsiadów. Wieść lotem błyskawicy obiegła miasteczko, docierając także do księży w parafii. Kapłan, który przybył na miejsce, owinął woreczek z Hostią welonem i, w otoczeniu ogromnego tłumu rozentuzjazmowanych wiernych, skierował swe kroki do biskupa.

Historyczne źródła podają, że w tłumie podążającym za kapłanem brakowało jednej osoby - kobiety, która namówiła dziewczynę do tego czynu. Przyznała ona później, że gdy usłyszała o tym cudownym wydarzeniu, ukryła się próbując wymyślić jakąś wymówkę na swoją obronę. Była gotowa oskarżyć dziewczynę o podłe kłamstwa i niesłuszne pomówienia oraz przedstawić siebie jako wierną i pobożną katoliczkę. Z taką też myślą stawiła się na wezwanie biskupa. Widząc jednak, że tłum nie pragnie jej zguby, doznała wewnętrznej przemiany. Nie oskarżając nikogo sama padła we łzach do stóp biskupa, błagając go o przebaczenie (...)


Joan Carroll Cruz, Cuda eucharystyczne. Eucharystyczne fenomeny w życiu świętych, EXTER, Gdańsk 2009, s. 52-54.

sobota, 4 czerwca 2016

OSTATNIA MODLITWA – CUDOWNE UZDROWIENIE PANNY ROZALII CAMPAGNA

Za każdym razem gdy chcesz uzyskać ode mnie jakąś łaskę, odpraw na mają cześć trzy nowenny błagalne, odmawiając piętnaście tajemnic mojego różańca, a potem odpraw trzy nowenny dziękczynne.
(Maryja do Fortunatyny Agrelli)

Nadeszła godzina 23. Rosalia dała znak Angeli, aby wszyscy odmawiali nowennę do Matki Bożej Pompejańskiej. Wysłuchano prośby umierającej. Kiedy skończono odmawiać nowennę, zaczęto litanię do Matki Bożej. Doszedłszy do wezwania Uzdrowienie Chorych, Angela powtórzyła je trzy razy. W tej chwili chora drgnęła. Po skończeniu modlitwy Angela podeszła do cioci.

-Angelo, szepnęła jej umierająca, tej nocy uzyskam łaskę od Najświętszej Panny, bo gdy po trzeci raz wymówiłaś Uzdrowienie Chorych, słyszałam wyraźnie głos mówiącymi do ucha: „Tej nocy odbierzesz łaskę; tej nocy zostaniesz uwolniona od wszelkiego cierpienia i smutku!” 

Potem zawołała do siebie księdza i wyszeptała mu do ucha: 

- Idź spokojnie spać, tej nocy Matka Boża udzieli mi łaski. Nie przyprowadzaj jutro lekarzy ani nie przynoś lekarstw, bo gdy jutro przyjdziesz do mnie, wyjdę ci naprzeciw zdrowa i otworzę drzwi.

Ksiądz Pasquale głośno powtórzył te słowa. Słysząc je Oriolani powiedział cichym głosem, w którym przebijało się szyderstwo:

- Tak jest, panna Rosalia otrzyma tę łaskę, że śmierć przyniesie ulgę jej cierpieniom.

Rosalia pragnąc, aby wszyscy wraz z nią podzielali ufność w potęgę i dobroć Maryi, i żeby Ją błagali o pomoc, ścisnęła rękę Minolfiego i powiedziała:

- Renzo, uczcij Matkę Bożą i zmów w mojej intencji jedno Zdrowaś Maryjo.

Ale Minolfi zapomniał wszystkich modlitw i nie pamiętał nawet Pozdrowienia anielskiego. Odpowiedział tylko:

- Czy zgodzi się pani na to, bym został tu na noc?

Chora kiwnęła głową na zgodę.

O północy ksiądz Pasquale wysłuchał próśb Rosalii i udał się do swojego mieszkania w mieście. Oriolani poszedł na pierwsze piętro i położył się w ubraniu na kanapę, aby na wieść o konaniu Rosalii przybyć jak najprędzej. Felice Campagna miał złe samopoczucie, poszedł do sypialni i położył się również w ubraniu. Przy chorej pozostała tylko jej wierna opiekunka, Angela, jedna z przyjaciółek umierającej i Minolfi.

O trzeciej nad ranem Rosalia dostała ataku padaczki. Zgrzytanie zębami było tak silne, że usłyszał je adwokat w swoim pokoju i przerażony przybiegł do chorej. Znalazł ją w okropnych konwulsjach, zwiniętą w bezkształtny kłębek. Nogi miała poskręcane i sztywne, palce zaciśnięte, lewa ręka obumarła, a prawa spoczywała na sercu. Wskazywało to, że groził jej atak serca. Twarz chorej była wykrzywiona, a zęby tak zaciśnięte, że nie można było wlać do jej ust ani łyżeczki wody. Atak padaczki trwał ponad godzinę. Rosalia nie widziała już nic i zdawała się być pozbawiona czucia. Oczy miała szeroko otwarte i tak obrócone, że nie było widać źrenic. Angela patrząc na tak długie konwulsje, nie mogła ukryć obawy.

- O Matko Boża - wołała z bólem - teraz musisz się zmiłować nad nami. Nie mamy ani chwili spokoju! Cierpienia wzmagają się zamiast ustawać.

Słowa te rozgniewały Minolfiego.

- Po co tak krzyczysz do tych swoich świętych, którzy tu i tak nic nie pomogą! - zawołał głosem drżącym ze złości. A nawet zapomniał się i w obecności umierającej rzucił przekleństwo i zaczął bluźnić.

W tej chwili chora odzyskała przytomność i usłyszała jego bezbożne słowa.

Próbowano ułożyć Rosalię inaczej i tym samym sprawić jej ulgę. Ciało było jednak sztywne jak ciało zmarłego i wydawało z siebie trupią woń. Po pewnym czasie Rosalia ocknęła się i dała znak Angeli:

- Angelo - wyszeptała do niej z największym wysiłkiem. - Nie trać wiary! Nie zważaj na to, co mówi Minolfi... Powiedz mu, żeby odwołał to, co powiedział, bo inaczej Matka Boska nie udzieli mi łaski... Zawołaj Minolfiego!

Gdy ten zbliżył się do łóżka, powiedziała do niego smutnym głosem:

- Powiedziałeś przekleństwo... Błagaj Matkę Bożą o przebaczenie, bo inaczej nie odbiorę łaski. Odmów Zdrowaś Maryjo do Najświętszej Panny!

Młody człowiek nic nie odpowiedział, wzdrygnął tylko ramionami i potrząsając głową odszedł.

Zegarek adwokata wskazywał godzinę 4.15. Rosalia skinęła na swojego brata Felica:

- Zrób mi tę przyjemność i idź spać!
- Nie trać nadziei - odpowiedział chcąc ukryć swój smutek, który jednak zdradzała blada twarz i smutny głos.
- Jestem spokojna - powiedziała Rosalia - bo zanim ta noc się skończy, otrzymam łaskę. Ale ty idź spać.
- Dobrze, położę się na łóżku w ubraniu. Na każde zawołanie stawię się do ciebie.

To powiedziawszy wyszedł. Wtedy Rosalia poczuła wielkie pragnienie, by mogła zostać sama. Dlatego zwróciła się do siostrzenicy:

- Angelo, proszę, wyślij wszystkich do łóżek. Minolfi może się położyć na kanapie, bo jutro musi iść do biura, a ty także udaj się na spoczynek. Tyle nocy spędziłaś już bezsennie.
- Położyłam sobie materac w pobliżu twojego łóżka – odpowiedziała troskliwa opiekunka.

W pałacu Volpich panowała ciemność i milczenie nocy. Także w pokoiku Rosalii zapadła cisza. Zakryta lampka, bo chora nie mogła znieść nawet najsłabszego światła, tliła się przed obrazem Matki Bożej Pompejańskiej. Gdy Rosalia została sama zaniepokoiła ją myśl, że Matka Boża może odmówić jej łaski zdrowia wskutek bluźnierczych słów Minolfiego. Przywołała go więc ponownie i wyszeptała do niego słabym, urywanym głosem:

- Renzo, nie wymagam od ciebie nic więcej, tylko żebyś prosił Matkę Bożą o przebaczenie. Żałuj za to, co powiedziałeś, inaczej Najświętsza Panna nie udzieli mi łaski.

Ten niedowiarek zaczerwienił się ze wstydu, że bluźnierstwo wypowiedział w obecności tak pobożnej niewiasty, szepnął: „Dobrze, dobrze” i położył się z powrotem na kanapie. Teraz umierająca skierowała wzrok ku obrazowi Matki Bożej Pompejańskiej.

- Moja Matko - zaczęła się modlić - nie poczytaj mu tych słów za grzech. Błagam cię o przebaczenie dla niego.

Następnie Rosalia zaczęła odmawiać nowennę i spostrzegła ku własnemu zdziwieniu, że mogła zupełnie wyraźnie wymówić słowa „O Pani i Królowo Różańca Świętego.” W chwili, gdy zakończyła nabożeństwo modlitwą „Witaj Królowo”, zegar wybił godzinę 5.30. O tej godzinie sieroty w Pompejach wchodzą do świątyni, by w porannej modlitwie przed tronem Maryi odmówić trzy „Pozdrowienia anielskie” ku czci Pocieszycielki strapionych. O tej samej godzinie rozpoczęła się w Pompejach pierwsza msza święta w intencji uproszeniu u Królowej Nieba jak najliczniejszych łask dla wszystkich Jej czcicieli na całym świecie.

I o tej godzinie, tej pamiętnej środy 3 października 1894 r., dopełniło się w pokoiku pałacu Volpich wydarzenie, które należeć będzie do najwspanialszych cudów Maryi Pompejańskiej. Umierająca kobieta modliła się samotnie do Matki Miłosierdzia i błagała Ją w słowami nowenny, którą Najświętsza Panna sama wskazała. Przy słowach „Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż”, Rosalia odczuła wielką pociechę i dziwny spokój, a zarazem jej duszę napełniła szczególna tajemnicza szczęśliwość. Gdy doszła do ostatnich słów „o słodka Panno Maryjo”, przeniknęło ją przyjemne uczucie, które przewyższało największą ludzką radość. Było to uczucie, które poprzedza objawienia, jakby były zapowiedzią, że niebo zbliża się do człowieka, tego nędznego stworzenia żyjącego na wygnaniu w ziemskim padole.

Tego uczucia doświadczała umierająca, gdy nagle nadprzyrodzone objawienie przykuło jej na wpół zgasły wzrok.

Rosalia ujrzała po prawej stronie łóżka majestatyczną, królewską postać. Otaczały Ją promienie, a Jej szata miała blask śniegu. Była to osoba żyjąca w blasku chwały. Rosalia natychmiast poznała Tę, którą cały świat nazywa Królową Różańca Świętego. Oblicze Maryi rozjaśniał promień wiecznej piękności Bożej. Niewysłowiony spokój spoczywał na tym wzniosłym, pogodnym czole, a serdeczność Jej spojrzenia zachwycała w takim stopniu, że umierająca czuła się jakby była już w niebie.

Maryja trzymała w prawej ręce Dzieciątko Jezus, zupełnie tak, jak to widzimy na cudownym obrazie pompejańskim. Chłopiec był nadzwyczajnie piękny. Blask, który Go otaczał, przewyższał jasność, jaka otaczała Jego Matkę. Urok małego Jezusa był niepojęty i napełniał serce Rosalii niezmierną radością. Oczy Rosalii, które dotąd nie mogły znieść słabego światła lampki olejnej, podziwiały teraz piękno Dziecka Bożego w tym morzu światła. Kiedy wpatrywała się w zachwycie, Matka Miłosierdzia pochyliła się nad nią i powiedziała do umierającej następujące słowa:

- Córko, cierpiałaś przez trzy lata, teraz skończyły się wszystkie twoje cierpienia! Oto Lekarz, który cię uleczy.

Najświętsza Panna wyciągnęła rękę ku głowie umierającej. Ta ręka, przytulająca Syna Bożego, który stał się Jej Synem, spoczęła na głowie chorej i delikatnie odsunęła worek z lodem na brzeg poduszki. W ten sposób odkryła czoło Rosalii. Ale tym razem nie ona, Matka Łaski Bożej, dopełniła cudu. Maryja objawiła posłannictwo Boże, dla którego przeznaczona została świątynia w Pompejach. Chciała pokazać ludziom Jezusa, Błogosławiony Owoc Swojego żywota. Chciała dać Go tym, którzy Go wyrzucili ze swojego życia. Gdy więc Królowa Różańca nachyliła się ku umierającej, Dziecię Boże wyciągnęło prawą rączkę w taki sposób, jak to widzimy na cudownym obrazie pompejańskim, po czym dwoma palcami, wskazującym i serdecznym, dotknęło lekko skroni w miejscu, w którym było ognisko choroby.

Przez to dotknięcie ręki Stwórcy, Rosalia została uleczona całkowicie i w jednym momencie. Ustały wysięki, zniknął ból w plecach i głowie, cofnęły się zmiany skórne w poparzonym nosie i uszach, a oczy znosiły blask każdego światła. A największym cudem było to, że kości czaszki, które gniły od ponad 3,5 roku, zostały uleczone natychmiast po dotknięciu przez Dzieciątko Jezus. Ciało, które wydawało już z siebie trupią woń, odzyskało z błyskawiczną szybkością dawną siłę nerwów, sprężystość mięśni i obudziło się do nowego życia.

Gdy uszczęśliwiona Rosalia zauważyła, że jest już zupełnie zdrowa, poczuła wielką radość. Piękno widzenia Matki Bożej i Dzieciątka Jezus wzbudziły w jej sercu nieograniczoną wdzięczność. Krzyknęła w uniesieniu. Krzyk jest najszybszym i najżywszym wyrazem gwałtownego wzruszenia duchowego. Okrzyk Rosalii był okrzykiem radości, podziwu i wdzięczności. Cudownie uzdrowiona podniosła się na łóżku, wyciągnęła obie ręce, aby pochwycić dobroczynną rączkę Boskiego Lekarza i ją ucałować.

Gdy przyjaciółka Rosalii usłyszała ten okrzyk, przybiegła w półmroku przerażona. Sądząc, że to ostatni głos umierającej, wyciągnęła ręce, aby nie pozwolić Rosalii spaść z łóżka. Ta, w zachwycie widzenia usiłując chwycić rękę Jezusa, chwyciła rękę swojej przyjaciółki i serdecznie ją ściskała. Lecz gdy zaczęła się jej przyglądać, doszła do siebie i poznała smutną rzeczywistość. - Ach, jakie to gorzkie rozczarowanie! Królowa Różańca zniknęła wraz ze Dzieciątkiem, jak tylko spełnił się cud. Gdy Rosalia uświadomiła to sobie, odepchnęła gwałtownie rękę przyjaciółki. Pragnąc podzielić się swoją radością z tą, która tyle dla niej cierpiała, czuwała i modliła się, zawołała silnym głosem:

- Angelo, Angelo! Matka Boża!

Angela podniosła się cała przestraszona i krzyknęła:

- Ciociu! Ciociu!

Potem nie wiedząc dokładnie co się dzieje, wzięła obrazek Matki Bożej Pompejańskiej i podała go cioci, aby ta go ucałowała jeszcze raz przed śmiercią. Ale Rosalia, która właśnie przed chwilą oglądała piękno Tych, których przedstawiał obrazek, odsunęła rękę Angeli i zawołała:

- Angelo, precz z tym! To są tylko... karykatury! Widziałam prawdziwe piękno!

Zaspana Angela myślała, że ciocia znajduje się w konwulsjach i nie chce w tym stanie modlić się do Matki Bożej. Dlatego zaczęła smutnym głosem szeptać jej do ucha:

- Ciociu, nie mówi się na to karykatury! Pocałuj Matkę Bożą, to jest Matka Boża!
- Nie, nie!, widziałam Matkę Bożą! - powiedziała Rosalia radośnie. - Widziałam prawdziwe piękno! To, co ludzie malują, to karykatury.

Rosalia czuła w sobie nowe życie i odzyskała dawną siłę, nie chciała więc pozostać dłużej w łóżku, lecz pragnęła natychmiast pobiec do brata by go pocieszyć. Gdy chciała wyjść z łóżka, ujrzała pana Minolfiego, który stanowczo zabraniał jej wstawać. Także i jego zbudził krzyk Rosalii i sprowadził do niej z przekonaniem, że nadeszła agonia. Widząc, że siedzi na łóżku, powtarza wyraźnie słowa: „Angelo, Matka Boża”, a potem chce wstać z łóżka, sądził, że postradała zmysły.

- Zwariowała jeszcze na dobitkę! - powiedział smutnym głosem i zaczął płakać. Potem odezwał się surowym głosem do Rosalii - Panno Rosalio, proszę zostać w łóżku, inaczej dojdzie do zapalenia płuc!

Angela stała jak sparaliżowana, jakby rażona piorunem i nie mogła wydać z siebie żadnego głosu. Rosalia zawołała głośno:

- Jestem zdrowa! Ukazała mi się Matka Boża Pompejańska i uzdrowiła mnie! A mówiłam! Matka Boża Pompejańska dokonała tego cudu. Dajcie mi ubranie.

Zauważyła, że Angela drżąc ze strachu chce ją zatrzymać w łóżku. Zrzuciła z siebie kołdrę, odepchnęła ręce przyjaciółki i stanęła na nogi. Czuła się o wiele zdrowsza niż przed chorobą. A ponieważ jej suknie schowano myśląc, że ich już nie będzie potrzebowała, wzięła szal, okryła się nim i boso pobiegła pewnym krokiem do brata, aby mu oznajmić wesołą nowinę. To wszystko potoczyło się z szybkością błyskawicy.

Felice spał w ubraniu niespokojnym snem. Głośne krzyki Rosalii zbudziły także i jego. Wziął je jako znak ostatniej walki. Wstał z łóżka i szedł do siostry, lecz na progu sypialni wpadła mu ona w ramiona i zawołała w wielkiej radości:

- Felice, jestem zdrowa! Najświętsza Panna Pompejańska ukazała mi się z Dzieciątkiem Jezus i mnie uzdrowili. Jestem zupełnie zdrowa!
- Jesteś... zdrowa? - wyjąkał adwokat.
- Przecież mówię! Sam to widzisz! Jestem zdrowa!

Adwokat wiedział, co to niebezpieczeństwo i strach, ale nigdy nie doznał takiego wstrząsu, jak w tej chwili. Zdziwiony, przerażony i jakby odurzony wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w swoją siostrę. Już ją opłakiwał, a teraz widział pełną życia, zdrowia i siły przed sobą. Pomyślał, że to sen... Słowa zamierały mu na ustach. Opanował go wielki strach.

- Zdrowa! - powiedział wreszcie z wielkim trudem. Potem zapytał przyciszonym głosem, jakby z obawy przez złudzeniem: - Ale twoja głowa?
- Jest zdrowa! - odpowiedziała Rosalia z łatwością. - Głowa jest zdrowa, zupełnie zdrowa! - powtórzyła, zatrzymując na nim swój rozradowany wzrok. - Czy chcesz się przekonać?

I jakby chcąc dać bratu przekonujący dowód, uderzyła się kilka razy pięściami w głowę i czoło. Adwokat, który wiedział, że jeszcze przed godziną nie można było dotknąć ani jednego włosa na tej głowie, by nie sprawić Rosalii strasznych cierpień, poczuł na ten widok jeszcze większe przerażenie. Wielkość cudu go przygniotła.

- O Boże! - jęknął blady jak trup. - A kręgosłup?
- Jest zdrowy, zupełnie zdrowy!

Usiadł na kanapie pełen sprzecznych uczuć ale jednak szczęśliwy. Od czasu do czasu szeptał do siebie:

- Zdrowa... zdrowa! O Matko Boża! Jak to zrobiłaś! 

Także i Renzo Minolfi doznał wskutek tego niespodziewanego wydarzenia silnego wzruszenia. On, niewierzący, którego niebo wybrało na świadka cudu, mówił:

- O Matko Boża! O panno Rosalio, co za cud! Zdrowie wróciło! Miała pani rację powierzając się Matce Bożej. Teraz w to wierzę!

Nagle zamilkł i zamyślił się, zwrócił oczy ku niebu i poczuł wstyd za dotychczasową niewiarę i niedawne bluźnierstwa. Ze skruszonym sercem obiecał, że zmieni swoje życie i że chce świadczyć przed wszystkimi o cudzie. Przyrzekł publicznie, że będzie codziennie rano chodzić na mszę świętą, a jeżeli nie rano, to pójdzie na mszę wieczorem. Zapomniał tylko o tym, że msze odprawiano tylko rano.

Rosalia, której serce wypełnione było wdzięcznością dla nieba, powiedziała do brata:

- Zawołaj wszystkich, którzy mieszkają w tym domu i powiedz o cudzie!
- Tak jest, otwórzcie drzwi na balkon i to ogłoście - odpowiedział, a Angela natychmiast otworzyła drzwi balkonowe i zaczęła wołać ile sił:

- Przyjdźcie wszyscy, ciocia Rosalia została uzdrowiona. Stał się cud!

Przy tym zaczęła śmiać się na cały głos. Mieszkańcy pałacu Volpich zbiegli się, a usłyszawszy śmiech Angeli sądzili, że Rosalia umarła, a jej siostrzenica straciła rozum.

Minolfi pootwierał tymczasem okiennice i drzwi wejściowe. Zszedł po schodach przed dom i zaczął dzwonić do mieszkania dyrektora poczty.

Oresto Oriolani bardzo przeżywał cierpienia Rosalii i zasnął dopiero około godziny 5 nad ranem. Kiedy zbudziło go gwałtowne dzwonienie Minolfiego, miał najgorsze przeczucia. „Teraz pewnie Rosalia kona”, pomyślał. Wstał i poszedł do drzwi, a gwałtowne dzwonienie utwierdzało go w przekonaniu, że za chwilę usłyszy straszną wiadomość. Otworzywszy drzwi nie mógł zrozumieć, dlaczego Minolfi jest wesoły i roześmiany. Nie mógł uwierzyć własnym uszom: 

- Panna Rosalia została uzdrowiona! Ukazała się jej Matka Boża Pompejańska. Dzieciątko Jezus dotknęło jej głowy i to ją uzdrowiło. Ustąpiły wszystkie cierpienia. Panna Rosalia wstała i oczekuje nas wszystkich.

Po silnym wzruszeniu przeszył go dreszcz zimny jak lód. Wziął płaszcz i pobiegł do Rosalii. Nie bez obaw i wątpliwości wszedł do mieszkania adwokata. Ujrzawszy jednak Rosalię na balkonie w takim stanie, w jakim nigdy jej jeszcze nie widział, zaczął się trząść i nie mógł wymówić ani słowa. Niespodziewany widok przekonujący o istnieniu Boga, o Jego Wszechmocy i Miłosierdziu, w jednej chwili zmienił usposobienie duchowe Oresta. Po policzkach spłynął strumień łez, co było wymownym świadectwem jego na nowo odżyłej wiary, żalu i wdzięczności. Tak stał około 10 minut.

Aż do tego dnia pomiędzy dyrektorem poczty a jego podwładnym Minolfim panował pewien rodzaj wrogiego usposobienia. Lecz łaska Boża, która tak silnie przemówiła do jego serca, spowodowała, że podał Renzowi rękę na znak zgody.

- Czy zostanie pan moim przyjacielem? - zapytał serdecznie. - A pan moim? - Minolfi odwzajemnił uścisk. Od tej chwili obaj urzędnicy pocztowi kochali się jak bracia.

Takie jest działanie zjawisk Bożych: dają one zawsze pokój, zadowolenie, miłość. Oto zbliżył się Ten, który jest Miłością!

Bartolo Longo, Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach, 
ROSEMARIA 32013, s. 220-231.

KRÓCEJ: Ufność w Maryi nie zawodzi

Opowiem jedno z tych zdarzeń, które w potocznej mowie nazywamy przypadkiem. - Silne uderzenie żelazem w głowę!

Spotkało to Rozalię Campagna z końcem lutego 1891 roku. Choć ból był wielkim, zdawało się jednak, że poboli i przejdzie, jak to nieraz w życiu bywa. Tymczasem wszelkie środki lekarskie były bezskuteczne. Rodzina odwiozła więc chorą do Neapolu, wezwała najznakomitszych lekarzy, ale i ci byli również bezradni.

Sądzono, że może operacja pomoże coś chorej, ale operatorzy pokiwali głowami i orzekli jednogłośnie, że jest uszkodzenie czaszki, w połączeniu z psuciem się już kości. Prędzej czy później chora musi ulec ogólnemu wycieńczeniu i zapaleniu błony mózgowej - operacja tu niemożliwa, ratunku nie ma.

Lekarze opuszczają mię - pomyślała chora - prosiła więc gorąco rodzinę, by odwieziono ją do Pompei - gdzie tyle cudów rozlewa Królowa Różańca świętego. Życzenia nieszczęśliwej spełniono - a jedyną jej ulgą była ta myśl: "Jeżeli już muszę umrzeć, to dożyłam tego szczęścia, że odwiedziłam Matkę Boską, w Jej miejscu cudownym! Teraz mogę umierać spokojnie, jeśli taka będzie Wola Boża!".

Powróciła do domu - a życie jej było obrazem strasznej męczarni. Przepowiednie lekarzy poczęły się spełniać: chora dostała suchot. W cierpieniu swoim wołała często do Maryi: "O Matko Najświętsza, powiększ me cierpienia, ale dodaj mi siły!" 

Już przeszło trzy lata trwało to powolne konanie, kiedy do rąk konającej dostały się kartki pisemka różańcowego, opowiadające o cudach w Pompei. Było na tych kartkach przypomnienie, że uroczystość Królowej Różańca się zbliża, więc w świątyni Jej Pompejańskiej gotować się będą do tego dnia czciciele Maryi nowenną, trzykrotnie odprawianą. Rozalia zaczęła również tę nowennę, przenosząc się myślą do ukochanego kościoła i Matki Miłosierdzia.

A - Ona - jakby chciała ją próbować. Zaraz w pierwszym dniu pogorszyło się jej znacznie. Może chciała jej tym powiedzieć Maryja: "Przeciw nadziei, w nadzieję uwierz!" Te słowa powtarzała dzień za dniem, coraz to boleśniej, bo oto spełniać się poczęła i druga przepowiednia lekarzy: zapalenie błony mózgowej.

Nadzieję stracili wszyscy - ona jedna tylko ufała i mówiła do swego otoczenia: nie wyrzucajcie pieniędzy na lekarzy - Królowa Niebios uleczy mię z pewnością. Powiedzenie to uważano jako mowę obłąkanej.

Tymczasem ostatni dzień nowenny dobiegał końca. Kiedy w litanii odmawiano: "Uzdrowienie chorych", rzekła konająca: słyszałam głos szepcący mi: "Tej nocy uwolnioną zostaniesz od wszelkiego smutku i cierpienia".

Obłąkana - szeptano dokoła - a chora czekała tej nocy upragnionej.

I przyszła Maryja! - taka, jaka jest na obrazie w Pompei - stokroć piękniejsza tylko, w śnieżnych szatach - owiana majestatem! Niewysłowiony spokój spoczywał na wzniosłym, pogodnym Jej czole - na prawej ręce trzymała piękniejsze od siebie, dziecię - synaczka swego i mówiła słowa przedziwnej pociechy: "Córko, cierpiałaś przez trzy lata. Teraz skończyły się wszystkie cierpienia twoje. Oto przyniosłam lekarza, który cię uleczy!" A Jezus położył rękę na umęczonej głowie jej. Od tej chwili, suchotnica od trzech lat - z pękniętą czaszką - była uzdrowiona.

A za tym cudem - poszła jeszcze łaska Maryi. W rodzinie uzdrowionej - było trzech młodych ludzi, z których dusz uleciała wiara. Niezwykła nadzieja chorej stała się przedmiotem ich szyderstw. Jednemu z nich powiedziała Rozalia: "Nie bluźnij, bo Matka Boska mię nie uleczy!".

Modliła się więc gorąco i prosiła o przebaczenie dla zbłąkanego.

Chwila cudu była godziną powrotu tych trzech młodzieńców ku Chrystusowi. Uklękli i zaczęli nabożnie odmawiać: "Zdrowaś Maryjo!".

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 114-116.