Łączna liczba wyświetleń

sobota, 30 lipca 2016

NAUCZONA UBÓSTWA

To nie ubóstwo nas nęka, tylko pragnienie bogactwa.
Marek Aureliusz


Giotto, Wyrzucenie przekupniów ze Świątyni,
14 wiek
Poproszono mnie o podanie Komunii św. starszej, liczącej ponad osiemdziesiąt lat kobiecie, która od dłuższego czasu nie wychodziła z domu. Mieszkanie było czyste, schludne, ale bardzo ubogie. Rzadko się spotyka dom, w którym jest wyłącznie to, co konieczne do życia. 

Po spowiedzi i Komunii świętej chwila spokojnej rozmowy. W niej proste wyznanie kobiety: 

„Proszę się nie dziwić ubóstwu mego mieszkania. Trzykrotnie w życiu traciłam wszystko. W 1917 roku zostałam tylko z walizką, do której zdążyłam w ciągu pięciu minut wrzucić to, co najpotrzebniejsze. W roku 1939 straciłam nie tylko mieszkanie, lecz męża i dzieci. A po raz trzeci w Powstaniu Warszawskim straciłam wszystko, łącznie ze zdrowiem. Wydobyto mnie nieprzytomną i ciężko ranną spod gruzów. 

Od tego momentu już nic nie gromadzę. Tak Bóg uczył mnie ewangelicznego ubóstwa”.

(ks. Edward Staniek, wyciąg z jego kazania)

piątek, 29 lipca 2016

DZIEWCZYNA ZŁEGO ŻYCIA

Stosem paździerzy jest zgromadzenie nieprawych, a ich końcem — płomień ognia. Droga grzeszników gładka, bez kamieni, lecz u jej końca — przepaść Otchłani.
Księga Syracha 21,9-10

W roku 1873, na kilka dni przed Wniebowzięciem Matki Boskiej, miało miejsce w Rzymie jedno z tych okropnych zjawisk z tamtego świata, które skutecznie potwierdzają prawdę o istnieniu piekła.

W jednym z tych osławionych domów, które po świętokradzkim zaborze państwa papieskiego i Rzymu, w wielu miejscach tego miasta pootwierano, jedna z nieszczęśliwych dziewcząt, które oddawały się tam złemu życiu, zraniwszy się w rękę, musiała być przywieziona do szpitala Pocieszenia, gdzie, czy to krew zepsuta wskutek rozwiązłego życia sprowadziła gangrenę, czy też z innego niespodzianego obrotu choroby, nagle w nocy zmarła. W tej samej chwili jedna z jej towarzyszek, która z pewnością nie mogła wiedzieć, co zaszło w szpitalu, zaczęła krzyczeć tak przeraźliwie, że nie tylko zbudziła ze snu wszystkich mieszkańców tej części miasta i wywołała poruszenie w całym domu, ale nawet była powodem przybycia policji. Co było przyczyną tak rozpaczliwego krzyku? Oto jej towarzyszka, zmarła w szpitalu, pokazała się jej cała w płomieniach, mówiąc: „Jestem potępiona, a jeśli nie chcesz, by stało się z tobą to, co ze mną, opuść to miejsce hańby i nawróć się do Boga, któregoś opuściła”. Nic nie mogło uspokoić rozpaczy i przerażenia tej dziewczyny, która zaraz o świcie oddaliła się, zostawiwszy wszystkich w domu pogrążonych w zdumieniu, na wieść o zgonie tej, która była w szpitalu.

Tymczasem ciężko zachorowała właścicielka tego domu, gorąca zwolenniczka Garibaldiego, i niezwłocznie kazała do siebie poprosić księdza z pobliskiego kościoła św. Juliana. 

Czcigodny kapłan, nim udał się do osławionego domu, spytał o radę władzę duchową. Ta, zamiast niego, wysłała innego czcigodnego prałata, księdza Sirollego, proboszcza parafii Zbawiciela w Lavoro. Otrzymawszy szczegółowe instrukcje, udał się do chorej. Przede wszystkim zażądał od niej w obecności kilku świadków całkowitego naprawienia zgorszeń, jakie dawała swym życiem, odwołania bluźnierstw miotanych przeciwko Ojcu Świętemu i wynagrodzenia wszystkich krzywd wyrządzonych innym. Nieszczęśliwa niewiasta uczyniła wszystko, czego żądał, wyspowiadała się i przyjęła Najświętszy Wiatyk z wielką skruchą i pokorą.

Czując zbliżającą się śmierć, prosiła ze łzami proboszcza, by nie opuszczał jej, bo nie mogła ochłonąć z przestrachu z powodu wypadków, których dopiero co była świadkiem. Ale że noc zapadła, a ks. Sirolli, choć z jednej strony miłosierdzie nakazywało mu pozostać, z drugiej jednakże ze względu na samą przyzwoitość nie mógł spędzać nocy w takim miejscu, więc na jego żądanie przybyło dwóch agentów policji, którzy zamknęli dom i pozostali w nim jako świadkowie przy konającej, dopóki nie oddała ducha. Wkrótce po całym Rzymie rozeszła się wiadomość o tych wydarzeniach. Jak zawsze, bezbożnicy i wolnomularze obrócili to w śmiech i drwiny, nie chcąc przekonać się o prawdzie, dobrzy zaś korzystali z nich, aby stać się jeszcze lepszymi i wierniejszymi swym obowiązkom.

Ks. Louis-Gaston de Ségur, Piekło. Czy istnieje? Czym jest? Co czynić, aby się do niego nie dostać?,
Wydawnictwo Arka 2008, s. 24-25.

KRÓCEJ:

Trzeci autentyczny przypadek [ukazania się duszy potępionej] wydarzył się w Rzymie, w 1873 roku, kilka dni przed świętem Wniebowzięcia. Na jednej z ulic, w pobliżu posterunku policji, znajdował się dom publiczny. U jednej z dziewczyn z tego miejsca, rozwinęło się zakażenie na ręce, tak że musiano przewieźć ją do Szpitala Miłosierdzia. Niestety, zakażenie okazało się śmiertelne i w nocy dziewczyna zmarła. Niemalże w tym samym momencie, inna dziewczyna znajdująca się w domu publicznym zaczęła strasznie krzyczeć, tak że cała okolica została poruszona i musiała interweniować policja. Dziewczyna z przerażeniem wyznała, że ujrzała postać zabranej do szpitala koleżanki, otoczoną płomieniami i usłyszała jej głos: „Zostałam potępiona! I jeśli nie chcesz tego samego, odejdź z tego miejsca i powróć do Boga!”

Nic nie było w stanie uspokoić tej dziewczyny, która o świcie wyjechała. Wszyscy dookoła byli zupełnie oszołomieni dowiadując się o śmierci tamtej dziewczyny w szpitalu.

W tym właśnie czasie, właścicielka tego domu, zatwardziała rewolucjonistka, powalona została nagłą chorobą i poprosiła o księdza. Władze kościelne zleciły misję prałatowi Sirolli, proboszczowi parafii Zbawiciela z Laura. Kapłan ten spowodował, że chora uznała swe błędy i wyrzekła się wrogości do Kościoła. Przyjął też wyznanie grzechów i udzielił Sakramentów świętych. Czując nadchodzącą śmierć, chora kobieta ze łzami prosiła kapłana, aby nie odchodził, ciągle jeszcze będąc pod wrażeniem objawienia się potępionej dziewczyny. Aby znaleźć wyjście z tak niezręcznej sytuacji pozostania nocą w domu hańby, świątobliwy prałat wezwał eskortę policyjną, zamknął dom i pozostał przy umierającej aż do końca.

Wieść o tym wydarzeniu wstrząsnęła Rzymem. Jak zwykle, nie brakowało takich co naigrywali się, nie chcąc przyjąć prawdy, ale dla wiernych był to znak zachęty do lepszego życia.

François Xavier Schouppe SJ, Piekło. Dogmat o piekle na przykładach faktów z życia świętych 
i historii Kościoła, EXTER, Gdańsk 2003, s. 52-53.

MAŁGORZATA DE THONES

Po swej męczeńskiej śmierci, św. Andrzej był oprowadzany po niebie przez anioła. Przechadzając się po wspaniałościach wyżyn niebieskich, szukał Maryi, ale Jej nie znajdował. Wreszcie pyta anioła: „Gdzie Ona jest?”. Z ust anioła pada odpowiedź: „Nie ma Jej tu. Ona wciąż pozostaje na ziemi, by osuszać łzy swoich płaczących dzieci”.
(Staroruska legenda)

Małgorzata de Thones licząca lat 30 - pełniła w roku 1794 obowiązki nauczycielki w swym rodzinnym mieście. - Maryja chroniła Małgorzatę w cieniu Swej opieki i cnota jej - oraz niewinność zjednały dla niej powszechny szacunek.

Małgorzata była nieprzyjaciółką rewolucji francuskiej, ponieważ ta znowu była nieprzyjaciółką jej Boga; dotychczas Małgorzata nie znała innej broni, prócz różańca; lecz teraz w piersi jej serce uderzyło uczuciem bohaterstwa i pragnieniem stawienia oporu rewolucjonistom w imię Boga i religii; - ożywiła ona też i wielu innych podobną odwagą - lecz była to walka o nierównych siłach i częstokroć heroizm ustąpić musiał przed siłą. Małgorzata wpadła w ręce rewolucjonistów, którzy ją uwięzili i zaprowadzili do Annecy, by tam była sądzoną.

Małgorzata była zbyt dobrą chrześcijanką, by miała kłamstwem ocalić swe życie i nie tylko przyznała, iż oskarżenie było prawdziwe, ale nadto dodała, iż częstokroć przechowywała kapłanów przed okrucieństwem rewolucjonistów.

Małgorzata skazaną została na rozstrzelanie. - Gdy odczytano wyrok, oczy jej zajaśniały radością. Udała się na miejsce, gdzie miał być wyrok wykonany krokiem pewnym i śmiałym - odmawiając różaniec. Gdy przybyła już na plac kaźni, rzekła do otaczających ją żołnierzy: "Gdy wam dam znak, strzelajcie", po czym trzymając w ręku różaniec - upadła na kolana i wzniósłszy oczy w niebo, zawołała: "Niech żyje wiara katolicka i Różaniec święty!"

Naraz wszystkie kule ugodziły w nią - i odważna chrześcijańska dziewica padła pod ich ciosem śmiertelnym - a zwłoki tej wiernej córy Różańca świętego spoczęły na cmentarzu w Annecy.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 22-23.



KORONA MARYI

Niebieska nić obecności Maryi, która biegnie przez dzieje świata, nić obietnicy i nadziei, czasem pozostaje głęboko ukryta w materii historii, czasem biegnie nierównym ściegiem na powierzchni wydarzeń...
Wincenty Łaszewski

W jednym z pierwotnych klasztorów św. Dominika żył brat konwers, zwany na świecie Antonio - a w zakonie Fra Rosario. Pobożna matka już od dzieciństwa nauczyła go odmawiać "Zdrowaś Maryjo". - Ponieważ Antonio był w młodości pasterzem, często chodził na Różaniec do małej opuszczonej kapliczki Maryi.

Dnia jednego usłyszał głos Maryi, wyraźnie doń mówiący: "Antonio! pragnę, byś mnie ukoronował!" Młodzieniec, chcąc spełnić wolę Najświętszej Dziewicy, począł natychmiast zbierać kwiaty, a plotąc z nich wieńce, wkładał je na głowę Maryi. - Lecz nazajutrz dziecię, widząc swe wieńce zwiędłe, posmutniało. - Nadeszła zima! - Gdzież znaleźć teraz kwiaty?... A Antonio słyszy znowu głos Maryi: "Pragnę, byś mnie ukoronował!" Szuka kwiatów... lecz na próżno... przypomina sobie tedy, iż w mieście widział gdzieś wieńce z robionych kwiatów...

Biegnie tedy do sklepu - wybiera wieniec - lecz... nie ma go czym zapłacić! - Kwiaciarka, wzruszona pobożnością dziecka, ofiarowała mu wieniec, nic zań nie żądając. - Gdy dziecię uniesione radością, miało się już oddalić, weszła do sklepu jakaś bardzo bogata dama, która dowiedziawszy się o przyczynie radości dziecięcia, rzekła doń: "Wybierz sobie co chcesz najpiękniejszego dla twej Madonny - ja zapłacę". Antonio, czując się u szczytu szczęścia wybrał piękny diadem złoty, i przekonany, iż nic droższego nie można już dać Maryi, pobiegł do Jej kapliczki - by nim ukoronować swą Matkę.

Lecz głos Maryi znowu się dał słyszeć: "Antonio! dziękuję ci, jednak - nie takiej jeszcze korony żądam od ciebie!" - Słysząc te słowa, młody pastuszek zalał się łzami - a padłszy na kolana przed statuą Maryi, zawołał: "O moja dobra Matko! nauczże mię tedy, jakiej korony żądasz ode mnie?" - "Synu! - odpowiedziała Maryja - słyszałeś zapewne o słudze moim, Dominiku! - Idź do niego, a on cię nauczy!"

Św. Dominik ogłaszał właśnie nabożeństwo różańcowe. - Dnia jednego, gdy św. Dominik modlił się na uboczu, znużony pracami apostolskimi - zbliżył się doń młodzieniec ubogo odziany: był to Antonio! A gdy opowiedział Dominikowi o łaskach Maryi i o swym doń poselstwie - sługa Boży nauczył go nabożeństwa różańcowego. - Zachwycony, iż poznał tak doskonały sposób uczczenia swej niebieskiej Matki i pociągniony słodyczą świętego Dominika, wyraził pragnienie wstąpienia do jego Zakonu. - Dominik przyjął go natychmiast, nadając mu imię Rosario, jako prawdziwemu dziecięciu Różańca. - Odtąd nowy brat konwers nie ustawał w odmawianiu różańca, o ile mu tylko zajęcia dozwalały. - Nawet w nocy nie ustawał splatać na cześć Maryi tych wieńców różańcowych, które Ona tak lubi i które nie więdnieją.

Fra Rosario długo żył w Zakonie, a umierając, trzymał jeszcze w wychudłej dłoni różaniec, którym tyle razy koronował swą ukochaną Królową. - I wówczas to w ostatnich chwilach jego ukazała mu się Maryja w potrójnej koronie z róż białych, czerwonych i żółtych, jaśniejących przedziwnym blaskiem.

"Bracie Rosario - rzekła Matka Boga - czy poznajesz te wieńce? To tyś mię nimi uwieńczył na ziemi, spełniając pragnienie moje - pójdź - ja cię teraz ukoronuję w niebie koroną chwały nieśmiertelnej". - I w tejże chwili święty starzec wyciągnął do Maryi ramiona, a trzymając w ręku różaniec i szepcąc "Zdrowaś Maryjo", oddał słodko ducha w ręce swej niebieskiej Królowej. - Następnej nocy pewien świątobliwy zakonnik, ujrzał go siedzącego na tronie jaśniejącym i słyszał chór Aniołów śpiewający:

"Oto, jak będą wynagrodzeni ci, którzy za życia często wieńczyć będą Maryję mistycznym wieńcem świętego Różańca".

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi:
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 19-20.










czwartek, 28 lipca 2016

DAMA ZE ZŁOTĄ BRANSOLETKĄ

Słowa Pisma Świętego zadają kłam tym, którzy protestują przeciw nauczaniu o piekle, zarzucając że przedstawia to Boga jako okrutnego sędziego. Protesty takie są jedynie fortelem dla uciszania głosu sumienia i usprawiedliwiania swojej niewierności Bogu.
Thomas. A. Nelson

Dusza przeklęta
(Michał Anioł)
O pewnym zdarzeniu opowiadano przełożonemu pewnego znakomitego zgromadzenia zakonnego. Jest to rzecz przerażająca, ale nie bardzo mnie ona dziwi. Wypadki tego rodzaju nie są tak rzadkie, jak się zdaje. Tylko ludzie, przez wzgląd na sławę nieboszczyka lub swej rodziny, pilnie starają się, by nie były one rozgłaszane. Co do mnie — dodał ów kapłan — dwa lub trzy lata temu słyszałem o podobnym wypadku od bardzo bliskiego krewnego osoby, której się to wydarzyło. W tej chwili (Boże Narodzenie 1859 roku) pani ta jeszcze żyje i ma nieco ponad czterdzieści lat. Owa pani bawiła w Londynie w zimie 1847 roku. Była to młoda wdowa, około trzydzieści lat, bardzo światowa, majętna i wielkiej urody. Wśród elegantów, którzy bawili w jej salonie, odznaczał się pewien młody lord, znany ze złego prowadzenia się, którego częste odwiedziny narażały ją na posądzenie o zakazane z nim stosunki.

Pewnego razu, już po północy, czytała w łóżku jakiś romans, czekając aż jej sen sklei powieki. Na zegarze wybiła właśnie pierwsza. Zdmuchnąwszy świecę zaczęła zasypiać, gdy wtem spostrzegła, iż jakieś dziwne bladawe światło, które zdawało się wyłaniać z drzwi salonu, zwolna coraz bardziej się rozszerzało i rozjaśniało w jej pokoju. Z wielkim zdumieniem otworzyła oczy i patrzyła, nie rozumiejąc, co to może znaczyć. Strach zaczął ją ogarniać, gdy nagle powoli otworzyły się drzwi salonu i ukazał się w nich ów młody lord, wspólnik nierządu. Nim zdołała przemówić stanął przy niej, uchwycił ją za lewe ramię i głosem, przenikającym do szpiku kości, zawołał po angielsku: „Piekło istnieje!!!” Boleść, którą uczuła w ramieniu była tak wielka, iż straciła przytomność. 

Gdy w pół godziny potem przyszła do siebie, zadzwoniła po swą pokojówkę. Ta, wszedłszy do pokoju, uczuła mocny zapach spalenizny, a zbliżywszy się do pani, która ledwo mogła mówić, spostrzegła na jej ręce ranę tak głęboką, iż kości było widać, a ciało prawie zupełnie było wypalone. Rana owa była wielkości męskiej ręki. Co więcej: spostrzegła jeszcze, że od drzwi salonu aż do łóżka i od łóżka z powrotem do drzwi znać było na dywanie ślady męskich stóp, wypalone na wylot na tkaninie. Na rozkaz pani otworzyła drzwi salonu, lecz tam już żadnego śladu nie było znać na dywanie. 

Nazajutrz nieszczęśliwa pani dowiedziała się — łatwo domyślić się, z jakim przerażeniem — że tejże nocy około godziny pierwszej, owego lorda znaleziono pijanego bez przytomności pod stołem. Służba wyniosła go do sypialni i tam skonał.

Nie wiadomo mi — dodał przełożony — czy ta przerażająca nauka przysłużyła się nawróceniu owej niewiasty. Wiem jednak, że żyje jeszcze, i że dla zakrycia przed ludzkimi oczyma piekielnej spalenizny, nosi na lewej ręce szeroką, złotą przepaskę, w kształcie bransoletki, której nie zdejmuje ani we dnie, ani w nocy. Powtarzam raz jeszcze, że cała ta relacja pochodzi od bliskiego krewnego, prawego chrześcijanina, którego słowa traktować można jako całkowicie wiarygodne. W ich rodzinie nigdy się o tym wypadku nie wspomina, a ja sam powierzam go tobie, całkowicie zatajając nazwiska. Mimo tajemnicy, jaką przypadek ten był otoczony, sądzę, że nie sposób wątpić o jego prawdziwości. Z pewnością, owej pani z bransoletką nie trzeba już dowodzić, że piekło rzeczywiście istnieje.

Ks. Louis-Gaston de Ségur, Piekło. Czy istnieje? Czym jest? Co czynić, aby się do niego nie dostać?,
Wydawnictwo Arka 2008, s. 23-24.

TO SAMO KRÓCEJ:

Zimą 1847 roku przebywała w Londynie bogata, młoda wdowa, używająca uciech tego świata. Wśród częstych gości jej salonu widywano, słynącego z rozpusty, młodego lorda. Pewnego późnego wieczora kobieta ta długo czytała nie mogąc zasnąć i zgasiła lampę już po północy. Gdy zegar wybijał pierwszą, ujrzała nagle dziwne światło zbliżające się ku niej od strony drzwi. Z przerażeniem ujrzała nadchodzącą straszną postać młodego lorda, który chwycił przegub jej lewej ręki i syczącym głosem powiedział: „Piekło istnieje!” Ból jego ucisku spowodował omdlenie. 

Gdy wróciła do zmysłów, natychmiast zaalarmowała służącą, która wchodząc do sypialni poczuła swąd spalenizny. Co więcej, dywan na podłodze miał wypalone ślady stóp. Kobieta zaś ujrzała na przegubie swej ręki wypaloną aż do kości ranę. Następnego dnia dotarła do niej wiadomość, że tej nocy, około godziny pierwszej, młody lord, pijany do nieprzytomności, zmarł nagle w ramionach kolegów.

Biskup de Segur przyznaje, że nie wie czy to doświadczenie nawróciło tę kobietę, ale wie na pewno, że od tej pory nosiła na lewym przegubie dużą złotą bransoletę, zasłaniającą wypaloną ranę.

Francois Xavier Schouppe SJ, Piekło. Dogmat o piekle na przykładach faktów z życia świętych 
i historii Kościoła, EXTER, Gdańsk 2003, s. 51-52.

wtorek, 26 lipca 2016

TRZY "ZDROWAŚ MARYJO" (LEGENDA)

Faktem jest, że pomimo wszelkich prób zagłuszania sumienia, człowiek dobrze wie, że życie jest drogą ku wieczności i że już tutaj rozgrywa się nasz los, prowadzący do nagrody lub kary.
Thomas. A. Nelson

Niepokalane Poczęcie NMP,
Bartolome Esteban Murillo, 1678
Młodzieniec znakomitego rodu, był jeszcze dzieckiem, pobożna matka często prowadziła go przed ołtarz Najświętszej Panny Maryi i nauczyła nazywać Ją słodkim imieniem Matki, tak iż miłość Matki niebieskiej i matki ziemskiej wzrastała jednocześnie w sposób przedziwny w sercu jego i formowała jakby dwie kotwice zbawienia, które kiedyś miały go wyrwać z przepaści. Dziecię uczuwało dla Najświętszej Dziewicy to przywiązanie ufne i tkliwe, jakim natchnęła go matka, połączone ze czcią i uszanowaniem, jakie budziło w sercu jego wpatrywanie się w obraz Najświętszej Panny Maryi.

Ale niestety! Lata dziecinne minęły, a z nimi i błoga niewinność, nadeszła młodość z szalonymi występkami. Młodzieniec na dworze królewskim będąc jako poseł, opuścił swą matkę i udał się w obcą krainę. - Pochwały zawracały mu głowę, a próżność i bogactwa kaziły duszę. Pobożne zasady i dobre uczucia nikły i opadały, jak więdnie i opada kwiat, kiedy traci swą woń i swoją piękność. Wkrótce z przeszłości pozostały mu tylko dwa wspomnienia: Najświętszej Panny Maryi i matki. Każdego wieczora przed udaniem się na spoczynek marnotrawny ten syn klęcząc, odmawiał trzy "Zdrowaś Maryjo" na cześć Najświętszej Panny Maryi wraz z modlitwą kończącą się tymi słowy: "Rzuć na mnie wejrzenie litości - o Matko moja, nie opuszczaj mię!".

Matko moja, nie opuszczaj mnie! - powtarzał co dzień przed zaśnięciem, nieszczęśliwy młodzieniec. Ta modlitwa - budziła w sercu jego bolesną tęsknotę, która zwiększała się szybko, jak fale wzburzonego morza. Były to wyrzuty sumienia, coraz głębiej przenikające. Złe jednak towarzystwo zagłuszyło prędko te zbawienne groźby; młody człowiek wracał do swych niedorzeczności i przechodził z występku do bezwstydu, a z bezwstydu do zbrodni.

Pewnego dnia spędziwszy większą część czasu na polowaniu wraz ze swym przyjacielem, który był głównym sprawcą jego niecnego życia, zaskoczeni straszną burzą, schronili się do pobliskiej oberży. Towarzysz zmęczony rzucił się na łóżko i zasnął, toż samo uczynił i młody człowiek, odmówiwszy pierwej z większą bojaźnią i wstydem niż kiedykolwiek modlitwę zwyczajną do Najświętszej Panny. Zaledwie zasnął, uczuł się przeniesionym przed straszny sąd Boga-Człowieka, Jezusa Chrystusa.

Widział duszę przyjaciela swego już skazaną na wieczne potępienie. Nadszedł sąd i jego... ujrzał matkę swą, leżącą u stóp rozgniewanego Sędziego, błagającą o przebaczenie dla syna, którego tak po chrześcijańsku wychowywała. Widział, jak szatan rzuca na wagę jego grzechy, zbrodnie... i szala przechyla się ku przepaści. Na ten widok zasmuceni aniołowie okryli się skrzydłami, jękła biedna matka, a szatan tryumfował...

W tej chwili ukazała się Najświętsza Panna Maryja w koronie z dwunastu gwiazd, a pod Jej stopami widniał srebrzysty księżyc. Uklękła obok matki sądzonego, w błagalnej postawie położyła na szalę wagi próżną trzy "Zdrowaś Maryjo" odmawiane wiernie przez syna marnotrawnego, a potem wzniósłszy swe najczystsze oczy na Boskiego Sędziego, westchnęła... Szala ze "Zdrowaś Maryjo" natychmiast poszła w górę - ocalony... W tym samym momencie huk piorunu obudził młodzieńca i - oczom jego przedstawił się straszny widok... Obok na ziemi ujrzał przyjaciela swego, zabitego piorunem we śnie, czarnego jak węgiel.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: 
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 230-232.















KATARZYNA GRZESZNICA Z NEAPOLU

Częsty argument niedowiarków, że jakoby nikt jeszcze nie wrócił, by zaświadczyć o realiach piekła, również traci rację bytu, wobec wielkiej ilości zapisanych świadectw przekazanych przez dusze zmarłych.
Thomas. A. Nelson

św. Franciszek Jeremi (św. Franciszek de Girolamo)
Niezwykłe świadectwo kary wiecznej, które miało miejsce w życiu tego świętego, potwierdzone zostało zarówno prawnie w procesie kanonizacyjnym jak i przysięgą wielu naocznych świadków. 

W roku 1707 św. Franciszek Jeremi nauczał w okolicach Neapolu, przestrzegając wiernych przed karą wieczną oczekującą niepoprawnych grzeszników. Jakaś zuchwała grzesznica, niewątpliwie poruszona w sumieniu, starała się ośmieszyć świętego i jego naukę. Franciszek zawołał do niej: 

— Biada tobie córko, że stawiasz, opór łasce; w ciągu ośmiu dni Bóg ześle na ciebie karę. 

Niestety, kobieta wyśmiała ostrzeżenia świętego. Po ośmiu dniach Franciszkowi, który gdy przebywał ponownie w tej okolicy, mieszkańcy opowiedzieli o nagłej śmierci tej kobiety, mającej miejsce przed kilkoma godzinami.

— Umarła — zawołał święty — niech nam powie co zyskała naśmiewając się z piekła.

Podniosły ton jego głosu przejął słuchaczy i ogromny tłum pociągnął za nim do domu zmarłej. Święty pomodlił się nad zwłokami, po czym zawołał:

— Katarzyno, powiedz jaki los cię spotkał.

Nagle głowa zmarłej poruszyła się, a twarz wyrażała niepojęty ból. Zebrani usłyszeli wtedy głos:

— W piekle. Jestem w piekle — po czym ciało znieruchomiało ponownie.
— Byłem tam obecny — zeznawał jeden ze świadków na procesie kanonizacyjnym — ale nigdy nie uda mi się przekazać tego co czułem ja i inni zebrani. Dziś jeszcze, przechodząc w pobliżu tego domu, zdaję się słyszeć ten głos — «W piekle. Jestem w piekle».

Francois Xavier Schouppe SJ, Piekło. Dogmat o piekle na przykładach faktów z życia świętych 
i historii Kościoła, EXTER, Gdańsk 2003, s. 42-43.


INNY OPIS TEGO WYDARZENIA:

Św. Franciszek de Girolamo, sławny misjonarz ze zgromadzenia Ojców Jezuitów z początku osiemnastego wieku, miał prowadzić misje w Królestwie Neapolitańskim. Gdy pewnego razu przemawiał na placu w Neapolu, niewiasty złego życia, zwołane przez jedną z nich, Katarzynę, usiłowały przeszkodzić jego kazaniu śpiewami i krzykami i zmusić misjonarza do usunięcia się. Lecz ten, jakby nic nie słyszał, dalej głosił kazanie.

Po pewnym czasie wypadło mu znowu przemawiać na tym samym placu. Widząc drzwi u Katarzyny zamknięte i cały jej dom, zazwyczaj pełen wrzawy, teraz pogrążony w głuchym milczeniu, zapytał święty: 

— Cóż to? Co się stało z Katarzyną?
— Czy Ojcu nie wiadomo? Wczoraj właśnie zmarła ta nieszczęsna kobieta, i to tak nagle, że nie zdołała nawet wymówić słowa.
— Umarła? — spytał święty. I tak nagle?

Otworzono drzwi. Święty, a za nim tłum ludzi, wszedł po schodach do sali, gdzie na ziemi leżał trup rozłożony na kobiercu. Wokół niego — wedle zwyczaju — płonęły cztery świece. Przez chwilę święty wpatrywał się w ciało zmarłej, a w jego oczach widać było przerażenie, po czym rzecze tonem uroczystym: 

— Katarzyno, gdzie jesteś teraz?

Trup milczy. Święty powtarza swoje pytanie: 

— Katarzyno, odezwij się. Gdzie jesteś teraz? Rozkazuję ci, abyś mi powiedziała, gdzie jesteś?

I ku niezmiernemu zdumieniu wszystkich, oczy trupa otwierają się, usta poruszają się konwulsyjnie, i ponury, grobowy głos odpowiada: 

— W piekle! Jestem w piekle!

Na te słowa przerażony tłum wybiegł z domu, a za nim oddalił się święty powtarzając: „W piekle! O Boże sprawiedliwy, w piekle! Czyście słyszeli: w piekle!”

Wrażenie tego nadprzyrodzonego przypadku było tak wielkie, iż wielu z tych, którzy byli jego świadkami, nie śmiało nawet wrócić do domu, zanim się wcześniej nie wyspowiadali. 

Ks. Louis-Gaston de Ségur, Piekło. Czy istnieje? Czym jest?
Co czynić, aby się do niego nie dostać?, Wydawnictwo Arka, 2008, s. 22.















poniedziałek, 25 lipca 2016

ZAJMUJĄCA PRZYGODA

Bóg chciał, żeby Jezus Chrystus miał prawdziwą ludzką matkę, a samego tylko Boga za Ojca, ponieważ chciał, aby nowy początek nastąpił mocą Jego Słowa, a nie sił natury.
Youcat 80

Matka Boża, studium Loreny Gregg
Interesującą przygodę podaje pewien misjonarz z czasu swej podróży przez Japonię:

"Siedziałem w wagonie kolei żelaznej i odmawiałem brewiarz, trzymając na karcie książki piękny obrazek Matki Boskiej Zwycięskiej. Obok mnie siedział Japończyk, który ciekawie przypatrywał się obrazkowi, a w końcu tak mnie zapytał:

- To zapewne fotografia pańskiej żony?
- Nie mój panie - odpowiedziałem - to moja matka.
- Tak!?... A to piękne dzieciątko, które na ręku trzyma, to może pański młodszy brat?
- I to nie, to jest mój najstarszy brat.

Wielkie zdumienie malowało się na twarzy Japończyka, chwilę nic nie mówił, jak gdyby sam chciał rozwiązać zagadkę, - aż wreszcie ucieszony sądząc, że wszystko już odgadł, zawołał:

- Ach już wiem, to jego portret kiedy był jeszcze dzieckiem!
- Tak jest – potwierdziłem.
- A wiele lat ma on teraz? - pytał dalej Japończyk.
- Umarł już przed tysiąc dziewięćset laty – odparłem.

Teraz mój poczciwy Japończyk myślał, że sobie żartuję i począł się serdecznie śmiać, a i ja śmiałem się także, a potem zagadnąłem go:

- A jak się panu podoba moja matka?
- Bardzo, bardzo piękna!
- Tak jest, nigdy na ziemi nie było żadnej istoty od Niej piękniejszej, czystszej i świętszej. Zna Ją i wielbi świat cały, bo Ona jest Królową nieba i ziemi, a imię Jej: Maryja.

Teraz objaśniłem mojego przyjaciela, jak tylko mogłem najlepiej, o świętych tajemnicach Chrystusa i Jego Matki. - Słuchał mię w milczeniu bardzo uważnie.

Niestety niedługo to trwać nie mogło, bo musieliśmy się rozstać, gdyż pociąg przybył na stację, do której zmierzał Japończyk. - Może rozmowa ta wywrze wpływ na biednym poganinie. Pan Bóg da mu poznać swą Matkę i swego najstarszego Brata".

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: 
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 221-222.



UZDROWIENIE AUGUSTINY MOURETTE POBŁOGOSŁAWIONEJ NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

Wielu ludzi, którzy za ziemskiego życia Jezusa prosili o uzdrowienie, zostało wysłuchanych. Jezus, który powstał z martwych, żyje, słucha naszych próśb i zanosi je do Ojca.
YOUCAT 478

Po zawarciu konkordatu między Napoleonem i Ojcem Świętym w 1802 roku, kościoły we Francji zostały ponownie otwarte. Wydarzenie to zbiegło się z obchodami dnia Bożego Ciała, przypadającego akurat w dniu patrona małej wioski Creteil. Z tego powodu przygotowywano tam specjalne uroczystości, upiększając kościół oraz dekorując drogę procesji bukietami kwiatów. Właśnie w czasie tych przygotowań, dziewczyna imieniem Henrietta Crete rozmyślała o scenie ewangelicznej, w której przynoszono chorych na drogę po której przechodził Chrystus. Pomyślała ona, że przecież miłosierdzie Zbawiciela jest takie samo także w naszych czasach i przygotowała pewien plan, wtajemniczając w mego swe koleżanki.

Otóż znajoma tych dziewcząt, Augustina Mourette, córka handlarza winami, od osiemnastu miesięcy złożona była paraliżem i w dodatku nie mogła mowić. W uroczystym dniu święta Bożego Ciała koleżanki ubrane na biało udały się do chorej Augustiny. W domu ubrały ją w jej odświętną sukienkę i przeniosły na krześle inwalidzkim do ołtarza ustawionego na ulicy. Kiedy nadeszła procesja i kapłan z Najświętszym Sakramentem, dziewczęta uklękły wokół chorej, gorąco modląc się o łaskę uzdrowienia. Kapłan zauważywszy tę niezwykłą scenę zbliżył się do chorej i udzielił jej błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. W chwilę potem, na oczach wszystkich wiernych, chora podniosła się z krzesła o własnych silach i uklękła przed Boskim Lekarzem. Augustina Mourette otrzymała łaskę całkowitego uzdrowienia.

Joan Carroll Cruz, Cuda eucharystyczne. Eucharystyczne fenomeny w życiu świętych, 
EXTER, Gdańsk 2009, s. 217-218.



ŻART ZE SPOWIEDZI

Dopiero współczesny ateizm w swym szczytowym szaleństwie przewyższył wszelką bezbożność przeszłości, zaprzeczając istnieniu piekła. To w naszych czasach pojawili się ludzie odnoszący się do kary wiecznej ze śmiechem lub pogardą. Lecz uniwersalna prawda ludzkości nie jest zabawna; sprawa wiecznego losu człowieka nie jest czymś śmiesznym; tam gdzie w grę wchodzi wieczna kara ognia piekielnego, tam nie ma miejsca na śmiech.
Francois Xavier Schouppe SJ

Ks. Louis-Gaston de Ségur
(1820-1881)
Wydarzyło się to w 1837 roku. Dwóch młodych podporuczników, którzy niedawno opuścili szkołę wojskową w Saint-Cyr, zwiedzając zabytki i osobliwości Paryża, wstąpiło do kościoła Wniebowzięcia Matki Boskiej, niedaleko Tuileries, i zaczęło oglądać obrazy, rzeźby i inne dzieła sztuki w tej pięknej świątyni. O tym jednak, by się pomodlić, nawet przez myśl im nie przeszło.

W pobliżu jednego z konfesjonałów spostrzegli młodego kapłana w komży, modlącego się przed Najświętszym Sakramentem.

— Spójrz tylko na tego księdza — powiedział jeden z podporuczników do drugiego — wygląda jakby na kogoś czekał.
— Może na ciebie? — odpowiedział tamten z uśmiechem.
— Na mnie? A po cóż by?
— Kto wie? Może po to, aby cię wyspowiadać.
— Wyspowiadać? Dlaczego nie? Chcesz się założyć, że pójdę?
— Co? Ty? Ty byś miał się wyspowiadać? — i parsknął śmiechem, wzruszając ramionami.
— O co zakład? — odparł jego towarzysz szyderczo i stanowczo.
— Załóżmy się o dobry obiad z butelką szampana.
— Zgoda, na obiad i szampana. Ale i tak nie wierzę, żebyś wszedł do tej skrzynki (…)

Zaledwie skończył mówić, a już jego towarzysz podszedł do księdza i szepnął mu słówko do ucha. Ksiądz podniósł się natychmiast i wszedł do konfesjonału, a udający penitenta, spojrzawszy triumfującym wzrokiem na swego towarzysza, przyklęknął, jak gdyby rzeczywiście chciał się wyspowiadać.

— Co też mu przyszło do głowy! — mruknął tamten i usiadł, czekając co z tego wszystkiego wyniknie.

Czekał pięć minut, dziesięć, kwadrans. „Cóż on tam robi? — myślał zaciekawiony i już trochę zniecierpliwiony. — O czym przez tyle czasu miałby mówić?” Nareszcie konfesjonał się otworzył, ksiądz wyszedł z twarzą ożywioną i poważną i pożegnawszy młodego żołnierza, wszedł do zakrystii. Podporucznik podniósł się także, i głaszcząc sobie bródkę z miną trochę zaambarasowaną, dał znak przyjacielowi, by za nim wyszedł z kościoła.

— Cóż ci się stało? — rzekł tamten. — Czy wiesz, że blisko dwadzieścia minut siedziałeś z tym księdzem w konfesjonale? Daję słowo, iż już zacząłem myśleć, że się naprawdę spowiadałeś. Wygrałeś jednak obiad. Czy chcesz go mieć jeszcze dziś wieczorem?
— Nie — odrzekł tamten, w złym humorze — dziś nie chcę. Zobaczymy się kiedy indziej. Jestem teraz zajęty, muszę cię pożegnać. I uścisnąwszy rękę towarzysza, pośpiesznie się oddalił z miną bardzo skwaszoną.

I cóż takiego zaszło między owym podporucznikiem a spowiednikiem? Oto ksiądz, zaledwie otworzył kratkę konfesjonału, domyślił się z tonu, jakim odezwał się wojskowy, że nie o spowiedź tu idzie, ale o jakiś żart niesmaczny. Podporucznik posunął swoje zuchwalstwo do tego stopnia, że po krótkiej rozmowie odezwał się:

— Co tam religia! Co tam spowiedź! Ja sobie drwię z tego wszystkiego!
— Wiesz co, mój panie — łagodnie przerwał mu ksiądz — widzę, że nie myślisz tutaj o spowiedzi. Dajmy więc pokój, a jeśli pozwolisz, to sobie trochę pogawędzimy. Ja bardzo lubię wojskowych, a ty w dodatku wyglądasz na dobrego i miłego chłopca. Jaki stopień masz teraz w wojsku?

Podporucznik spostrzegł się teraz, iż popełnił głupstwo. Zadowolony, że znalazł sposób na wydobycie się z matni, odpowiedział grzecznie:

— Jestem podporucznikiem. Wyszedłem właśnie z Saint-Cyr.
— Podporucznikiem? A czy długo nim pozostaniesz?
— Tego dokładnie nie wiem: ze dwa, trzy, może cztery lata.
— A potem?
— Potem? Będę awansował na porucznika.
— A potem?
— Potem? ...zostanę kapitanem.
— Kapitanem? W jakim wieku można zostać kapitanem? Jeśli mi pójdzie gładko — odrzekł z uśmiechem podporucznik — to mogę w dwudziestym ósmym lub dwudziestym dziewiątym roku życia zostać kapitanem.
— A potem?
— O! Potem to idzie z wolna, na kapitaństwie trzeba się długo wysługiwać. Następnie awansuję na majora, potem na podpułkownika, wreszcie na pułkownika.
— Więc, jak widzę, w czterdziestym lub czterdziestym drugim roku życia dojdziesz pan już do pułkownika. A potem co?
— Potem? ...zostanę generałem brygady, później zaś generałem dywizji. A potem pozostaje już tylko buława marszałkowska. Ale moje ambicje tak daleko nie sięgają.
— Niech i tak będzie, ale czy nie zamierza pan się ożenić?
— Naturalnie, jak tylko zostanę wyższym oficerem.
— No dobrze, więc ożeniwszy się będzie pan wyższym oficerem, generałem brygady, dywizji, a kto wie, może nawet i marszałkiem Francji. Ale co potem, mój panie? — dodał z powagą ksiądz. Co potem?
— Potem? — odrzekł wojskowy nieco zakłopotany — doprawdy, nie wiem, co będzie potem. Dziwna rzecz — odrzekł na to ksiądz głosem coraz surowszym — dziwna rzecz, że wiesz wszystko, co zdarzy się do tej pory, a nie wiesz, co będzie potem. A ja wiem i zaraz ci powiem. Potem, mój panie, umrzesz, a po śmierci staniesz przed Panem Bogiem i będziesz osądzony. A jeżeli nie zaniechasz życia, jakie teraz prowadzisz, będziesz potępiony, będziesz gorzał w piekle na wieki. Oto co będzie potem.

Nasz rycerz, znudzony i przerażony takim końcem, miał ochotę wymknąć się.

— Jeszcze chwileczkę, mój panie! — zawołał ksiądz. — Mam jeszcze jedno słówko do powiedzenia. Jesteś człowiekiem honorowym, nieprawdaż? Ja także mam honor. Tyś mi ciężko ubliżył i winieneś mi zadośćuczynienie. Żądam go tedy w imię honoru. Zadośćuczynienie będzie bardzo proste. Dasz mi tylko słowo, że przez tydzień, co wieczór, nim się położysz, uklękniesz i głośno powiesz te słowa: „Przyjdzie czas, że umrę, ale to dla mnie nic. Po śmierci pójdę na sąd, ale to dla mnie nic. Po osądzeniu będę potępiony, ale to dla mnie nic. Pójdę do piekła w ogień wieczny, ale to dla mnie nic.” Oto wszystko, musisz mi dać słowo honoru, że tego dopełnisz.

Żołnierz, zmęczony tym obrotem sprawy, chcąc bądź co bądź wyjść z tego trudnego położenia, złożył żądaną obietnicę, po czym ksiądz z dobrocią go pożegnał, mówiąc:

— Nie mam potrzeby cię zapewniać, mój drogi, że to, co uczyniłeś, z całego serca ci wybaczam. Jeślibyś kiedy mnie potrzebował, zawsze zastaniesz mnie na tym samym miejscu gotowego, by ci służyć. Proszę tylko abyś nie zapomniał o danym słowie.

Po czym rozeszli się.

Nasz porucznik tego dnia sam spożywał obiad. Był wyraźnie nieswój. Wieczorem zaś, gdy szykował się na spoczynek, zawahał się nieco, ale danego słowa trzeba było dotrzymać, więc zaczął: „Umrę... pójdę na sąd... pójdę może do piekła...” — ale nie miał odwagi dodać: „Ale to dla mnie nic”.

I minęło tak kilka dni. Jego pokuta nieustannie mu się przypominała i jakby w uszach dudniła. W gruncie rzeczy, był on, jak prawie wszyscy jego rówieśnicy bardziej zbałamucony i odurzony złem, niż zły. I nie upłynął nawet tydzień, jak powrócił, tym razem sam, do kościoła Wniebowzięcia, wyspowiadał się na dobre i wyszedł z konfesjonału ze łzami w oczach i sercem przepełnionym radością. I od tego czasu — jak mnie zapewniano — pozostał dobrym i gorliwym chrześcijaninem.

Ks. Louis-Gaston de Ségur, Piekło. Czy istnieje? Czym jest? Co czynić, aby się do niego nie dostać?,
Wydawnictwo Arka 2008, s. 7-10.


KRÓCEJ: Młody porucznik i naigrywanie się z wiary

Inne wydarzenie miało miejsce w 1837 roku.

Młody porucznik zwiedzający Paryż, wstąpił do kościoła Wniebowstąpienia, gdzie ujrzał kapłana klęczącego w pobliżu konfesjonału. Jako że religia była ulubionym tematem jego dowcipów, postanowił zabawić się w spowiedź. Zapytał księdza, czy udzieliłby mu spowiedzi, i kapłan natychmiast zachęcił go do ufnego wyznania grzechów.

Ale ostrzegam, że jestem nieco innym rodzajem grzesznika — zadrwił sobie żołnierz.
To nic — odpowiedział kapłan — sakrament Spowiedzi świętej ustanowiony został dla wszelkich grzeszników.
Tak, aleja nie za bardzo wierzę w religię.
Wierzysz na pewno bardziej, niż sam przypuszczasz.
Ja wierzę? Przecież naigrywam się z religii.

Kapłan zrozumiał, że ma przed sobą krętacza i uśmiechnął się.

A więc się naigrywasz chyba i ze mnie?

Odpowiedzią był podobny uśmiech żołnierza.

Do tej chwili nie byłeś poważny — rzekł kapłan — odłóżmy więc spowiedź na bok i pogadajmy trochę. Ja lubię wojsko, a ty prezentujesz się jak godny oficer. Jaki jest twój stopień?
Porucznik — odpowiedział żołnierz.
No, a co będzie w przyszłości? — zapytał kapłan.
Zostanę kapitanem; po iluś tam latach awansuję na pułkownika, a jak się poszczęści to może zostanę i generałem.
No a co potem? — padło pytanie.
Potem, potem nic już nie ma poza laską marszałka, ale moje ambicje lak wysoko nie sięgają.
No tak, więc będziesz wysokim oficerem z rodziną i dziećmi; i co potem? — naciskał kapłan.
Zaklinam się, że nie wiem co będzie potem — protestował zbity z tropu żołnierz.

Głos kapłana nagle spoważniał:

Ty nie wiesz, co będzie potem, aleja wiem i ci powiem. Potem przyjdzie śmierć i jeśli nie zmienisz swego życia pójdziesz na sąd i na karę ognia piekielnego. To właśnie będzie potem.

Przygnębiony żołnierz chciał już jedynie uciec od tego księdza, ale ten powstrzymał go mówiąc:

Jesteś człowiekiem honoru; ja też. Przyznaj, że obraziłeś mnie i winien mi jesteś przeprosiny. Ja chcę od ciebie bardzo prostej rzeczy. Przyrzeknij mi, że każdego wieczoru, przez osiem dni, powtórzysz przed snem takie słowa: «Kiedyś umrę, ale śmieję się z tego. Po śmierci stanę na sądzie, ale śmieję się z tego. Zostanę potępiony, ale śmieję się z tego. Będę cierpiał ogień wieczny w piekle, ale śmieję się z tego». To
wszystko — powiedział kapłan. — Czy dasz mi słowo honoru że tak uczynisz?

Zdruzgotany żołnierz gotowy był na wszystko, byle wyrwać się z tej pułapki i przyrzekł powtarzać te słowa.

Wieczorem zaczął je wypowiadać, by spełnić dane słowo, lecz gdy doszedł do słów: „zostanę potępiony” — nie był w stanie dopowiedzieć reszty. Zanim minął tydzień przybiegł z powrotem do kościoła Wniebowzięcia, odbył godną Spowiedź świętą i ze łzami w oczach odszedł od konfesjonału.


François Xavier Schouppe SJ, Piekło. Dogmat o piekle na przykładach faktów z życia świętych 
i historii Kościoła, EXTER, Gdańsk 2003, s. 55-57.

środa, 20 lipca 2016

CUD EUCHARYSTYCZNY W DUBNIE, POLSKA – Rok 1867

Łamiemy Chleb, który jest lekarstwem na nieśmiertelność, antidotum, żeby nie umrzeć, lecz żyć na zawsze w Chrystusie.
św. Ignacy z Antiochii

Frances Morell, Najświętsze
Serce Pana Jezusa
Aby lepiej zrozumieć i ocenić wagę cudu eucharystycznego w Dubnie trzeba najpierw przyjrzeć się sytuacji politycznej i religijnej w Polsce w 1863 roku, cztery lata przed tym cudownym wydarzeniem.

Polska znajdowała się pod dominacją carskiej Rosji, usiłującej zniszczyć polski język i kulturę. Język polski usunięty został ze szkół, a jego używanie zabronione w życiu publicznym. Organizacje i stowarzyszenia rozwiązano; własność prywatną i ziemię konfiskowano, nazwy miejsc zmieniano na rosyjskie; ludność polską prześladowano i dyskryminowano, by złamać jej ducha i poddać całkowitemu zniewoleniu.

Kościół katolicki reprezentujący wiarę ogromnej większości Polaków znalazł się w szczególnie trudnym położeniu. Carska władza zdecydowanie starała się rozbić jedność Kościoła z Ojcem Świętym, a tym samym zniszczyć jego autorytet i władzę w Kościele. Zakony zostały rozproszone, posiadłości kościelne skonfiskowane, publiczne uroczystości religijne zabronione, podczas gdy antykatolicka propaganda usiłowała wprowadzać schizmatyczne treści do katolickich kościołów.

W 1865 roku zerwane zostały stosunki dyplomatyczne między Rosją a papieżem Piusem IX, przychylnie nastawionym do narodu polskiego. W Petersburgu zawiązało się kolegium kanoniczne w celu zastąpienia papieża jako rządcy kościoła. Biskupi, zakonnicy i kapłani polscy masowo sprzeciwili się decyzjom tego kolegium. Wielu z nich zapłaciło za to zesłaniem na Syberię. Odwaga duchowieństwa była przykładem dla wiernych, by wytrwać w prawdziwej wierze i wierności Ojcu Świętemu. Niemniej, liczni katolicy ulegli jednak okupantowi i schizma w Kościele stała się faktem.

W tych strasznych czasach prześladowań Zbawiciel nie pozostawił swych wiernych w osamotnieniu. By wzmocnić wiarę i dodać ludności odwagi, Chrystus objawił się w maleńkim kościółku w wiosce zwanej Dubno. (Obecnie Dubno znajduje się na terenie Ukrainy).

Cud wydarzył się, gdy pobożna ludność wioski uczestniczyła w Czterdziestogodzinnym Nabożeństwie, w dniu 5 lutego 1867 roku. W czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu wierni zauważyli nagle świetliste promienie wystrzeliwujące z Najświętszej Hostii. Po chwili w środku Hostii ukazała się postać Zbawiciela. Zdumiony kapłan wkrótce otoczony został przez wiernych podchodzących do ołtarza, by z bliska przyjrzeć się cudownemu objawieniu. Cud ten trwał aż do końca nabożeństwa i widziany był przez wszystkich zgromadzonych w kościele, wśród których nie brakowało nawet zastraszonych, chylących się ku schizmie, katolików.

Wieść o cudownym objawieniu szybko obiegła okolicę, wzbudzając czujność władzy okupacyjnej. Policja wezwała kapłana na przesłuchanie, po czym przesłała raport do gubernatora. Tenże nakazał, pod karą ciężkiego więzienia, absolutne milczenie na temat cudownego wydarzenia. Nieustraszony kapłan poinformował jednak o wszystkim biskupa, nie pomijając żadnych szczegółów, lecz ze względu na niebezpieczeństwo represji i groźbę zamknięcia kościoła władze kościelne zdecydowały nie rozgłaszać tej wieści.

Bez względu na działania władz carskich, w szybkim czasie wieść o cudownym objawieniu obiegła Polskę, podnosząc na duchu umęczony naród i wzmacniając wiarę w zwycięstwo wolności i wiary katolickiej.

Joan Carroll Cruz, Cuda eucharystyczne. Eucharystyczne fenomeny w życiu świętych, 
EXTER, Gdańsk 2009, s. 202-203.

PRZY ŁOŻU UMIERAJĄCEGO PROTESTANTA

Kto jednak poznał, że Jezus Chrystus jest „drogą i prawdą i życiem", ale nie chce za Nim podążać, ten na innych drogach nie znajdzie zbawienia. Zawiera się to w zdaniu: „Extra ecclesiam nulla salus" (poza Kościołem nie ma zbawienia).
Youcat 136

Frances Morell, Niepokalane
Serce Maryi
Ks. Adolf Pleszczyński opowiada; przed kilku laty w mieście M., gdzie byłem proboszczem, mieszkał niejaki Werth, protestant, młynarz z powołania. Moi parafianie, gdy o Werth'cie zdarzyła się mowa, zwykle dodawali: "to zawzięty luter". Dla usprawiedliwienia tego przydomku, opowiadano mi, jak Werth przy każdej sposobności popisywał się ze swoją nienawiścią przeciwko Kościołowi katolickiemu i jego kapłanom. Niepokoiły mnie napaści tego człowieka, głównie dlatego, że mając ciągłe zetknięcie z ludem, mógł niekorzystnie oddziaływać na jego stronę religijną, zwłaszcza, że smutne skutki tego oddziaływania widziałem na żonie Wertha, która będąc katoliczką, zaniedbywała jednak zupełnie spełniania powinności katolickich. Wkrótce rozeszła się wiadomość, że Werth ciężko zachorował. Zapytany lekarz miejscowy o stan chorego, odpowiedział, że choroba jest nieuleczalną i wkrótce śmiercią skończyć się musi.

- Co by zrobić, pomyślałem, żeby tego biedaka z Bogiem pojednać? Znane usposobienie chorego dla naszej religii, a jeszcze bardziej nieudane, pewne próby czynione przeze mnie, odjęły mi wszelką nadzieję. Upłynęło tak dni kilka. Wtem, pewnego dnia nad wieczorem, wchodzi do mnie posłaniec i woła: "Werth umiera i prosi co prędzej księdza proboszcza do siebie". Natychmiast dążę do domu umierającego, odległego o wiorst dwie od kościoła parafialnego. Werth, bardzo cierpiący, ale zupełnie przytomny, powitał mię z radością, a po chwili tak mówić zaczął:

- Dziękuję Bogu, żem się doczekał księdza proboszcza...! ale najpierw, choć mi trudno, powiedzieć muszę, jak się to stało... Toż ja z urodzenia ewangelik... księży nie mogłem znieść... a oto teraz... Bóg się zlitował nade mną... Matka Najświętsza... dotrzymała słowa...

- Jak to? - zapytałem pełen zdumienia.
- Proszę posłuchać, odrzekł - gdy byłem jeszcze chłopcem i chodziłem do szkoły w moich rodzinnych stronach... raz wracaliśmy z nauki do domu, gdzie przy drodze stała z dawnych czasów opuszczona figura Panny Najświętszej...

Chłopcy urągając, zaczęli rzucać na tę figurę kamieniami i błotem. - Oburzyło mię to strasznie, zawołałem więc z gniewem: jak śmiecie to robić!... toż to wyobrażenie Matki naszego Zbawiciela.

- Czyś ty katolik? - któryś krzyknął.
- Nie katolik, ale chrześcijaninem jestem, odrzekłem, a wy poganie, kiedy nie szanujecie Matki Chrystusowej.

Zawstydzeni towarzysze zaprzestali swej swawoli... Po wieczerzy twardo zasnąłem... We śnie zdawało mi się, że widzę przed sobą tąż samą osobę, którą figura przedstawiała, ale tak ona była teraz piękną, że ócz od niej oderwać nie mogłem.

Rzekła do mnie nareszcie: "Synu mój, nie zapomnę ci tego, coś dla mnie dziś uczynił... i ja za tobą się wstawię, nie zginiesz"... Obudziłem się, cały byłem tym widzeniem przejęty, lecz nie śmiałem nikomu, nawet rodzicom o tym mówić... Wkrótce o wszystkim zapomniałem... o czym innym się myślało... aż dopiero teraz... w tej chorobie... nie wiem we śnie, czy na jawie ujrzałem znowu tąż samą postać, lecz nic mi ona już nie powiedziała! - tylko tak się jakoś patrzyła, że cały drżeć zacząłem.

- Niedługo to trwało - uspokoiłem się, chciałem nawet wmówić w siebie, że to sen lub mara... nic mi nie rzekła... a jednak w uszach mi brzmiało: "nie zginiesz". Wytłumaczyłem to sobie zrazu na korzyść mego zdrowia, ale tylko moment, bo jakiś głos mi szeptał: nie łudź się, wkrótce umrzesz. - Ogarniał mię strach... co tu robić?... posłać po pastora... on taki uczony... niech mi radzi... uspokoi... - czepiłem się tej myśli... ale wnet ją porzuciłem... Wtem jakby mi ktoś szepnął: sprowadź księdza... aż się wstrząsnąłem... chciałem kląć, wymyślać, - lecz nie wiedziałem komu... zdało mi się znów, że widzę ową jasną osobę... i już nie wiem, jak się to stało... żem zawołał: sprowadźcie mi co prędzej księdza proboszcza. - Od razu stało mi się lżej... jakoś rozjaśniło mi się w duszy, zrozumiałem co znaczyło słowo: "nie zginiesz" i począłem się tylko bać, żebyś się pasterzu nie spóźnił... ale, ale teraz wszystko dobrze...

Następnie chory, jakby najlepiej przygotowany, odbył spowiedź, przyjął Wiatyk i Ostatnie Namaszczenie, a w kilka godzin oddał spokojnie Bogu ducha.

Przy pożegnaniu z umierającym prosiłem go, aby mię upoważnił ujawnić przed ludźmi te dziwne drogi, jakimi go Bóg do siebie prowadził, o czym właśnie dowiedziałem się z ust jego.

- I owszem, bardzo proszę - odpowiedział, niech wszyscy wiedzą, co może Maryja, Matka Boża.

Cudowne nawrócenie Wertha wywołało głębokie wrażenie w jego rodzinie i w całej okolicy. Oto jeden z bezpośrednich skutków tego wrażenia: Syn Wertha, kilkunastoletni młodzieniec, dotąd wcale jeszcze nie ochrzczony, natychmiast poddał się przygotowaniu religijnemu i pobożnie przyjął Chrzest św., a następnie przystąpił do Sakramentu Ciała i Krwi Pańskiej. Inni członkowie rodziny też poczęli spełniać obowiązki dobrych katolików.

Pomny na prośbę umierającego: "niech wiedzą wszyscy, co może Maryja", zaraz obecnym, a następnie na pogrzebie jego, wobec tłumu wiernych i kilku dawnych współwierców i współrodaków zmarłego, opowiedziałem wszystko, com słyszał i widział w sprawie nawrócenia Wertha. Zadałem sobie wszakże pytanie, czy tego dosyć?, i odpowiedź wypadła: "za mało". Umierający żądał: "niech wszyscy wiedzą, co może Maryja", a tego w pewnym stopniu druk dokonać tylko może, dla czci tedy i honoru Tej, która jest potężną Orędowniczką i skuteczną Ucieczką grzeszników, tę opowieść ogłaszam i autentyczność w szczegółach i całości poręczam.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi, Tom pierwszy: 
Przykłady opieki Królowej Różańca świętego (przykłady na maj), s. 215-217.

wtorek, 19 lipca 2016

CUD EUCHARYSTYCZNY W BORDEAUX, FRANCJA - Rok 1822

Chrystus sam jest codziennym chlebem, który zasiany w Dziewicy, wyrosły w ciele, ukształtowany w męce, wypieczony w piecu grobu, przechowywany w Kościele, przynoszony na ołtarze, codziennie udziela wiernym owego niebieskiego pokarmu. 
Św. Piotr Chryzolog

Po latach strasznego terroru rewolucji francuskiej Kościół odczuł wielką potrzebę zadośćuczynienia Bogu za dokonane przez ludzi tak znaczne zło i zniszczenia. Dla Kościoła we Francji nadszedł czas wielkich dzieł miłosierdzia, spełnianych przez wiele nowych zgromadzeń zakonnych.

Miasto Bordeaux miało zaszczyt ujrzeć powstanie trzech nowych zgromadzeń. Ksiądz Guillaume-Joseph Chaminade założył zgromadzenie marianistów; matka de Laourous utworzyła zgromadzenie poświęcone opiece nad ubogimi kobietami; a ksiądz Peter dc Noailles powołał do życia stowarzyszenie kobiet zwane Świętą Rodziną z Bordeaux, poświęcone pracy w służbie Kościoła. Stowarzyszenie to, zwane również Paniami z Loreto, powstało w 1820 roku, dwa lata przed cudownym wydarzeniem, gdy ksiądz Peter de Noailles służył w parafii św. Eulalii. Stowarzyszenie Świętej Rodziny z Bordeaux szybko rozkwitało, zakładając wiele domów w samym mieście jak i okolicach. Właśnie w kaplicy jednego z tych domów, przy ulicy Mazarin 22-24, Chrystus okazał cudowny znak swej obecności w Najświętszej Eucharystii.

Oddajmy głos kapłanowi obecnemu w tej wielkiej chwili przy ołtarzu. To co przeżył opisał w następującym dokumencie:

«Pragnę oświadczyć, żc jestem kapłanem mieszkającym w sąsiedztwie parafii św. Eulalii w Bordeaux. Chcę jedynie potwierdzić publicznie łaskę, której sam byłem świadkiem, związaną z wydarzeniem ustanowienia Stowarzyszenia Pań z Loreto. Jako świadek oświadczam i potwierdzam przed moim Bogiem i Zbawcą, że fakty które opisuję są prawdziwe.

Ksiądz Noailles, przełożony Instytutu Loreto, nie mógł udzielić błogosławieństwa w domu stowarzyszenia i prosił mnie, bym zastąpił go w tym celu. Trzeciego dnia tego miesiąca, w niedzielę Septuaginta, udałem się do domu sióstr o czwartej po południu. Gdy przybyłem, od razu rozpocząłem nabożeństwo wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Nie skończyłem jeszcze błogosławić Sakramentu kadzidłem, gdy spojrzałem na monstrancję. Wiedziałem, że wystawiłem w niej świętą Hostię, ale jej tam nie dostrzegłem, ujrzałem natomiast naszego Zbawiciela - jego głowę, ramiona i ręce - w okrągłej ramce monstrancji, jakby na obrazie, z tym że obraz ten był żywy.

Jego twarz, bardzo blada, była twarzą młodego mężczyzny, wieku około 30 lat, niezwykłej urody. Ciemnoczerwona szata okrywała Mu ramiona. Jego głowa przechylała się na lewą i prawą stronę. Nie mogąc uwierzyć własnym oczom sądziłem, że doświadczam jakiejś iluzji, ale cud trwał. Aby pozbyć się wątpliwości skinąłem na ministranta z kadzidłem i zapytałem czy zauważył coś niezwykłego. Odpowiedział on, że już zauważył ten cud i ciągle ma go przed oczyma. Nakazałem mu wezwać matkę przełożoną. Matka przebywała w zakrystii, głęboko przejęta tym cudownym zjawiskiem. Ja sam padłem krzyżem na podłogę i w pokorze spoglądałem na Najwyższego Pana. Z moich oczu płynęły łzy radości z powodu tak wielkiej łaski. Cud trwał niezmiennie przez całe nabożeństwo. Po modlitwach podszedłem do ołtarza; nawet nie wiem jak, gdyż wydawało mi się, że nie będę miał odwagi podejść bliżej. Wziąłem monstrancję w dłonie i udzieliłem błogosławieństwa uwielbiając cały czas Boskiego Zbawiciela widocznego w moich rękach. Udzieliłem więc Paniom z Loreto cudownego błogosławieństwa, jakże cennego dla ich nowego stowarzyszenia. Postawiłem monstrancję na ołtarzu, lecz po jej otwarciu nie znalazłem już Hostii, w której przyszedł Zbawiciel by nas błogosławić. Cały drżący i ze łzami w oczach wyszedłem z kaplicy. Na zewnątrz siostry oraz wierni obsypali mnie pytaniami, czy widziałem ten cud. Mogłem im tylko odpowiedzieć: 

„Ujrzeliście naszego Zbawcę doznając wielkiej łaski zesłanej nam, abyśmy zawsze pamiętali, że jest On wśród nas i że prosi o naszą miłość; kochajmy Go coraz bardziej i rozwijajmy w sobie cnoty dla okazania wdzięczności za otrzymane łaski”. 

Przez całą noc rozmyślałem jedynie o tym cudzie, którego byłem świadkiem. Następnego dnia, w poniedziałek, spotkałem się z księdzem Noailles w jego parafii i opowiedziałem co się stało. Wielu ludzi również przyszło, by opowiadać o tym cudzie. Choć miałem zamiar szczegółowo wszystko wyjaśniać, okazało się jednak, że ministrant oraz kilku wiernych obecnych wtedy w kaplicy już mu opowiedzieli, co sami ujrzeli na własne oczy.

Cokolwiek się wydarzyło, ja oznajmiam to, co widziałem i co niemalże dotknąłem moimi rękoma. Bez względu na konsekwencje mojego oświadczenia uważam, że byłbym niewdzięcznikiem i najbardziej winnym człowiekiem gdybym zaparł się prawdy.»

Dokument ten nosi podpis, „Delort, ksiądz” i datę 5 lutego 1822.

Matka przełożona, która klęczała w zakrystii, również napisała „Oświadczenie” potwierdzające ten cud. Na wstępie dokumentu przyznaje ona, że choć zwyczajem było opuszczać wzrok przed Najświętszym Sakramentem, to jednak czuła potrzebę, by spojrzeć na Hostię. Pisze ona:

«Zauważyłam, że Hostia zastąpiona była jaśniejącą postacią naszego Zbawiciela. Widziałam dobrze Jego głowę i Jego ramiona. Choć znajdował się w okrągłej ramce monstrancji, wydawał się poruszać od czasu do czasu i Jego twarz chciała jakby wyjść z okrągłej ramki w moim kierunku. Widziałam światło błyskające ze wszystkich stron tak szybko, że przypominało długie łodyżki wybuchające pięknym kwiatem tuż przed zniknięciem. Głęboko przejęta tym cudownym zjawiskiem czułam w sercu tak wielki żar uwielbienia, że nie byłam w stanie śpiewać hymnu ku czci Najświętszego Sakramentu. Powtarzałam sobie, że byłabym szczęśliwa widząc mego Boga ukazującego mi się, jako że zawsze bardzo pragnęłam dostąpić takiej łaski. Myślałam, że to tylko iluzja, lecz postać Zbawiciela trwała przed moimi oczyma. Tak bardzo byłam pochłonięta Jego cudowną obecnością, że nie zauważałam już ani kapłana, ani innych osób. Nie rozmawiając z nikim udałam się do domu, ale stale podchodzili do mnie ludzie opowiadając z przejęciem o tym, co widzieli. Wtedy upewniłam się, że nie była to iluzja i wielbiłam Zbawiciela za tak wielkie łaski, których udzielił naszemu ubogiemu zgromadzeniu. Zaświadczam to wszystko wobec Chrystusa, Matki Bożej i świętego Józefa. (...) Choć z reguły nic możemy oglądać Go oczyma ciała, On udzielił mi łaski ujrzenia Siebie.»

Dokument ten podpisany jest „Matka od Trójcy Świętej, Przełożona Domu Lorette, 6 lutego 1822”.

Kilkunastu naocznych świadków, w tym ministrant, także złożyli oświadczenia, że widzieli głowę i ramiona Zbawiciela, który poruszał rękoma i uśmiechał się do wiernych. Zeznali oni, że czasami Jego lewa ręka spoczywała na czerwonej szacie osłaniającej ramiona, podczas gdy prawa była wzniesiona w geście błogosławieństwa. Wizja ta trwała podczas całego nabożeństwa, przez około 20 minut.

Na podstawie zebranych dokumentów arcybiskup Bordeaux ogłosił uznanie tego cudownego wydarzenia przez Kościół. Papież Leon XII wkrótce potwierdził tę decyzję i ustanowił święto Świętej Rodziny, ku upamiętnieniu tego cudu, jak i rozpoznaniu zgromadzenia, w którego kaplicy cud ten się dokonał. Papież zarządził również, że niedziela Septuaginta będzie czczona jako święto Świętej Rodziny - niezwykły przypadek podwójnego święta, który jednak odnosił się tylko do miasta Bordeaux. W 1921 roku papież Benedykt XV zatwierdził modlitwy Mszy Świętej na to święto dla całego Kościoła. Święto to obchodzone jest w okresie Bożego Narodzenia.

W domach Zgromadzenia Świętej Rodziny obchodzi się doroczne święta ku czci tego cudu eucharystycznego. Uroczystości te obchodzone są prawie wyłącznie przez siostry, jako że bardzo niewielu katolików zna w ogóle historię cudu w Bordeaux. Monstrancja, w której wystawiony był cudowny Najświętszy Sakrament, jest przechowywana do dzisiejszego dnia w domu zgromadzenia w Bordeaux.

Założyciel Zgromadzenia Świętej Rodziny, ksiądz Peter de Noailles, jest kandydatem do wyniesienia na ołtarze.

Joan Carroll Cruz, Cuda eucharystyczne. Eucharystyczne fenomeny w życiu świętych, 
EXTER, Gdańsk 2009, s. 193-197.

piątek, 15 lipca 2016

GIULIA MARIELLI ZA PRZYCZYNĄ MATKI BOŻEJ POMPEJAŃSKIEJ CUDOWNIE UZDROWIONA

Miłosierdzie Maryi rozlewa się na wszystkich, kyórzy o nie proszą, chociażby odmówili tylko jedno "Zdrowaś".
Św. Ryszard od św. Wawrzyńca

W świątyni panowała uroczysta cisza (...) Po krótkiej chwili weszła do kościoła osoba licząca 23 lata, którą prowadzili mężczyzna i kobieta. Prawa strona ciała tej młodej osoby była zupełnie obezwładniona, powłóczyła z trudnością nogą, opuchnięta ręka wisiała na temblaku zawinięta w opatrunki. Z prawego oka bezustannie ciekły łzy. Podszedłszy przed tron Maryi uklękła i płacząc modliła się słowami:

- Najświętsza Panno Pompejańska! Pozwól mi umrzeć albo uwolnij mnie z tego nieszczęśliwego położenia!

Zemdlała. Osoby modlące się w prezbiterium przybiegły, podniosły ją i zaczęły cucić. Kim była ta osoba? I dlaczego przyjechała w taki upał?

(…) 20 maja tego roku Giulia [Marielli] prała kołnierzyk, gdy nagle krzyknęła przeraźliwie. Poczuła w prawej ręce gwałtowny ból. Obejrzała rękę i zauważyła sterczące z dłoni końce igieł. Uszka i większa część igieł utkwiły w ciele. Igły znajdowały się w kołnierzyku, a kiedy go wyżymała, wcisnęła je sobie w rękę. Nie mogła jednak ich wyciągnąć. Wskutek bólu i na myśl, że zostanie kaleką niezdatną do pracy, przeraziła się i straciła przytomność. Na jej krzyk przybiegła żona szewca i zabrała ją do chirurga. Obie kobiety pojechały dorożką do wielkiego szpitala. Tymczasem przekłuta ręka zamknęła się, a lekarze nie mogli jej otworzyć.

- Nie możemy podjąć się operacji, bo uszko igły utkwiło zbyt głęboko. Trzeba poczekać, aż rana zacznie ropieć. Wtedy igły same wyjdą.

Następnie jeden z asystentów unieruchomił rękę, włożył ją do temblaka i pożegnał obie niewiasty. W nocy Giulia nie mogła zmrużyć oka z powodu gwałtownych cierpień. 

Pomiędzy chirurgami szpitala najbardziej znany był profesor Galozzi, senator i ordynator. Do niego udały się nazajutrz obie kobiety. Galozzi zbadał rękę a potem powiedział oschle:

- Proszę przyjść jutro i na czczo, muszę panią uśpić przed operacją.

Po drugim dniu cierpień nastąpiła kolejna bolesna i bezsenna noc. Rano chora została poddana narkozie. Ordynator głęboko naciął rękę i szukał igieł. Nie mógł ich jednak znaleźć choć szukał ich starannie specjalnymi przyrządami. Kazał znów opatrzyć rękę, zalecił pewne leki i poprosił o przybycie za tydzień. Kiedy przyjechały, okazało się, że ordynatora nie ma i zastępuje go profesor Persico. Opowiedziały mu o nieznośnych bólach w ręce.

- Dlaczego, panie doktorze, ból nie ustaje i męczy mnie dzień i noc? - zapytała Giulia. - Czy igły jeszcze nie wyszły?
- O nie! Gdyby igły się wysunęły, byłaby to łaska nieba.
- Więc igły tkwią nadal pomimo zabiegu?
- Tak jest, niestety, igły są w ciele. Musi pani przykładać stale okłady z siemienia lnianego. Wtedy można się będzie spodziewać, że igła sama wyjdzie.

Następnego dnia znaleziono igłę w siemieniu lnianym. Z wielką radością obie kobiety pospieszyły do szpitala i odszukały profesora Persica.

- Mamy igłę! - zawołały.
-To dobrze - odpowiedział - teraz jest pani zdrowa. 

Upłynął tydzień i rana powoli się zabliźniała. Giulia Marielli była zadowolona. Ale ósmego dnia znowu poczuła ból.

- Może zmiana ciśnienia wywołuje to nieprzyjemne uczucie? - zapytała Giulia przyjaciółki.
- Nie, to z powodu rany - odpowiedziała Angelina. - Ale nie myśl o tym, to przejdzie.

Na drugi dzień Giulia czuła ból w całej ręce. Widziała, że jej ręka nieco spuchła i dlatego znowu udała się z wierną towarzyszką do szpitala Jezusa i Maryi. Na nieszczęście nie zastały ani Galozziego, ani Persico. Przyjął je młody lekarz, który radził cierpiącej, aby położyła się do łóżka i czekała, aż nie pojawi się przyczyna nowego cierpienia. 

Powróciwszy do domu położyła się do łóżka. Ból nie tylko nie ustawał, lecz przeszedł z ręki na nogę i plecy. W ciągu kilku dni prawa strona ciała stała się bezwładna. W takim stanie nie mogła iść do szpitala i musiała przywołać chirurga do domu. Wiązało się to z wydatkami na lekarzy i leki, które tak wiele rodzin popychają do nędzy. Stąd w Neapolu znane jest przysłowie: „choroba kosztuje majątek”. Nie wiedzieli, którego lekarza poprosić. W końcu zdecydowano się na profesora Persica, który znał już chorą.

Profesor Persico sądził, że chodzi tu o rozstrój nerwowy. Powiedział, że nie ma innego środka na chorobę, jak zastosowanie prądów elektrycznych na ręce. I przez dwadzieścia dni biedna Giulia poddawała się temu doświadczeniu, a jednak nie odczuła żadnej ulgi. Ciągle ten sam stan, ciągle te same cierpienia i bezwład w ciele. Edward Alietti i dobrzy sąsiedzi, którzy szczerze litowali się nad chorą, nakłonili jeszcze innych lekarzy do odwiedzin. Ale wszyscy wzdrygali ramionami i powtarzali to samo.

- Nie ma nadziei.

***

Tak nadszedł lipiec. Doktor Persico zalecił ciepłe kąpiele w łazienkach Girolaminich w Pozzuoli. Mieszkańcy Neapolu mieli zwyczaj brać kąpiele wcześnie rano i wracać do domu w zamkniętym powozie. Ale Giulia nie była w stanie podróżować i dlatego wynajęła pokój w domu pana Francesca Bonigliego. Biorąc pewnego dnia kąpiel poczuła w opuchniętej ręce bolesne kłucie. Przywołany lekarz obejrzał rękę i ocenił, że to albo nadwerężenie kości, albo druga igła. Giulia nie chciała innego lekarza, jak tylko doktora Persica. Ten przyjechał na drugi dzień do Pozzuoli. Był szczęśliwy, że odnaleziono drugą igłę, i że może w końcu uda się usunąć przyczynę dolegliwości. 15 lipca odbyła się operacja i igłę ostatecznie wyciągnięto. Ale jakie było jego rozczarowanie, kiedy nieszczęśliwa nie tylko nie otworzyła już więcej dłoni, ale także oko, ręka i prawa noga były porażone. Co więcej, porażenie objęło połowę głowy, co powodowało nieustanny ból. Ręka niezmiernie spuchła, a nogę chora wlokła z wielkim trudem. Częściowo sparaliżowana Giulia powróciła do Neapolu.

Nie mając środków na wzywanie lekarza do domu, wynajmowała powóz, który przez dwadzieścia dni zawoził ją do doktora Persica na elektryzowanie. Lecz było coraz gorzej. Lekarze zwątpili w możliwość wyleczenia.

- Ileż lat jeszcze pozostanę w takim stanie? - zapytała lekarza.
- O, dziesięć lat... dwadzieścia lat... Kto to może wiedzieć?

Widząc, że elektryzowanie na nic się nie zdało, chciała zasięgnąć rady jednego z najsławniejszych lekarzy w Neapolu, Domenica Capozziego. Ten porozumiał się w tej sprawie z profesorem Francescem Viziolim. I tak cierpiąca Giulia kazała się zawieść do jego domu w piątek 14 sierpnia, w wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. „Ach! - pomyślała - przybywam właśnie dzisiaj, w wigilię Wniebowzięcia do tego domu, by poznać wyrok na siebie. Kto wie, może Madonna sprawi, że lekarz rozpozna chorobę?” 

Profesor Vizioli dokonał dokładnych oględzin, ale musiał jednak wystawić przykrą diagnozę.

- Nauka nie zna metody na wyleczenie pani.

Potem swoją diagnozę spisał dla doktora Capozziego, która znajduje się u mnie w oryginale.

Na drugi dzień, w uroczystość Wniebowzięcia, Giulia przywiozła diagnozę doktora Vizioliego profesorowi Capozziemu, a ten napisał potem swoją własną. Potwierdził w niej, że i on sam nie znajduje żadnego środka, który mógłby przynieść ulgę cierpieniom pacjentki. Także i ta diagnoza znajduje się w moim archiwum.

Gdy Giulia opuszczała mieszkanie profesora Capozziego, wybiła właśnie godzina jedenasta. Przygnębiona, pozbawiona wszelkiej nadziei zwróciła się z ufnością do Najświętszej Panny z Pompejów. Po chwili powiedziała do Angeliny:

- Ponieważ nie udało się nic osiągnąć, to jedźmy do Madonny w Pompejach. Jeszcze dziś, w dniu jej święta, chcę tam się udać.

Żona szewca zwróciła jej uwagę, że już prawie południe i w swoim ciężkim stanie nie wytrzyma upału w ciasnym wozie. Ale Giulia obstawała przy swoim. Nie było innego wyjścia, jak pomoc Najświętszej Dziewicy. Angelina nie chciała opierać się dłużej, pragnęła jednak, aby jej mąż i córeczka pojechali z nimi. Podjechali po nich, a kiedy sąsiedzi dowiedzieli się o pielgrzymce, zebrali się i mówili:

- Niech was prowadzi Matka Boża; niechaj wam błogosławi w podróży.

***

Znasz już Czytelniku tę scenę, jaka rozegrała się u stóp tronu łaski. Wszechwładna Królowa spojrzała na chorą, a jedno spojrzenie Maryi sprowadza nieskończone błogosławieństwo. Kiedy Giulia Marinelli otworzyła oczy, widziała jasno i dokładnie. Głowa wolna była od bólu. Czuła, że do ręki i ramienia wróciło życie. Łzawiące oko było już zdrowe. Nie zdając sobie wcale sprawy z tego wszystkiego, Giulia instynktownie podniosła oczy ku obrazowi, który wydawał jej się teraz piękniejszy niż kiedykolwiek. Patrzała na niego z uczuciem rozkoszy i wdzięczności, których mowa ludzka nie zdoła wypowiedzieć. Zdjęła opatrunki z chorej ręki i wzniosła obie dłonie do Matki Bożej. Wtedy z prawej, dotychczas nabrzmiałej ręki, skóra zeszła jak rękawiczka i zsunęła się na ziemię, a ręka tymczasem pokryła się nową, zdrową skórą. Giulii zdawało się, że to sen... Zawołała wybuchając radością:

- Madonna mia! Matko moja! Śliczna Dziewico! Jestem zdrowa!... Jak to zrobiłaś? - mówiła dalej podskakując i oglądając ręce, ramiona. Stała prosto. Nie wiedząc, w jaki sposób okazać wdzięczność i miłość Madonnie, posyłała obrazowi ręką pocałunki. Potem nie posiadając się z radości, przebiegła przez zakrystię, wzdłuż nawy i wołała:

- Zostałam uzdrowiona! Zostałam uzdrowiona! Cud!... Madonna tego dokonała! Patrzcie, patrzcie! Jestem zdrowa!

I tak dobiegła do sierocińca. Wszyscy będący w pobliżu, nadeszli z pośpiechem. Wypytywali z obawą i niedowierzaniem, uważając Giulię za obłąkaną. Ale ta nie mogła z radosnego wzruszenia powiedzieć ani słowa, lecz tylko ze łzami rzucała strzępy zdań:

- Od dawna nie mogłam się ruszać! Gwałtowne bóle! Nieskończone bóle! Madonna mnie uzdrowiła. Madonna zdziałała cud. Patrzcie! Patrzcie!

Mówiąc to pokazała rękę, a na skórze było widać odcisk dłoni. Widzowie nie mogli powstrzymać łez. Także Edoardo Alietto płakał w milczeniu, a siostry z Sorrento i pielgrzymi z Rzymu dziękowali Najświętszej Pannie, że pozwoliła im oglądać cud.

(…) Zszedłem na dziedziniec, gdzie zastałem wielką wrzawę. Ktoś biegł, ktoś krzyczał, ktoś żywo gestykulował rozmawiając z innymi osobami, które nadbiegały zdumione, wielu płakało... A na środku stała młoda osoba o żywym rumieńcu na policzkach, śmiała się i płakała równocześnie. Czarne oczy promieniały szczęściem. Była to Giulia Marielli.

Słysząc opowiadanie o niedawnych cierpieniach, słysząc głos świadków, zwłaszcza tych, co przybyli z Neapolu, przekonawszy się naocznie o zajściu - i ja uwierzyłem [tzn. bł. Bartolo Longo, autor cytowanej książki]. Wielbiłem niezbadane ale zawsze miłościwe wyroki Boskie. Uboga szwaczka nie posiadając wiele kosztowności, zostawiła Madonnie zausznice jako swoje wotum - dowód wdzięczności i uwielbienia.

Tymczasem woźnica nic nie wiedząc o tym, co zaszło, czekał cierpliwie na koźle. Słysząc, że otwiera się brama kościoła, zszedł by pomóc szwaczce przy wsiadaniu. Okrzyk podziwu wyrwał mu się z gardła na widok osoby, którą od trzech miesięcy woził po szpitalach, a która szła teraz pewnym krokiem. Zbladł i wyciągnął drżącą dłoń by pomóc jej wejść do powozu.

- Zostałam uzdrowiona! Madonna mnie uzdrowiła - zawołała Giulia radośnie i wskoczyła do środka.
- Zjemy obiad w Tora Annunziata - powiedział szewc z tryumfującą miną. - Będziemy mieli ucztę radości z powodu cudu, którego doznaliśmy od Najświętszej Dziewicy w dniu Jej święta.

Giulia jadła z wielkim apetytem, którego jej brakowało od kilku miesięcy. Dawne cierpienia zdawały się tylko złym snem. Na twarzach wszystkich uwidaczniał się pokój serca i radość.

Gdy woźnica odwiózł ich wieczorem przed dom, natychmiast zgromadziły się dzieci i przyjaciele z sąsiedztwa. Skoro ujrzeli, jak Giulia wychodzi bez niczyjej pomocy, wszyscy zaczęli obwieszczać cud. W jednej chwili schody i mieszkanie szewca napełniło się ludźmi. Kto tylko umiał, ten podpisał poniższe świadectwo, które cytuję w całości (...)



bł. Bartolo Longo, Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach, ROSEMARIA 32013, s. 327-336