Łączna liczba wyświetleń

sobota, 20 sierpnia 2016

DUSZA CIOTKI LEONARDY

Są [w czyśćcu] ludzie, którzy świadomie popełniali niezliczone grzechy powszednie; niektóre z nich są tak poważne, że w momencie ich popełniania grzesznik z trudem rozróżnia między [już] śmiertelnymi a [jeszcze] powszednimi. Także mogli oni byli popełnić jakieś grzechy śmiertelne, za które mało żałowali i mało albo wcale nie pokutowali. Winę im odpuszczono w sakramencie pokuty, ale kara doczesna należna za ich popełnienie będzie musiała być odcierpiana.
Paul O’Sullivan OP

W roku 1629, w Dole, w regionie Franche-Compte, pewną kobietę w średnim wieku, Hugette Roy, przykuło do łoża poważnie zagrażające jej życiu zapalenie płuc. Lekarz uznał, że niezbędne jest upuszczenie jej krwi, lecz tak niezręcznie dokonał zabiegu, że przeciął tętnicę na jej lewym ramieniu, narażając ją na szybką śmierć. 

Następnego dnia z rana kobieta ujrzała w swej komnacie młodą dziewczynę w bieli, niezwykle skromną w zachowaniu, która spytała ją, czy zgodzi się, by jej służyła i pielęgnowała. Chora, zachwycona propozycją, odrzekła, że nic nie będzie w stanie wyrazić jej wdzięczności, a nieznajoma natychmiast rozpaliła ogień, podeszła do Hugetty, ułożyła ją delikatnie na łóżku, a potem otoczyła ją opieką niczym najtroskliwsza pielęgniarka. 

I oto, cóż za niespodzianka, dotyk rąk nieznajomej był tak zbawienny i przyniósł tak wielką ulgę, że chora wkrótce wyzdrowiała. Hugette zapragnęła dowiedzieć się, kim jest uprzejma nieznajoma, więc ją przywołała, żeby ją o to zapytać, ale ta wyszła, mówiąc jedynie, że powróci wieczorem. Tymczasem zdumienie i ciekawość sięgnęły zenitu, gdy wieść o nagłym powrocie do zdrowia rozeszła się wokół i wszyscy w Dole mówili tylko o tym cudownym wydarzeniu.

Kiedy wieczorem nieznajoma wróciła, powiedziała Hugette, niczego nie próbując już ukrywać:

— Musisz wiedzieć, moja droga siostrzenico, że jestem twoją ciotką, Leonardą Hollin, która zmarła siedemnaście lat temu, pozostawiając ci w spadku niewielki majątek. Dzięki Bożej szczodrobliwości zostałam zbawiona, i to Najświętsza Maryja Panna, do której żywiłam wielkie nabożeństwo, wyjednała mi to szczęście. Bez Niej byłabym zgubiona. Gdy niespodziewanie nadeszła śmierć, byłam w stanie śmiertelnego grzechu, lecz miłosierdzie Maryi Panny wyjednało dla mnie żal doskonały i uratowało przed wiecznym potępieniem. Od tego czasu przebywam w czyśćcu, lecz Pan nasz zezwolił mi zakończyć me oczyszczenie służąc ci przez czternaście dni. Pod koniec tego czasu uwolniona zostanę od swego cierpienia, jeśli ty, ze swej strony, wyświadczysz mi przysługę, odbywając dla mnie trzy pielgrzymki do sanktuariów Maryi.

Zdumiona Hugette nie wiedziała, co myśleć o tej wypowiedzi. Nie była w stanie uwierzyć w prawdziwość tego wydarzenia i lękając się jakiejś pułapki zastawionej przez złego ducha, skonsultowała się ze swym spowiednikiem, ojcem Antonim Rolandem, jezuitą, który poradził jej, by zagroziła nieznajomej egzorcyzmami. Groźba ta nie zaniepokoiła nieznajomej, odpowiedziała spokojnie, że nie lęka się modlitw Kościoła.

— Mają one moc — dodała — tylko w stosunku do demonów i potępionych, a nie dusz wybranych, takich, jaką, dzięki Bogu, ja jestem.

Ale Hugette nie była jeszcze przekonana.

— Jakim sposobem — powiedziała dziewczynie — możesz być moją ciotką Leonardą? Ona była stara i sterana, nieprzyjemna i kapryśna, gdy ty zaś jesteś młoda, delikatna i uprzejma?
— Och, moja droga siostrzenico — odpowiedziała — moje prawdziwe ciało spoczywa w grobie, gdzie pozostanie do dnia zmartwychwstania. To, które widzisz, jest w sposób cudowny uformowane z powietrza, bym mogła z tobą rozmawiać, służyć ci i wyjednać twoje wstawiennictwo. A co do mej drażliwości, siedemnaście lat strasznego cierpienia nauczyło mnie cierpliwości i pokory. Wiedz też, że w czyśćcu naznaczone jesteśmy łaską, będącą pieczęcią wybranych, która uwalnia nas od wszelkich przywar.

Nie można było nie zaufać takim wyjaśnieniom. Hugette, zarówno zdumiona, jak i wdzięczna, z radością przyjęła tę trwającą przez czternaście dni posługę. Na własne oczy i uszy mogła zobaczyć i usłyszeć zmarłą, która przybywała na pewien czas, by potem zniknąć. 

Tak szybko, jak na to pozwoliły jej siły, odbyła pobożne pielgrzymki, o które została poproszona. Po upływie czternastu dni wizyty ustały. Leonarda po raz ostatni pojawiła się, by przynieść jej wiadomość o swym wyzwoleniu z czyśćca; skąpana była wówczas w niewypowiedzianej chwale, lśniła jak gwiazda, a jej oblicze wyrażało stan doskonałej błogości. Przy tej okazji podziękowała serdecznie swojej siostrzenicy, obiecując modlić się za nią i całą jej rodzinę, i poradziła, by zawsze pamiętała, pośród cierpień tego życia, o kresie tej egzystencji, jaką jest zbawienie duszy.

François Xavier Schouppe SJ, Czyśćciec w świetle legend i żywotów świętych, 
Gdańsk 2010, s. 44-46.



POKUTUJĄCY FRANCISZKANIN

Wielka zaiste jest złość grzechu. To co nam się wydaje być lekkim grzechem, jest w gruncie rzeczy poważną obrazą nieskończonej dobroci Boga. Widać to dobrze na przykładzie świętych, którzy żałowali bardzo najmniejszych nawet uchybień.
Paul O’Sullivan OP 

Bł. Stefan zakonnik żywił szczególne nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu, dlatego część nocy spędzał na adoracji przed tabernakulum. Pewnego razu, gdy zupełnie sam przebywał w kaplicy, której ciemność rozpraszało jedynie światło niewielkiej lampki, spostrzegł nagle zakonnika siedzącego w jednej ze stalli. Stefan podszedł do niego i zapytał, czy uzyskał zgodę na opuszczenie swojej celi o takiej porze. 

— Jestem zmarłym zakonnikiem — odpowiedział. — Tutaj, z wyroku Bożej sprawiedliwości, muszę odbywać swój czyściec, ponieważ tutaj zgrzeszyłem oziębłością i niedbalstwem podczas modlitw brewiarzowych. Pan pozwolił, byś poznać mógł moją sytuację i wsparł mnie swoimi modlitwami.

Poruszony tymi słowami, bł. Stefan ukląkł natychmiast, by odmówić De Profundis i inne modlitwy. Podczas odmawiania modlitw zauważył, że twarz zmarłego wyrażała radość. Sytuacja powtarzała się przez kilka kolejnych nocy, z tym, że za każdym razem, im bliższy stawał się czas uwolnienia, radość pokutującego zakonnika była większa. 

Wreszcie, po ostatniej modlitwie Stefana, opromieniony światłem powstał ze stall, podziękował swemu wybawicielowi i zniknął w świetle chwały.

François Xavier Schouppe SJ, Czyśćciec w świetle legend i żywotów świętych, Gdańsk 2010, s. 44.



NIESZCZĘŚLIWA - A JEDNAK... SZCZĘŚLIWA...

Jako pełna chwały Matka Chrystusa, naszego Zbawcy i Boga, Dawcy życia i nieśmiertelności, Maryja została przywrócona życiu i trwa w wiekuistej nieśmiertelności ciała razem z Tym, który Ją wywiódł z grobu i wziął do nieba w sposób Jemu tylko wiadomy.
Anonimowy pisarz starożytny

Dolorosa, Murillo, 1665
Nazywano ją Natina. Jest to imię włoskie zdrobniałe od Fortunatina, co znaczy po polsku szczęśliwa. I była młodą, piękną i dobrą, otoczoną troskliwością swej rodziny - rosła na jej pociechę. Aż przyszedł dziewiętnasty rok jej życia i wicher wionął gwałtowny i zdawało się, że złamał na zawsze ten kwiat szczęścia, jakim była w rodzinie państwa Agrelli, ukochana córka Natina.

Przyczyną jej cierpień była śmierć ukochanej przyjaciółki. Z chwilowego jak sądzono omdlenia, przyszły długie, bo kilkanaście godzin trwające konwulsje, uczucia straszne, jakby ktoś dłoń żelazną kładł na gardło i w stanie tym zupełna utrata mowy. Lekarze - a wśród nich powagi naukowe, jak profesor Wincenty Belmonti - byli bezradni.

Modliła się więc gorąco - modliła się przede wszystkim - do Tej, którą nazwano: "uzdrowieniem chorych", ale jak wyznawała sama, modlitwy te przynosiły ulgę, ale cierpień zupełnie nie usuwały.

Dnia jednego dostała medalik Matki Boskiej Różańcowej w Pompei, obrazek Jej i książeczkę z nowenną do Królowej Różańca świętego, w ciężkim strapieniu. Dziwna otucha wstąpiła w cierpiącą dziewczynę, „napiszę - rzekła - prośbę do Matki Boskiej”, lecz niestety drżąca jej ręka ani literki skreślić nie mogła. Podyktowała więc ją swej młodszej siostrze, Concettini, która cierpiącej nie opuszczała nigdy i jak anioł opiekuńczy czuwała przy niej. Prośba ta brzmiała: 

"Ciężko chora udaje się z prośbą o pomoc do Najświętszej Panny Różańcowej w Pompei, prosząc, by ją wyleczyła. Jeżeli zostanie wysłuchaną, przyjdzie boso podziękować za otrzymaną łaskę". 

Prośbę tę złożono na ołtarzu cudownej Maryi, a równocześnie, chora wraz z rodziną zaczęła odmawiać nowennę do Królowej Różańca świętego.

Ale też i Niepokalana zaczęła próbować i pocieszać dziecię swoje. Próbować, bo stan chorej nie poprawiał się, ale zdawał się z dniem każdym pogarszać! Lecz z pociechą niewidzialną dla otoczenia ale widzialną dla biednej Natiny przychodziła Maryja, gdyż patrząc na nią modlącą się, odnosiło się wrażenie, że ona widzi przed sobą jakąś istotę zaziemską i mówi z Nią. Wrażenie to było tak wyraźnym, że czuwająca przy niej siostrzyczka, przywołała do chorej rodzinę, mówiąc: "Chodźcie i słuchajcie, Natina rozmawia z Najświętszą Panną!" 

I to była ta pociecha, jakiej użyczała cierpiącemu dziecięciu Pocieszycielka strapionych - doświadczając je i dźwigając zarazem. Nie jeden, ale pięć razy stawała przed Natiną - Królowa Różańca - a jakie to były rozmowy - to niech nam opowie ona sama...

Pierwsze objawienie, które dokonało się w dniu 3 marca 1884 roku tak opisuje Natina:

«Najświętsza Panna tuliła Boskie Dziecię, a w ręku trzymała tajemnic pełen różaniec. Siedziała na tronie, który otaczali aniołowie. Maryja i Boskie Jej Dziecię - byli odziani w białe, złotem tkane szaty - mieli korony na głowach, zdobne w drogie kamienie. Najświętszej Pannie towarzyszyli zakonnik i zakonnica, w dominikańskich habitach (św. Dominik i św. Katarzyna z Sieny). Piękność Maryi zachwyciła mię. Patrzyła na mnie czułym, matczynym wzrokiem, tak, że wejrzenie to obudziło we mnie ufność niezwykłą i poczęłam natychmiast błagać:

— Królowo Różańca świętego, udziel mi tę łaskę, ach! tak udziel mi jej. Udałam się już do Ciebie z prośbą, odmówiłam nowennę, ale wciąż cierpię strasznie! O Maryjo, dotąd nie wyświadczyłaś mi żadnej łaski - chcę być zdrową!

A najmiłościwsza Królowa Miłosierdzia odrzekła:

— Modliłaś się do mnie pod różnymi wezwaniami i zawsze otrzymywałaś pociechę, teraz gdy mnie wzywasz pod imieniem Królowej Różańca świętego w Pompei, które mi jest droższym nad wszystkie inne, nie mogę ci odmówić tej łaski, o jaką prosisz. Odpraw trzy nowenny, oddawaj mi cześć, a odbierzesz wszystko.

Potem zapytała mię z czułością macierzyńską:

— Dlaczego zdjęłaś ze siebie mój medalik?

Na te słowa Natina zrobiła rzeczywiście, jak widzieli otaczający, gest - jakby szukała zawieszonego na piersiach medalika, więc odrzekła z żalem:

— Wzięto mi go, ale przyrzekam Ci, że zawsze nosić go będę, a obraz Twój będzie wisiał w głowach mojego łóżka. A jeśli wyzdrowieję to pójdę do świątyni Twej, o Królowo Różańca świętego, boso, a teraz pozwól, o Matko, abym ucałowała kraj Twej szaty.

Ale tego ostatniego mego życzenia - pisze Natina - nie spełniła Maryja...»

* * *

Takim było pierwsze objawienie się Królowej Różańca świętego Natinie. Wnet miało nastąpić drugie.

«Z wiarą w duszy - opowiada ona sama, z taką wiarą, która jest pewną, że prośby jej będą przyjęte, zwróciłam się do Królowej Różańca świętego i ku Jej czci zaczęłam odprawiać nowennę.

Było to dnia 15 marca 1884 roku gdy Najświętsza Panna, objawiła się mnie ponownie. Skoro Ją ujrzałam, zawołałam kilkakrotnie: 

— Okaż mi się Matką!

A potem nabrawszy niezwykłej odwagi poczęłam błagać:

— O Maryjo, oznajmij mi dzień, w którym się skończą moje cierpienia. Nie mam już sił do dalszego opierania się bólom, ale Tobie, Wspomożycielko wiernych, nie jest nic niepodobnym - Lekarko chrześcijańska ulecz mię.

I rozradowało się oblicze Niepokalanej i uśmiech zstąpił na usta Jej! Przyrzekła dziewczęciu, że cierpienia jej skończą się, ale kazała jeszcze czekać długo, bo do października - do uroczystości Różańca. Zrobiła błogosławiący znak krzyża nad chorą i odeszła...»

Ale widocznie wiara Natiny była silną, więc kazała jej wołać - nie tylko o kres cierpieniom, ale o ich skrócenie!

Otaczający Fortunatinę, wijącą się w kurczowym ataku, widzieli, jak nagle uspokoiła się, twarz jej nabrała rumieńca; i ona, która w chwilach takich, jak wspomnieliśmy wyżej, nie mogła słowa wypowiedzieć, teraz rozmawiała, znów z istotą niewidzialną - głośno i wyraźnie.

Było to trzecie nawiedzenie Maryi w dniu 26 marca 1884 roku. Natina opowiada, że widząc zbliżającą się Królowę niebios - tak się do Niej modliła:

— Pozdrawiam Cię, o Maryjo, Królowo łaski, błogosławionaś Ty między niewiastami. Jako anioł zwiastował Ci, żeś się stała Matką Boską, tak i Ty zwiastujesz mi koniec cierpień. Nie mogę czekać aż do uroczystości Twego Różańca. Ty która wszystko możesz, skrócisz czas moich cierpień!

A błogosławiona między dziewicami rzekła z nieskończoną łaskawością:

— Uważaj dobrze. Jeszcze raz pogorszy ci się bardzo, tak bardzo, że wyzdrowienie twoje będą uważać za niemożliwe, ale ty miej silną nadzieję, że ja cię uleczę - w dniu mojego wniebowzięcia będziesz zupełnie zdrową.
— W Tobie, o Pani — rzekła Natina — zaufałam, więc nie zawiodę się na wieki. Wierzę w słowa Twoje i choćbym u łoża mojego ujrzała kapłana udzielającego mi ostatnich sakramentów nie zachwieję się w wierze mojej, bo wiem, że Matka Wszechmocnego spełni przyrzeczenie swoje.

I była jeszcze chwila, że cierpienie zdawało się wysilać w męce nad biedną ofiarą, była chwila, że zdawało się, że ofiary już innej nie ma tylko ją jedną, była chwila, że rodzina modliła się, niech to się już skończy - ale Natina powtarzała stanowczo: "Najświętsza przepowiedziała mi, że się pogorszy i wszystko się sprawdziło, tak samo musi się sprawdzić, że odzyskam zdrowie".

***

Jakby w nagrodę za taką nadzieję niezłamaną objawiła się Maryja, wiernemu dziecku - w dniu 1 kwietnia 1884 po raz czwarty. Zapowiedziała cierpiącej, że w dniu, w którym Kościół święcić będzie pamiątkę Jej boleści pod krzyżem, ustaną długie konwulsje i powróci pokój do jej rodziny. Lecz terminu zupełnego uleczenia nie zmieniała Matka Miłosierdzia, powtarzając, że w uroczystość dopiero Wniebowzięcia ustaną wszelkie cierpienia. 

I nadszedł dzień Bolesnej Maryi i na ustach tych, którym drogą była ta młoda męczennica, drgało pytanie: „Czy spełni się obietnica Matki Boskiej? W sercach odbywała się teraz walka nadziei z obawą, zwłaszcza w miarę jak zbliżała się godzina pierwsza po południu, straszna godzina męki dziewczęcia! I jest cisza, taka cisza jakby dusze zrywały się do odlotu w świat inny! A wskazówka zegara posuwa się naprzód, minuty płyną wiekami - ale płyną - zegar wskazuje drugą godzinę. A Natina płacze i śmieje się równocześnie i mówi: "Zacznijmy odmawiać nowennę na podziękowanie Królowej Różańca świętego w Pompei!...".

* * *

I po raz piąty zeszła Maryja (dnia 19 kwietnia 1884 roku) do swej czcicielki, zapowiadając, że nie potrzeba czekać do uroczystości Wniebowzięcia. I mówiła jej:

— Ponieważ znosiłaś cierpienia swoje z poddaniem się na wolę Bożą, więc z końcem kwietnia ustaną zupełnie cierpienia Twoje i od tej chwili będziesz chodzić.

A potem dała słodkie obietnice nie tylko Natinie, ale wszystkim, których ciężkie spotka nieszczęście w życiu, w tych słowach:

— Ktokolwiek z was pragnie odebrać łaskę, niech odprawi trzy nowenny (Pompejańską), a po odebraniu łaski, niech zmówi znowu trzy nowenny na podziękowanie i niech odmawia piętnaście tajemnic Różańca.

Tak to w życiu tej dziewczyny sprawdziło się słowo; nieszczęśliwa, a jednak szczęśliwa! Nieszczęśliwa według rachub ludzkich - szczęśliwa według planów Bożych i Tej bezustannej Pocieszycielki strapionych, jaką po wszystkie wieki aż do dni naszych jest Królowa Różańca świętego...

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 116-120.




piątek, 19 sierpnia 2016

PIEKŁO ISTNIEJE I JA W NIM JESTEM

Słusznie ginie ten, kto zna drogę sprawiedliwości, a wkracza na drogę ciemności.
Z Listu przypisywanego Barnabie

Zdarzyło się to w Moskwie, na krótko przed straszną kampanią 1812 roku. Mój dziadek, hrabia Roztopczin, pełniący funkcję komendanta wojskowego Moskwy, przyjaźnił się z generałem hrabią Orłowem, znanym z odwagi i bezbożności. Pewnego wieczora po kolacji, hrabia Orłow razem z innym generałem zaczęli naigrawać się z religii, a szczególnie z piekła.

— No a co jeśli po drugiej stronie kurtyny rzeczywiście coś istnieje? — zapytał nagle Orłow.
— To wtedy ten, który z nas umrze pierwszy, przyjdzie aby powiedzieć o tym drugiemu; zgoda? — odparł drugi generał.

Obydwaj dali sobie słowo honoru, że to zapamiętają.

Po kilku tygodniach rozpętała się wojna napoleońska i generał ten otrzymał rozkazy objęcia dowództwa na ważnym przyczółku. 

Minęły trzy tygodnie. Rankiem, dziadek mój właśnie się ubierał, gdy drzwi do sypialni otworzyły się z hukiem, a w nich stanął hrabia Orłow z przerażeniem na twarzy.

— Cóż to Orłow, o tej porze? Co się z tobą dzieje — zawołał dziadek.
— Drogi przyjacielu — wymamrotał Orłow — ja chyba oszaleję; właśnie przed chwilą widziałem kolegę generała.
— O — zdziwił się dziadek — to on już wrócił z frontu?
— Nie, nie, właśnie chodzi o to, że nie wrócił — odparł Orłow — i to mnie przeraża.

Mój dziadek nic z tego nie rozumiał i poprosił Orłowa, aby spokojnie opowiedział co się stało. Drżącym głosem Orłow zaczął opowiadać:

— Niedawno przyrzekliśmy sobie, że ten który umrze pierwszy powiadomi drugiego o tym, co jest po drugiej stronie kurtyny. I właśnie kilka minut temu, gdy spokojnie leżałem w łóżku, zasłony odchyliły się nagle i ujrzałem generała, bladego niby zjawa, z ręką złożoną na sercu. Powiedział on do mnie:

— Co teraz zrobimy? Piekło istnieje i ja w nim jestem! Co teraz zrobimy?

I zniknął. 

Przyszedłem tu natychmiast. Głowa mi pęka! Cóż za niesłychane zdarzenia! Co ja mam o tym myśleć!

Mój dziadek starał się uspokoić Orłowa, przywołując ulubione argumenty wolnomyślicieli, że to wszystko nie jest takie proste, że istnieją przecież halucynacje, koszmarne sny, czy inne niezwykłe zjawiska, itp. Po czym dziadek odwiózł Orłowa do hotelu. 

Po mniej więcej dwunastu dniach, w domu dziadka pojawił się posłaniec wojskowy z telegramem o śmierci generała. Dokładnie w tym samym dniu, o rannej godzinie, gdy Orłow ujrzał zjawę, generał padł ugodzony kulą i zginął na miejscu.

A więc ten, który wrócił z zaświatów, powiedział własnymi słowami: „Piekło istnieje i ja wnim jestem!”.

François Xavier Schouppe SJ, Piekło. Dogmat o piekle na przykładach faktów z życia świętych
i historii Kościoła, EXTER, Gdańsk 2003, s. 49-51.

środa, 17 sierpnia 2016

KRÓLOWA RÓŻAŃCA CHRONI OD KALECTWA

Syn mój półtoraroczny ciężko zachorował; kiedy w nocy zdawało mi się, że już już skona, przyszła mi zbawienna myśl uklęknąć przed Królową Różańca św. i błagać Ją o zdrowie dla dziecięcia. Przy trzeciej dziesiątce różańca synek z wielkiego bólu zaczął bardzo płakać, lecz jakby w miarę modlitwy różańcowej uspokajał się, aż wreszcie spokojnie zasnął. Po owym śnie, który trwał aż do 9 godziny rano, dziecię obudziło się zdrowe.
(Maciej Wickowski, zamieszkały w Nowym Yorku, świadectwo własne)

Matka Boża Podkamieńska,
kościół św. Wojciecha we Wrocławiu
Dnia 5 października roku 1912 na uroczystość Matki Boskiej, Królowej Różańca świętego przybyło do Podkamienia młode małżeństwo z Bośni - Jan Tomku i żona jego Justyna. Przebywszy tak daleką i długą drogę, i złożywszy przed obrazem Maryi Różańcowej w cudownym obrazie podkamieńskim serdeczną ofiarę - oto co opowiadali.

„Było to - mówił mąż - w Bośni, w miesiącu wrześniu roku 1911. Żona moja jechała na wozie. Nagle jakimś fatalnym trafem, spada z tego wozu, a przy tym spada tak nieszczęśliwie, że straszliwie kaleczy sobie nogę, żyły były porwane. Leżała biedna chora kilka tygodni - przeróżnych używała sposobów i wszystkich lekarstw jakie doktorzy przepisali. Ale wszystko było na próżno. Noga nie chciała się goić. Sąsiedzi zwątpili o możliwości wyjścia z tej choroby. Doktorzy zaś jedyną radę znajdywali w amputacji nogi. Ale chora na odcięcie nie chciała się zgodzić.

I oto co robi.

Ofiaruje się do łaskawej Matki Boskiej Różańcowej w Podkamieniu. Przyrzeka, że jeśli przyjdzie do zdrowia, osobiście pójdzie złożyć dzięki przed obrazem Maryi w Podkamieniu.

Po złożonym przyrzeczeniu noga w iście cudowny sposób zaczęła się goić, i chora z dniem każdym coraz więcej przychodziła do zdrowia. I kilka dni zaledwie upłynęło, jak noga zupełnie się zagoiła, rany znikły, nawet ślady ze skaleczenia nie pozostały. Sąsiedzi na tak prędkie i cudowne wyleczenie, nie mogli wyjść z podziwu.

Oto, - kończył ze łzami w oczach opowiadanie, - oto co nas z tak daleka sprowadziło dziś do Podkamienia. Chcemy dotrzymać danej obietnicy i w prochu przed majestatem Maryi korząc się, nie mamy słów wdzięczności i podzięki.”

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 98-99.



wtorek, 16 sierpnia 2016

BOHATERSTWO MŁODEJ KOBIETY

Tego imię za życia wypisane jest w niebie, komu chlebem powszednim jest ofiara z siebie.
Ignacy Krasicki

W Nowym Yorku przy 9-tej ulicy, jest mały kościółek. Na Jednej z jego ścian widnieje tablica, opisująca piękny czyn pewnej 22-letniej panienki.


Było to w roku 1912. Największy ówczesny statek świata „Tytanic” odbywał swoją pierwszą, podróż z Europy do Ameryki. W drodze dostał się jednak między góry lodowe, które go uszkodziły tak znacznie, że zaczął tonąć.

Powstał popłoch między pasażerami. Każdy chciał ratować swoje życie. Nikt nie chciał iść na dno morskie z tonącym statkiem. Kto się dostał do łodzi ratunkowej, trzymał się jej kurczowo, nie patrząc na tonących obok, wyczerpanych z sił towarzyszy podróży.

W takiej bo sytuacji kapitan okrętu zarządził, aby najpierw ratować kobiety i dzieci. I wtedy powstała bolesna konieczność rozłąki dla mężów i żon, dla ojców i matek. W jednej łodzi ratowniczej znalazła się matka z dwojgiem dzieci i kilkanaście innych kobiet, ale jej mąż musiał zostać na tonącym statku. Nie było dla niego miejsca w łodzi ratunkowej. Cóż może wyrazić rozpacz biednej matki i dzieci, gdy tracą ojca? Powstał lament nie do opisania.

W tym momencie stała się rzecz niesłychana. Jedna z panienek, 22-letnia, wstała ze swego miejsca w łódce i powiedziała, że odstąpi swoje miejsce temu ojcu rodziny. Dzięki tej ofiarności ojciec rodziny został uratowany, a bohaterska panienka zginęła w falach morskich wraz z 1635 innymi pasażerami.

To bohaterstwo opisuje właśnie tabliczka umieszczona w kościele.

(ks. Jan Grabowski, Na bieżni duchowej. Nauki rekolekcyjne dla dziatwy, 
Księgarnia “Jedność”, Kielce 1949)

ŚMIERĆ NAWIEDZA NIEPROSZONA

Wolter — główny herszt wszystkich ówczesnych bezbożników — po dwa, trzy razy błagał na łożu śmierci, aby mu sprowadzono proboszcza od św. Sulpicjusza. Lecz jego zwolennicy tak go pilnowali, że kapłan nie mógł się do starego grzesznika przedostać. Tak więc skonał w napadzie wściekłości i rozpaczy. Do dziś jeszcze w Paryżu pokazują komnatę, w której się rozegrała ta smutna scena.
Louis-Gaston de Ségur

Znałem przed laty w pewnej wiosce w Normandii człowieka, który od chwili, gdy się ożenił, tak się zakopał w swych interesach i w swym handlu, a przy tym tak często chodził do szynku i upijał się wódką, że zupełnie zapomniał o tym, co winien Bogu i swojej duszy. Był to, poza tym, człowiek wcale niezły. Dwa, czy trzy razy przeraził go trochę atak paraliżu, ale to jeszcze nie doprowadziło go do opamiętania się.

Zbliżała się Wielkanoc. Tamtejszy proboszcz, spotkawszy się z nim pewnego wieczoru, śmiało przypomniał mu o jego obowiązku. „Księże proboszczu — odpowiedział na to — dziękuję za łaskawe przypomnienie. Pomyślę o tym jakem uczciwy. Jeśli to księdzu dobrodziejowi nie sprawiłoby kłopotu, to przybędę za parę dni o tym porozmawiać”. Tymczasem co się stało? Nazajutrz znaleziono jego ciało w pobliskim strumyku. Przejeżdżając przezeń konno dostał ataku apopleksji, spadł i już nie powstał. 

Dwa lata temu w Paryżu do pewnego studenta, który od czterech lat, odkąd przeniósł się do tego miasta, wiódł rozpustne życie, przybył w odwiedziny towarzysz i ziomek, bogobojny i czystych obyczajów, by się dowiedzieć, co słychać. Rozmowa ich trwała kilka minut, po czym przybysz oddalił się. Ale spostrzegłszy wkrótce, że zostawił u niego jakąś książkę, wraca niebawem i puka do drzwi: nikt nie odpowiada. Dzwoni: nikt się nie odzywa. Widząc jednak, że klucz tkwi w drzwiach, kołace i dzwoni powtórnie, wchodzi — i znajduje leżącego trupem swego towarzysza. Nie upłynął jeszcze kwadrans, jak się z nim rozstał. Atak serca w jednej chwili przeciął pasmo jego życia i rozpusty. W jego biurku znaleziono zaś pełno najobrzydliwszych listów, a jego nieliczna biblioteczka składała się z samych najbezwstydniejszych książek. 

Ks. Louis-Gaston de Ségur, Piekło. Czy istnieje? Czym jest? Co czynić, aby się do niego nie dostać?,
Wydawnictwo Arka 2008, s. 69.

ZGINĄŁ RATUJĄC DRUGICH

W połowie ubiegłego wieku mieszkańcy Kaukazu mieli bardzo sprawiedliwego sułtana, imieniem Schamyl, który postanowił wyplenić ze swego ludu rozpustę i przekupstwo. Wydał rozporządzenie, żeby temu. kogo przyłapią na przekupstwie, wymierzono publicznie 50 kijów. Pierwszą ofiarą padła jego własna matka! Zasmuciło to bardzo sułtana. Trzy dni bił się z myślą, co zrobić, aż w końcu blady, przyprowadził związaną matkę przed lud i rozkazał ją biczować. Zanim padło pierwsze uderzenie, przyskoczył, odsunął matkę i przyjął za nią 50 uderzeń. Potem wstał i powiedział do zebranego ludu: „Prawu stało się zadość...“ Ten wzruszający przykład tak podziałał na lud, że przekupstwo znikło bez śladu.
(T. Tóth, Chrystus w cierpieniu i chwale, s. 43)

W 1948 w Szklarskiej Porębie, na granicy czeskiej, zdarzył się następujący tragiczny wypadek. 

Od strony polskiej zjeżdżało na nartach dwóch ludzi – ojciec z synem. Pewnie pierwszy raz byli w tych stronach, bo zjeżdżali do wielkiej przepaści wcale o tym nie wiedząc. Zauważył to od strony czeskiej niejaki Nowak. Znając doskonale tę okolicę chciał ratować niedoświadczonych narciarzy polskich. Popędził szybko ku nim wołając z całych sił, aby się zatrzymali. Wiatr jednak zagłuszał jego słowa. Jeszcze chwila, a obydwaj narciarz byliby spadli w przepaść. Wówczas czeski narciarz szybko zabiegł im drogę, jadąc tuż nad brzegiem przepaści. Zauważyli go i zrozumieli o co mu chodzi. Ale sam Nowak runął z rozpędu w przepaść. Znaleziono pózniej tylko jego zwłoki. 

Bohaterską była śmierć Nowaka. Oddał życie swoje dla ratowania dwóch nieznanych mu narciarzy polskich.

ks. Jan Grabowski, Na bieżni duchowej. Nauki rekolekcyjne dla dziatwy, 
Księgarnia “Jedność”, Kielce 1949.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

RÓŻANIEC DRWALA

Twierdzę ze świętymi, że Maryja jest Rajem ziemskim nowego Adama (Chrystusa), który wcielił się tam za sprawą Ducha Świętego, by działać w Nim niepojęte cuda. Maryja jest owym wielkim i cudownym światem Boga (św. Bernardyn), pełnym niewypowiedzianych piękności i skarbów; jest wspaniałością (Ryszard od św. Wawrzyńca), w której Najwyższy ukrył, jakoby we własnym łonie, Syna swego Jedynego, a z Nim wszystko, co najdoskonalsze i najkosztowniejsze.
św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

Jeden z biskupów Szkocji wizytował swą diecezję w miejscowości, gdzie przewagę mieli błędnowiercy. Pewnego dnia pobłądził w lesie, do którego się udał, aby chwilę wypocząć. Noc zapadła, kiedy stanął przed skromną chatą drwala, zapukał, otworzono mu i nie pytając, kto on jest, przyjęto w gościnę na noc.

Serdeczną gościną ujęty biskup, zauważył, że pewien smutek przejmuje mieszkańców ubogiej chatki, spytał się więc, co im dolega, na to odrzekła matka:

— Jak nie mamy być smutni, kiedy nasz stary ojciec umiera, a nie chce przygotować się na śmierć.

Na prośbę biskupa, poprowadzono go do łoża chorego starca, widać było zaraz na pierwszy rzut oka, że chwile jego już są policzone. Na słowa zachęty biskupa starzec zebrał swe siły i rzekł:

— Nie, ja jeszcze nie umrę.
— Ale mój przyjacielu, pomyśl, że śmierć to prawo ogólne, umknąć jej, nikt nie może, a twoja choroba i starość, każe się jej lada chwila spodziewać.
— Nie, ja nie umrę, to nie może być, jeszcze nie umrę.

Nie pomogły słowa przekonywające biskupa, chory chociaż słabnął, ale odpowiadał:

— Nie – nie.

Wreszcie biskup zapytał go:

— Człowieku, jedno tchnienie życia w tobie, a mówisz, że nie umrzesz, co za powód twego czynu?

Starzec wzniósł się wysiłkiem i zapytał: 

— Czy pan katolik?
— Tak — odpowiedział biskup.
— I ja jestem katolikiem — odrzekł starzec, ukazując różaniec święty, — od pierwszej mojej Komunii świętej nie opuściłem ani jednego dnia w życiu moim, abym się nie pomodlił na różańcu św., prosząc Najświętszą Panienkę o śmierć szczęśliwą, o kapłana w godzinę śmierci. Nie umrę, jestem przekonany, dopóki kapłan do mnie nie przyjdzie. Modlitwa moja musi być wysłuchaną.
— Mój przyjacielu — rzekł wzruszony biskup, — modlitwa twoja jest wysłuchaną, bo ten, co przy tobie stoi, nie tylko jest kapłanem ale nawet twoim biskupem. Wierzę, że Najświętsza Panna Maryja prowadziła mię przez las do ciebie, abym przyjął twe ostatnie wyznania spowiedzi świętej — i otwierając swój płaszcz, ukazał mu biskup krzyż pasterski na piersiach.

Na ten widok chory ożywił się i zawołał:

— O Maryjo! moja dobra, ukochana Matko! Dziękuję Ci! Ojcze, spowiadaj mię, teraz wiem, że już umrę.

Po spowiedzi świętej wśród modlitw biskupa starzec odszedł do swej Matki Niebieskiej.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 88-89.

niedziela, 14 sierpnia 2016

CÓŻ TY WIESZ O TYM

Nie ma większego łaknienia, pragnienia, biedy, potrzeby, bólu i cierpienia nie te, które cierpią dusze czyśćcowe, dlatego też nie ma jałmużny milszej Bogu, ani większej zasługi przed Nim niż modlitwa za dusze czyśćcowe, ofiara Mszy świętej i jałmużna składana w ich intencji.
Paul O’Sullivan OP

W jednym z najbardziej wzorowych klasztorów w Paryżu żyła pewna zakonnica, z urodzenia Żydówka, odznaczająca się zarówno wielką cnotą, jak też wykształceniem i rozumem. Rodzice jej byli Żydami, ona zaś — nie wiem jakim sposobem — nawróciła się w dwudziestym roku życia i przyjęła Chrzest Święty. Matka jej, duszą i ciałem przywiązana była do swej wiary. Była to zresztą niewiasta niezwykle cnotliwa: dobra żona, dobra matka. Córkę swą bardzo kochała, ale gdy dowiedziała się o jej nawróceniu, wpadła w straszną złość i od tej chwili nie przestawała używać gróźb i podstępów, by córkę „apostatkę” (odstępczynię) nawrócić do wiary swych ojców. Córka zaś ze swej strony, nie przestawała się modlić z największą gorliwością i dokładała wszelkich starań, aby nawrócić swoją matkę.

Widząc zupełną bezskuteczność swych zabiegów i mając nadzieję, że ofiarą z siebie, prędzej niż wszelkimi modłami, uprosi u Pana Boga łaskę nawrócenia dla swej matki, postanowiła poświęcić się Panu Jezusowi w życiu zakonnym, czego z odwagą dokonała. Miała wówczas około dwudziestu pięciu lat. Nieszczęsna matka popadła w jeszcze większą zapalczywość, tak przeciw córce, jak też przeciw całej wierze katolickiej, co znów dla zakonnicy było bodźcem do podwajania swej gorliwości, aby pozyskać Bogu dusze, tak dla niej drogą. I tak upłynęło znów pięć lat. Widywała ona niekiedy swoją matkę, u której znów zaczęła powracać miłość macierzyńska, ale w jej duszy nie widać było — przynajmniej zewnętrznie — żadnego postępu ku nawróceniu. 

Pewnego dnia owa zakonnica odebrała list z zawiadomieniem, że jej matka umarła nagłą śmiercią. Zastano ją w łóżku nieżywą. Trudno opisać rozpacz, jaka ogarnęła zakonnicę na tę wiadomość. Na pół szalona z boleści i nie wiedząc, co robi, ani co mówi, rzuca się z listem w ręku na kolana do stóp Najświętszego Sakramentu. Gdy jednak, po pierwszym wybuchu płaczu, przyszła nieco do siebie i skupiła swe myśli, rzekła czy raczej zawołała do Pana Jezusa:

— Więc to tak, o Boże, wysłuchałeś błagania moje, i moje łzy, i wszystko, co od dwudziestu lat czyniłam?! — a wyliczając Mu niejako swoje wszystkie ofiary, kończy z niewymowną boleścią: — I pomyśleć, że teraz, mimo wszystko, moja matka, moja biedna matka, jest potępiona!

Zaledwie wymówiła owe słowa, gdy głos kierujący się do niej z ołtarza, odezwał się z surowym wyrzutem: 

— Cóż ty wiesz o tym... — Biedna zakonnica stanęła ze strachu jak wryta. — Wiedz o tym, — mówi dalej głos Zbawiciela — wiedz ku zawstydzeniu, a zarazem i ku pocieszeniu swemu, że z twojej przyczyny dałem twej matce w chwili śmierci tak wielką łaskę oświecenia i skruchy, że w swych ostatnich słowach rzekła: „Żałuję i umieram w wierze mojej córki”. — Twoja zbawiona matka znajduje się w czyśćcu. Nie ustawaj w modlitwie za nią.

Ks. Louis-Gaston de Ségur, Piekło. Czy istnieje? Czym jest? Co czynić, aby się do niego nie dostać?,
Wydawnictwo Arka 2008, s. 67-68.

RÓŻANIEC SPROWADZA KAPŁANA PRZED ŚMIERCIĄ

Święty Dominik świadom, że grzechy chrześcijan stanowiły przeszkodę do nawrócenia albigensów, wybrał się do lasu w pobliżu Tuluzy, gdzie spędził trzy dni i trzy noce na nieustannej modlitwie i pokucie (...) Objawiła mu się wtedy Matka Boża, której towarzyszyły trzy księżniczki niebieskie i powiedziała mu: „Czy wiesz, mój drogi Dominiku, jaką bronią posłużyła się Święta Trójca, żeby naprawić świat?” - „O Pani, odpowiedział, wiesz lepiej ode mnie, bo po swoim Synu, Jezusie Chrystusie, byłaś głównym narzędziem naszego zbawienia”. Ona dodała: „Wiedz, że głównym elementem arsenału był Psałterz Anielski, który jest fundamentem Nowego Testamentu. Dlatego jeżeli chcesz pozyskać dla Boga te zatwardziałe dusze, upowszechniaj modlitwę mego Psałterza”.
(św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, Przedziwny sekret... nr 11)

W Paryżu w ubogiej izdebce na strychu umierała, jakiś czas temu, pewna uboga wdowa. Przy łóżku jej klęczał, zanosząc się od płaczu, jedyny jej synek jedenastoletni Alfons.

— Synu mój! — rzekła do niego drżącym głosem umierająca matka — wiesz, że rodzina nasza należy do znakomitych rodów Francji, że ojciec posiadał niegdyś wielki majątek i że wszystko to w czasie politycznych wstrząśnień kraju utracił. Ja umieram, ty zostajesz biednym sierotą. Pozostał mi ten tylko jedyny klejnot, który ci daję. Jest to różaniec, na którym się zawsze do Matki Boskiej modliłam. Teraz umierając, polecam cię tej Matce prosząc, abyś co dzień póki żyć będziesz, odmawiał na Jej cześć ten różaniec. Proszę cię także o westchnienie za mnie.

Alfons cały zalał się na te słowa łzami, ucałował zimną rękę matki i przyobiecał spełnić jej życzenie.

Po śmierci matki ukończył chlubnie liceum, wstąpił do szkoły wojskowej, zdał świetnie egzamin na oficera, odbył jako porucznik wojnę algierską, awansował szybko w stopniach wojskowych, lecz na nieszczęście stracił zupełnie wiarę. Pomimo to, wierny słowu danemu umierającej matce, odmawiał regularnie co dzień różaniec na cześć Najświętszej Panny.

Nadszedł rok 1854, wywiązała się wojna krymska. Alfons brał w niej udział w randze pułkownika.

Pewnego wieczoru przy objeździe forpoczt pod Sewastopolem powrócił późno i bardzo strudzony do swojej kwatery. Potrzebował na gwałt spoczynku, lecz przypomina sobie, iż według swego zwyczaju nie odmówił jeszcze w dniu tym różańca. 

— Eh, tak jestem dziś zmęczony i strudzony — mruknął sobie —, żeby się może obeszło bez różańca; ale trudno, dałem słowo matce, iż go co dzień odmawiać będę, więc nic nie pomoże, trzeba koniecznie odmówić.

I to rzekłszy, wziął do ręki różaniec, począł chodzić szybkim krokiem po baraku i odmawiać go głośno. Przechodził właśnie tamtędy przypadkowo, wracając od chorego, kapelan wojskowy, zastanowił się, słysząc go odmawiającego o tej porze różaniec. Wszedł więc do niego.

— Jak to, pan pułkownik tak późno odmawia różaniec? — zapytał.
— Ha, cóż robić? Ksiądz kapelan wiesz, iż tego nie robię z pobożności, bo wszyscy wiedzą, żem niedowiarek i bezbożnik. Ot przyrzekłem matce umierającej, iż go będę codziennie odmawiał i dotrzymuję słowa.

Przy tym wywiązała się między pułkownikiem a kapelanem żywa rozmowa o religii i potrzebie św. Sakramentów i pułkownik skruszony, wyspowiadał się tej samej jeszcze nocy. 

Nazajutrz była stoczona krwawa walka. Między poległymi znaleziono i pułkownika Alfonsa, w jednej ręce trzymającego skrwawioną szablę, a w drugiej różaniec.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 83-84.

Z RÓŻAŃCEM NA ŚMIERĆ

Heroizm nie jest w samych bitwach, ale na wszystkich polach życia i nieustannie. Owszem bitwy dlatego tylko bywają, iż heroizm nie bywa pierwej na polach życia praktykowany.
Cyprian Kamil Norwid

Lwów, Wały Hetmańskie, ok. 1900 r.
Było to w tragicznych dniach Lwowa.

Wśród zażartej walki o posiadanie Lwowa - dnia 14 listopada 1918 roku - garstka chłopców naszych po bohaterskiej obronie placówki na ulicy Piastów, musiała chwilowo cofnąć się przed nawałem dziczy ukraińskiej, która złożona z wyrzutków społeczeństwa, rzuciła się do rabunku i mordu mieszkańców, których całą winą było, że Polakami byli i nimi pozostać chcieli.

Przy ulicy Piastów stoi dom śp. Józefa Lintnera, przemysłowca lwowskiego, oddanego całą duszą sprawie ojczystej - sam jednak ze względu na wiek i liczną rodzinę nie mógł brać osobistego udziału we walce - ofiarę jednak swoją złożył, bo dwóch synów jego służyło w legionach a jeden z nich dopiero co przed kilku tygodniami wrócił z więzienia w Huszt - dziś przynoszącego sławę każdemu co je przetrwał.

A kiedy wśród walki nieraz niejeden z dzielnych chłopców, obrońców Lwowa, wpadał do domu państwa Lintnerów, zawsze znalazł jakieś pokrzepienie, bo tam nie pytano się wiele, lecz dzielono się z nimi wszystkim, co było pod ręką. O tym dobrze wiedziała banda "herojów" przez szpiegów swoich i dlatego w pierwszym rzędzie po zajęciu ulicy Piastów rzucono się na dom znany ze swej polskości. Jeden z żołnierzy wtargnął do wnętrza mieszkania i rzucając ręczne granaty, nie tylko że uszkodził dom i poniszczył urządzenie mieszkalne, lecz zmusił wystraszonych mieszkańców do szukania kryjówek.

Była to 8 godzina rano.

Śp. Józef był zajętym przy pracy w masarni i stamtąd schronił się do piwnicy. Tymczasem rodzinę spędzono na podwórze i obie córki wyprowadzono. Kazano ręce podnieść do góry i pod grozą śmierci żądano wydania schronienia ojca. Obie córki odmówiły temu żądaniu i były gotowe na śmierć. Ojciec tymczasem udał się pod opiekę Najświętszej Maryi Panny, wziął różaniec do rąk i rozpoczął gorąco modlić się o ocalenie rodziny. Ale kiedy zobaczył, że żołdak już wyprowadził starszą córkę p. Kupczyńską i zamierzył się, aby do niewinnej strzelić, już przestał myśleć o ocaleniu własnego życia - lecz z różańcem w ręku wybiegł z kryjówki i krzyknął:

„Ja jestem gospodarzem - my jesteśmy niewinni, żaden strzał z mego domu nie padł!”

Lecz nie dano mu nawet przyjść do słowa. Rabuś uderzył go straszliwie kolbą, a następnie w oczach rodziny dał dwa strzały. Pierwszy chybił, ale drugi był śmiertelny, z przebitą od kuli szyją padł śp. Lintner na miejscu. Ale padł jako sługa Maryi z różańcem w ręku na dowód, że w nim znalazł siłę spełnienia ojcowskiego obowiązku - poświęcenia życia swego za rodzinę swoją. Tak zginął śp. Józef i poszedł do Boga poskarżyć się na tragiczny los swój i rodziny swojej, co zmuszoną była patrzeć na zbrodnię popełnioną na ukochanym ojcu.

Zwłoki śp. Józefa Lintnera dnia 20 października bieżącego roku przeniesiono z tymczasowego miejsca spoczynku na Cmentarzu Janowskim do grobowca familijnego na Łyczakowie. Szczegóły bliższe o jego śmierci otrzymaliśmy częścią z protokółów urzędowych, częścią od rodziny.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 82-83.



BŁOGOSŁAWIENI, KTÓRZY W PANU UMIERAJĄ

Niechaj więc uczeni i ludzie niewykształceni, sprawiedliwi i grzesznicy, wielcy i mali, wielbią i pozdrawiają dniem i nocą poprzez święty Różaniec, Jezusa i Maryję.
św. Ludwik Grignion de Montfort

Wśród powołanych pierwszą mobilizacją znalazł się i góral z H. Piotr D. Dobrym był synem, usłużnym dla sąsiadów i prawdziwie pobożnym. Rozstając się z nim, dała mu matka na pożegnanie różaniec, przykazując by nigdy się z nim nie rozstawał a co dzień nań modlił.

Piotr i bez tej zachęty kochał modlitwę różańcową, ale słowa matki, zalanej łzami, jeszcze większą miłość i ufność ku Królowej Różańca świętego wzbudziły w jego sercu. I opieka Najświętszej Panny Maryi była nad nim, wieleż to bojów przebył i wśród jakich trudów i znojów, a jednak ani chorym, ani rannym nie był, chociaż towarzysze broni często się zmieniali, to odchodząc, skąd się nie wraca, to idąc do szpitali. Na wielu był frontach bojowych, wreszcie znalazł się w Dolomitach na froncie włoskim. Obco mu było wśród żołnierzy, bo Polaków w jego kompanii nie było, a raczej był jeden i to kapral Szol, zecer z zawodu, ale bezbożny i drwiący ustawicznie z pobożności Piotra, który jednak wszystkie docinki jego z cierpliwością iście anielską znosił.

Razu jednego wysłano ich na posterunek na stokach góry, w dwóch barakach umieszczono się, w jednym z nich wraz z Piotrem był i kapral Szol. Nocą runęła lawina i unosić poczęła barak, ujść nie mogli, a pod naciskiem budynek trzaskał, jęczał, grożąc lada chwila zgnieceniem. Nagle barak zatrzymał się, ale nacisk lawiny coraz był silniejszym i straszniejszym. Przerażony śmiertelnie Piotr szukał pomocy w modlitwie kornej u Najświętszej Panny Różańcowej, Szol drwił i bluźnił, wściekłością uniesiony, chciał nawet wydrzeć z rąk Piotra różaniec, co mu się jednak nie udało.

Wśród grozy wlokły im się godziny, wtem dochodzą ich głosy spieszące na pomoc, towarzysze z drugiego baraku zdołali ujść niebezpieczeństwu i oto niosą im ratunek.

Szol triumfuje, pomimo że nie modlił się, lecz bluźnił, ale nie na długo, budynek wali się na niego, raniąc go śmiertelnie. Z wielkim trudem przeniesiono go na miejsce opatrunkowe, ostatnie to chwile jego już były, ratunku dlań nie było. Piotr jednak miał tę radość, że kapłan jeszcze zdążył go pojednać z Bogiem, umarł przyjmując śmierć jako sprawiedliwą karę za swe nieprawości.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 81.

sobota, 13 sierpnia 2016

NAWIEDZENIE PEWNEJ ZAKONNICY Z KLASZTORU W VALOGNE

Objawienia natomiast są często zjawiskami obiektywnymi, które mają realnie zewnętrzny charakter. Właśnie do takich należało widzenie, jakie mieli Mojżesz i Eliasz na górze Tabor, Samuela przywołanego przez wróżkę z Endor, Rafała Archanioła towarzyszącego Tobiaszowi, a także wizyty wielu innych aniołów, i wreszcie, do takich należą objawienia dusz czyśćcowych.
François Xavier Schouppe SJ

Pewna zakonnica z klasztoru w Valogne, siostra Maria od Krzyża (zmarła w Cherbourgu 11 maja 1917 roku), usłyszała nagle w pobliżu siebie w listopadzie 1873 roku przeciągłe jęki (…) Przejęta trwogą, wykrzyknęła: 

— Och, kimże jesteś? Boję się ciebie, nie ukazuj mi się tylko! ... Ale powiedz, kim jesteś?

Na to wezwanie nie było żadnej odpowiedzi, lecz skargi trwały nadal (...) zbliżały się do niej coraz bardziej: Na próżno biedna siostra mnożyła modlitwy, Komunie święte, Drogi Krzyżowe i Różańce: jęki nie ustawały i stale były równie tajemnicze.

Wreszcie w niedzielę 15 lutego 1874 roku dal się słyszeć głos dobrze znany: 

— Nie bój się! Nie ujrzysz mnie cierpiącej! Jestem siostrą Marią Gabrielą.

Dusza pokutująca oświadczyła swej dawnej towarzyszce, której radami niegdyś zbyt często pogardzała, że będzie ją wielokrotnie odwiedzać, by jej dopomóc w uświęceniu się. Plan Boży przewidywał, że to właśnie ona, siostra Maria od Krzyża, przez świętość swojego życia powinna była jej ulżyć i ostatecznie wyzwolić tę, która jeszcze tak niedawno wystawiała na próbę jej cierpliwość.

Odpowiedź z czyśćca przyszła (...) Czy doprawdy mogła ona uspokoić tę, która ją otrzymała? Wprost przeciwnie: siostra Maria od Krzyża błagała nawiedzającą, by znikła jak najprędzej i nie wracała więcej, lecz... błagała nadaremnie. Otrzymała odpowiedź, że powinna znosić - w czasie wyznaczonym przez Pana Boga - to, czego obawiała się w najwyższym stopniu.

W ten sposób przez kilkanaście lat trwały między duszą siostry Marii Gabrieli a siostrą Marią od Krzyża tajemnicze dialogi, które ta ostatnia spisywała własnoręcznie od 1874 do 1890 roku.

Bp Zbigniew Kraszewski, Tajemnica życia wiecznego. Sto dowodów na życie pozagrobowe, 
Wyd. II poszerzone, Oficyna Wydawniczo-Poligraficzna „Adam”, Warszawa, s. 91-92.

RÓŻANIEC MAJORA

Maryja jest Świątynią i miejscem odpoczynku Trójcy Świętej, gdzie Bóg króluje w sposób wspanialszy i cudowniejszy niż gdziekolwiek indziej, nie wyłączając nawet Jego stolicy jaśniejącej wśród Cherubinów i Serafinów. Bez szczególniejszego przywileju żadne stworzenie, choćby najczystsze, nie ma wstępu do tej Świątyni.
św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

Było to w roku 1854 w przededniu bitwy nad Almą.

Johann Burgauner, Niepokalane Serce Maryi
(1849)
Wrzała jeszcze wojna krymska, Francuzi, Anglicy, Turcy i Moskale ścierali się nawzajem, teraz na chwilę tylko odpoczywano w obozie francuskim. Na tapczanie siedział zamyślony oficer, odznaki wskazywały na majora, i trzymał w ręku różaniec. Łza zabłysła mu w oczach, kto wie, co jutro będzie, pomyślał i dalej odmawiał koronkę.

Dziwna rzecz, już dawno, bo w roku 1826, otrzymał ją, jako chłopak sześcioletni od umierającej matki, a była to cała jego spuścizna po rodzicach, bo i ojca dawno już stracił. Był wtenczas jednak tak bogaty, tak mało było mu do życia potrzeba, bo wciąż w uszach brzmiały mu słowa, wyrzeczone gasnącym już głosem matki: 

"Synu, weź od matki jako ostatnią pamiątkę ten różaniec, on ci niebiosa otworzy, jeśli mu zostaniesz wiernym. Tam się spotkamy. Przyrzeknij mi tylko, że go co dzień odmawiać będziesz!"

I on przyrzekł.

Mój Boże, ile to już lat minęło!

Z młodzieńca wyrósł mąż... gdzie nie był, pod jakim niebem nie walczył! W Afryce zdobył krzyż legii honorowej, a teraz tu w Krymie, dowodzi batalionem.

Ale dlaczego właśnie dziś wieczór mu to wszystko staje na pamięci? A prawda. Dziś jeszcze nie odmówił różańca. Znalazł go wkrótce i zwyciężając sen, co mu kleił powieki, przesuwał powoli i powoli paciorki matczyne. To przecież miał być klucz dla niego do nieba. Tak, ale aby tam wejść, trzeba mieć czyste sumienie. Major zamyślił się.

Stanęła mu znowu matka przed oczyma i znowu cała młodość, niejedno wspomnienie zbudziło się w sercu. I on, co wśród gradu kul stać potrafił, jak mąż nieustraszony, zapłakał.

Dziwna rzecz, że mi dziś tak wszystko staje na myśli! - Trzeba raz z tym skończyć.

Za chwilę wstał i poszedł do sąsiedniego namiotu.

— Dobry wieczór, księże kapelanie.
— Dobry wieczór — odrzekł głos z wewnątrz. — Cóż to panie majorze tak późno, i to co widzę z różańcem?
— Dziwi to księdza — odrzekł major — ja już 28 lat co dzień go odmawiam i dziwna rzecz, wśród modlitwy dzisiejszej przyszła mi myśl, abym się wyspowiadał. Kto wie czy tego klucza niebios, - tu wskazał na różaniec - jutro nie zapotrzebuję. Lecz proszę teraz księże kapelanie! Oto tu jest paka, niech Ojciec siądzie, za pół godzinki będziemy gotowi.

* * *

Spowiedź trwała jednak dłużej, musiała być dobra, bo major powstawszy zawołał:

— Tak więc, mam już paszport na tamten świat, a i klucz do nieba ze sobą.

Zaśmiał się serdecznie, pozdrowił kapelana, wrócił do swojego namiotu i usnął zaraz znużony.

* * *

Na drugi dzień, było to 20 września, waleczne zastępy francuskie radość ze zwycięstwa trąbami ogłosiły. Dano znak do apelu, liczono długo, bo i wielu żołnierzy brakowało.

Brakło naszego majora. 

On leżał już spokojny, z przestrzeloną piersią, razem ze swoim różańcem na pobojowisku.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 78-80.



„TO JEST NAJŚWIĘTSZA MARYJA PANNA”

Maryja jest najdoskonalszym Arcydziełem Najwyższego, jest Arcydziełem, którego znajomość (św. Bernardyn) i posiadanie Bóg zastrzegł samemu sobie.
św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

18 czerwca, w wigilię uroczystości św. Wincentego, wydarzyło się coś, o czym nie można czytać bez zdumienia (...) Katarzyna Laboure pisze:

Leopold Kupelwieser, Niepokalane Serce Maryi
„W wigilię dnia św. Wincentego nasza dobra matka Marta mówiła o nabożeństwie do świętych, a szczególnie do Najświętszej Maryi Panny. Napełniło mnie to takim pragnieniem zobaczenia Jej, że poszłam spać z myślą, że już tej nocy ujrzę moją dobrą Matkę - marzyłam o tym od dawna. O wpół do dwunastej usłyszałam, jak ktoś mnie woła: 

— Siostro, siostro, siostro!

Całkiem rozbudzona spojrzałam w stronę, z której dochodził głos. Odsunęłam zasłonę przy łóżku (...) i zobaczyłam ubrane na biało dziecko, mniej więcej cztero-, pięcioletnie, które powiedziało do mnie: 

— Idź do kaplicy. Wstań szybko i idź do kaplicy. Najświętsza Panna czeka tam na ciebie.

Od razu przyszła mi do głowy myśl: «Ktoś może mnie usłyszeć». Ale dziecię odpowiedziało: 

— Nie obawiaj się. Jest wpół do dwunastej, wszyscy śpią. Chodź, czekam na ciebie.

Dziecko szło za mną, a raczej ja poszłam za nim [Katarzyna w zapale wybiegła przed swojego przewodnika, ale opamiętawszy się, cofnęła się i pozwoliła się prowadzić]. Szło po mojej lewej ręce, roztaczając promienie światła wszędzie, gdziekolwiek poszliśmy, co mnie bardzo dziwiło. Ale moje zdumienie było największe na progu kaplicy: drzwi otworzyły się same, gdy dziecko tylko dotknęło ich koniuszkiem palca. To było nadzwyczajne! Wszystkie pochodnie i świece były zapalone - przypominało mi to pasterkę. Nie widziałam Matki Bożej. Dziecko zaprowadziło mnie do prezbiterium, obok fotela księdza dyrektora. Tam pozostało przez jakiś czas.

Ponieważ wydawało mi się, że trwa to długo, sprawdziłam, czy którejś z czuwających nie ma na balkonie [chodzi o zakonnice, które miały w nocy dyżur czuwania przed Najświętszym Sakramentem].

Nareszcie godzina nadeszła. Dziecko uprzedziło mnie o tym, mówiąc: 

— Oto Najświętsza Maryja Panna, oto Ona.

Usłyszałam jakiś dźwięk, jakby szelest jedwabnej sukni, który dochodził od strony balkonu, koło obrazu św. Józefa. Jakaś niewiasta siedziała na fotelu na stopniach ołtarza po stronie Ewangelii - zupełnie jak św. Anna, tylko że nie była to twarz św. Anny [w kaplicy wisiał obraz św. Anny siedzącej w fotelu, pozycja Matki Bożej przypominała ten obraz].

Miałam wątpliwości, czy to jest Najświętsza Maryja Panna. Dziecko, które przez cały czas stało obok, znów odezwało się do mnie: 

— To jest Najświętsza Maryja Panna.

Nie jestem w stanie opisać, co czułam w tej chwili, ani co się we mnie działo, bo wydawało mi się, że nie widzę Najświętszej Maryi Panny... 

Wtedy właśnie dziecko przemówiło, już nie jak dziecko, lecz jak dorosły mężczyzna, i to w najdobitniejszych słowach.

Spojrzałam na Matkę Bożą, podbiegłam do Niej i, padłszy na kolana na stopniach ołtarza, złożyłam ręce na Jej kolanach.

Minęła chwila, najsłodsza w moim życiu. Nie potrafiłam powiedzieć, co czuję. Najświętsza Maryja Panna powiedziała mi, jak się mam zachować wobec księdza dyrektora, i dodała kilka rzeczy, których nie wolno mi powtórzyć. Jeśli chodzi o to, co powinnam robić, kiedy znajdę się w kłopotach, to wskazała lewą ręką w kierunku stóp ołtarza i kazała mi tam przychodzić i otwierać swe serce, zapewniając mnie, że otrzymam wszelką pociechę, jakiej będę potrzebować.

Zapytałam Ją o znaczenie tego wszystkiego, co zobaczyłam, a Ona raczyła mi to objaśnić. Nie umiem powiedzieć, jak długo z Nią byłam. Kiedy odeszła, wyglądało to tak, jakby się powoli rozwiała, stając się cieniem, który powoli odpłynął w kierunku balkonu, tam, skąd przyszła.

Wstałam ze stopni ołtarza i zobaczyłam, że dziecko jest tam, gdzie je zostawiłam. Powiedziało do mnie: 

— Odeszła...

Wróciliśmy tą samą drogą, cały czas otoczeni światłem. Dziecko cały czas szło po lewej stronie.”

Wincenty Łaszewski, Świat maryjnych objawień. Duchowy przewodnik po objawieniach Matki Bożej, Tom I, wydanie nowe,
Wyd. FONS OMNIS, Góra Kalwaria 2007, s. 34-35.

wtorek, 9 sierpnia 2016

RÓŻANIEC UMIERAJĄCEJ

Weź to sobie do serca..., że rzecz, która cię niepokoi, rzecz, która cię dotyka, jest niczym. Nie pozwól, aby twe oblicze, twe serce niepokoiło się... Czyż nie jestem tu Ja, twoja Matka? Czyż nie jesteś w moim cieniu i w mojej opiece? Czyż nie jestem źródłem twej radości? Czyż nie jesteś w zagłębieniu mego płaszcza, w skrzyżowaniu mych rąk? Czy potrzebujesz czegoś więcej?.
Słowa Maryi do św. Juana Diego

Było to w grudniu 1855 roku.

Jednego wieczora, po pracowitym dniu, ks. Baron, będący wtedy wikariuszem w Donai, powrócił do swego mieszkania i wypoczywał po swoich apostolskich trudach, odmawiając brewiarz. Słyszy pukanie do drzwi; otwiera i zastaje małą dziewczynkę, która go prosi, aby jak najprędzej udał się do biednej umierającej pani, mieszkającej przy ulicy... Nr 28.

Gorliwy ksiądz chciał udać się natychmiast wraz z dzieckiem pod wskazany adres, ale mała dziewczynka powiedziała mu, że rzecz nie była pilną do tego stopnia, i że proszono go tylko, aby nie odkładał wizyty swej do jutra, z obawy nagłego skonu. Ksiądz wziął przeto adres chorej i powiedział dziewczynie, aby poszła naprzód i zapowiedziała prędkie jego nadejście.

Gdy zakończył odmawianie brewiarza, pobożny kapłan puścił się w drogę, nie zważając na deszcz ulewny i dojmujące zimno. Chodziło o zbawienie duszy, o pociechę w cierpieniu; cóż znaczą zimno i deszcz, wobec podobnego celu?

Stanąwszy na ulicy wskazanej przez dziecko, ksiądz wszedł pod numer 18, w przekonaniu, że na pewno ten numer został mu podany.

Dom był ubogi, nie było odźwiernego. Ksiądz wszedł na schody po omacku i zapukał do pierwszych drzwi, które napotkał. Otworzył mu mężczyzna, spostrzegając zaś ubiór duchownego, wpadł w gniew brutalny, odpowiedział trzema lub czterema obelżywymi wyrazami na grzeczne zapytanie księdza, który się dowiadywał, czy to nie tu mieszkanie biednej chorej kobiety i wreszcie zamknął mu drzwi przed nosem. Cierpliwy i łagodny jak Boski jego Mistrz, ksiądz zapukał do drzwi sąsiednich, gdzie nie lepsze spotkał przyjęcie. Podobnie przyjęto go i w dalszych mieszkaniach, niezrażony jednak wszedł na drugie piętro; mały chłopczyk stał na korytarzu:

— Moje dziecko — rzekł do niego kapłan — czy mógłbyś mi wskazać pokój biednej kobiety, która mieszka w tym domu i bardzo jest chora? Nazywa się pani G.
— Jest tam wprawdzie na końcu korytarza biedna kobieta bardzo chora, księże proboszczu; tata mówił nawet, że nocy nie przeżyje; lecz zdaje mi się, że nie nazywa się tak, jak mówisz.
— Mniejsza o nazwisko, bądź tak dobrym i zaprowadź mnie do drzwi.

Dziecko to uczyniło. 

Ksiądz drzwi otworzył i wszedł. Przy łóżku, na którym rzeczywiście leżała konająca kobieta, siedział mężczyzna mniej więcej pięćdziesięcioletni, który wstał, bardzo na widok księdza zdziwiony. Ksiądz ukłonił się i rzekł:

— To jest zapewne pańska żona i mówię z panem G.
— Ja? — odpowiedział szorstko ów mężczyzna — bynajmniej; któż księdzu kazał przyjść tutaj i mieszać się w nasze sprawy?
— Lecz co dopiero po mnie przysłano — odparł ksiądz wielce zdziwiony; — powiedziano mi, że pewna pani G. śmiertelnie chora, chce abym jej udzielił ostatnich św. Sakramentów. Jeśli się zmyliłem co do ulicy, domu lub pokoju, zdaje mi się, że biedna chora, którą tu widzę, nie mniej mojej pomocy potrzebuje. Pan Bóg to zapewne zaprowadził mię tutaj i tę pomyłkę dopuścił.

— Ach tak — wyszeptała po cichu biedna umierająca — to Pan Bóg zaprowadził cię tutaj.
— Wcale nie, zawołał mąż porywczo. Już przeszło dziesięć lat jak noga księdza u nas nie postała i spowiadać mojej żony nie będziesz; należy ona do mnie; trudnij się własnymi interesami!
— Pan się bardzo mylisz — rzekł ksiądz ze słodyczą i stanowczością — żona twoja do Boga należy i nie masz prawa jej duszą rozporządzać; jeśli żona pana chce się spowiadać, to ją wyspowiadam i moim obowiązkiem jest nie opuścić jej, jak tylko w razie gdyby z własnej woli odrzuciła moje usługi.

Na te słowa chora podniosła ręce ku niebu i zaczęła płakać z radości.

— To Pan Bóg wszystko uczynił — rzekła. — Od dni kilku proszę mego męża, aby przyzwał księdza, i zawsze mi odmawiał. Chcę się pojednać z Bogiem, który się nade mną zmiłował.
— Słyszysz pan, co mówi — rzekł ksiądz — obracając się do męża; — zechciej na chwil kilka zostawić nas samych.

Słowa te z taką stanowczością wypowiedziano, że mężczyzna usunął się.

— Otóż, co mnie zbawiło — rzekła umierająca, pokazując księdzu różaniec zawieszony obok łóżka. — Byłam tak słabą, iż się obawiałam mego męża więcej jak Boga, i aby scen uniknąć, od jedenastu lat zaprzestałam wypełniania moich obowiązków religijnych, lecz nie przestałam polecać się Matce Boskiej. Co dzień odmawiałam którąś cząstkę różańca i zachowałam zawsze miłość do Najświętszej Panny. Ona to, Ojcze mój, do mnie cię przyprowadza, Ona to zbawia moją biedną duszę!

Głęboko wzruszony tym, co słyszał, kapłan pocieszał biedną chorą, pomógł jej wyspowiadać się, dał jej rozgrzeszenie i zalecił jej przed odejściem, aby się przygotowała, jak może najlepiej, na przyjęcie ostatnich Sakramentów świętych, po które do sąsiedniego kościoła poszedł. Wychodząc, chciał uścisnąć rękę męża, który ją usunął i powrócił bardzo niezadowolony do szczęśliwej swej żony.

Ksiądz zajrzał do swego notesika, aby wynaleźć adres chorej, do której go przywoływano i zobaczył, że nie wskazano mu numeru 18-go, ale numer 28. Błogosławiąc Bogu za swą szczęśliwą pomyłkę, podążył pod numer 28, gdzie zastał rzeczywiście oczekującą go chorą. Wyspowiadał ją, po czym nie tracąc czasu poszedł obudzić zakrystiana parafialnego kościoła i biorąc Przenajświętszy Sakrament i Oleje święte, udał się do swych dwóch chorych; lecz gdy wszedł pod numer 18, jego penitentka dopiero co była skonała; przez sakramentalne rozgrzeszenie otrzymała odpuszczenie swych grzechów, a gorącość jej dobrej woli zastąpiła zapewne w oczach miłosiernego Boga te środki zbawienia, które kapłan jej przynosił.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 72-74.