Łączna liczba wyświetleń

sobota, 10 września 2016

SKRUSZONY KRAWIEC

Najprzód tedy co do stawienia się duszy przed jej Sędzią, jest to powszechnym zdaniem pomiędzy teologami, że Sąd szczegółowy odbywa się w tejże chwili, w której człowiek skonał; i że na tymże miejscu, gdzie dusza odłącza się od ciała, zostaje sądzoną przez Pana Jezusa, który nie wysyła na to nikogo innego, lecz sam przybywa w tym celu.
św. Alfons Liguori

Był w Grodzisku, jeszcze za czasów pana starosty Opalińskiego na Opalenicy, krawiec, na całą okolicę sławny; chociaż dwadzieścioro czeladzi u niego pracowało, jednak niepodobna było robocie podołać. Robił dobrze, lecz nie tylko, że kazał też za to sobie porządnie płacić, ale i kradł z każdego sukna, które się w jego ręce dostało.

Razu pewnego w chorobie widziało mu się, że umarł i dusza jego stanęła na sąd Boży. Widzi Opatrzność Boską nad sobą, całą w płomieniach jakoby z samej błyskawicy i widzi Syna Bożego siedzącego w całym swoim majestacie, a przed nim wielka waga wisi. Tuż z lewej strony stoi szatan i wlecze na wagę miechy jeden po drugim, aż ich biedny krawiec czterdzieści naliczył, a na każdym miechu rok czarno wyraźnie napisany, a w każdym miechu wszystkie te kawały sukna i materiału, które był w odnośnym roku pokradł. Widzi dowody swej kradzieży i drży ze strachu jak liść osiki. Już czterdzieści miechów na szali leży, aż się zupełnie przeważyła, a szatan się raduje. Z drugiej strony wagi sprawiedliwości stał Anioł Stróż, ale smutny, bo nic nie miał, co by mógł na szalę na korzyść krawca położyć. 

Truchleje krawiec, czuje, że musi być potępionym, odrzuconym od Chrystusa, od aniołów... widzi już gniew Majestatu Bożego, więc w strachu rzuca się na kolana przed Sędzią Najwyższym i drżącym grobowym głosem woła: 

— Panie przepuść! Panie przepuść! — litości! — przysięgam poprawę... wynagrodzę krzywdy... Przepuść Panie! — i łzy rzęsiste spłynęły mu z oczu. Pochwycił je zaraz Anioł Stróż, kładzie szybko na drugą szalę — a ta, choć powoli, na dół się przechyla... ważą się obie szale, to na tę, to na ową stronę, a wtem... ocucił się.

Widzi przy łóżku proboszcza swego dobrodzieja... więc woła: 

— Ojcze wysłuchaj! Rozgrzesz... byłem na sądzie Bożym...

Wyspowiadał się krawiec i nawrócił. Gdy przyszedł do zdrowia, wynagrodził krzywdy i odtąd nikogo nie krzywdził. Bóg mu odtąd błogosławił.

ks. Józef Makłowicz, Wybór przykładów ojczystych do nauki wiary i obyczajów. Czytania religijne dla katolików, Tom 1,
MIEJSCE-PIASTOWE, Nakładem autora, Tłocznia Zakładów Świętego Michała Archanioła, Lwów 1928, s. 130-131.

Z POWROTEM DO MARYI

Ileż to rzeczy wielkich i ukrytych zdziałał Bóg wszechmocny w tym cudownym Stworzeniu! Jakże prawdziwie mówi Maryja sama o sobie mimo swojej głębokiej pokory: Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię (Łk 1,49). Świat tych wielkich rzeczy nie zna, bo jest do tego niezdolny i tego niegodzien.
św. Ludwik Grignion de Montfort

W Rzymie, na katafalku leżały zwłoki w sile wieku mężczyzny. Nad głową wisiał obraz Matki Boskiej Różańcowej, otoczony, rzecz dziwna, znakami i orderami dostojnika wolnomularstwa, w skrzepłych jednak dłoniach zmarłego widniał różaniec. Oznaki wroga Kościoła, wizerunek Maryi i różaniec wskazywały wyraźnie, że w życiu zmarłego dokonał się jeden z onych szczytnych dramatów zwycięstwa wiary nad niewiarą...

Człowiek o którym piszemy nazywał się Hektor Natali. Rodzice dali mu religijne wychowanie, w 14 roku przystąpił do Komunii świętej, a wyrazem gorącości jego ducha było choćby to, że zaraz po Komunii świętej zapisał się do Bractwa Matki Boskiej Różańcowej, oddając się tym aktem na Jej własność.

Któż wobec tych oznak pobożności spodziewał się, że ta pierwsza Komunia będzie pierwszą - ale prawie i ostatnią Komunią w jego życiu? Hektor wyrósł na młodzieńca i od razu znalazł się w obozie masonerii - kościele szatana. I rzec można, że był gorliwym masonem-sługą samego diabła! Spod ciętego jego pióra płynęły raz po raz zjadliwe artykuły przeciw religii, a nawet wychodziły dzieła niewiarą zaprawne.

Na drodze jego życia stanęła kobieta Beatrix Monti. Była młodą, bogatą, piękną, ale ponadto wszystko była głęboko religijną. Hektor pragnął wybrać ją za towarzyszkę życia, ale wiara jej zdawała się być przepaścią dla jego zamiarów. Począł więc udawać religijność, umiał nawet pięknie mówić o Bogu i prawdach wiary i pozyskał w zupełności serce dziewczęcia. Kiedy już dzień ślubu był oznaczony, przekonał narzeczoną, że lepiej, aby osobno przystąpili w tym dniu do Komunii świętej, by serdeczna ale, bądź co bądź ziemska miłość nie mąciła podniosłego nastroju dusz. Beatrix nie przeczuwała wyrafinowanego kłamstwa i była bardziej jeszcze zachwyconą swoim narzeczonym.

Wkrótce jednak znikły obłudy. Beatrix wszakże umiała wykorzystać dla Boga niezaprzeczoną miłość swojego męża i skłoniła go, by wieczorem odmawiał: Zdrowaś Maryjo. Potem, przemyślną i rozumną miłością wyjednała, by nosił medalik Królowej Różańca świętego, i pozwolił obraz Jej zawiesić w swoim pokoju. W głębiach zaś serca, bolała nad odstępstwem męża i łzy strumieniem nieraz płynęły u stóp Maryi. 

Tymczasem Hektor dostał raz i drugi ataków serca, z których miały się rozwinąć długie i niebezpieczne cierpienia. Popłynęły więc znowu modlitwy i nowenny o wyzdrowienie - jak mówiła Beatrix, a w rzeczywistości modliła się o nawrócenie do Tej, którą nie darmo Ucieczką grzeszników nazwano.

Potęga Jej nieznacznie, co prawda, ale już zaczynała oddziaływać na wolnomularza! Czuł dziwny spokój, kiedy patrzał na modlącą się i rozklęczoną postać swej żony. Niespodzianie odwiedził go przyjaciel dni dziecinnych, a wtedy prałat papieski ks. Augustyn Guidi. Żegnając się, prosił go Hektor, by przyszedł i odwiedził go, gdy tego zażąda. Ponawiające się bolesne ataki serca były powodem, że Hektor zawezwał kapłana prędzej, niż ten się spodziewał.

— Przyjacielu — mówił — pragnę odzyskać pokój serca.

I rozpoczął spowiedź, po której prosił o przebaczenie zgorszenia, popalił wolnomularskie (masońskie) dyplomy i zażądał, by uroczyście przyniesiono mu Komunię świętą. Miała to być ekspiacja za otwarte odstępstwo od wiary. Pragnął się dźwignąć ze swej niemocy, by rzucić się do stóp Ojca Świętego i prosić o przebaczenie. Dowiedział się o tym papież Leon XIII i przysłał mu błogosławieństwo swoje. Czuł, że wielką łaskę powrotu do Boga zawdzięcza nikomu innemu tylko Maryi. Wspominał więc często, że Ona nie zapomniała o tym, że przez wpisanie się do różańca, stał się Jej własnością i dlatego nie dozwoliła mu zginąć! Różaniec już ani na moment nie wymykał się z rąk jego. Oznaki masońskie zlecił złożyć w świątyni Jej w Pompei jako wota.

Odszedł z tej ziemi w pierwszą sobotę różańca z okrzykiem dziecka, biegnącego na spotkanie matki: Idę do Ciebie, Maryjo, idę już. Idę...

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 140-141.

piątek, 9 września 2016

ŚMIERĆ JAKO LEKCJA NAWRÓCENIA

W ostatecznym oczyszczeniu świata dokona się zupełny rozdział żywiołów. Wszystko, co czyste i szlachetne, trwać będzie w niebie ku chwale błogosławionych. Wszystko zaś brudne i nieszlachetne wrzucone będzie do piekła ku udręczeniu potępionych. Tak więc, jak wszystko stworzenie dla wybranych będzie przyczyną radości, potępieńcy we wszystkich stworzeniach będą znajdować tylko przyczynę męczarni.
św. Tomasz z Akwinu


Młoda dziewczyna o imieniu Julia, odeszła od wiary w zabawach i przyjemnościach życia i lubowała się w wyśmiewaniu nauki Bożej. Pewnego dnia ktoś ostrzegł ją tymi słowami:

— Julio, to się źle skończy. Twoje bluźnierstwa ściągną na ciebie karę Bożą.
— To mnie mało obchodzi — odpowiedziała bezczelnie — czy ktoś kiedykolwiek wrócił z drugiego świata i opowiedział, co tam jest?

Tydzień później znaleziono ją w sypialni bez znaku życia. Przygotowano pogrzeb i złożono ją w trumnie. Następnego dnia pracownik cmentarny usłyszał jakieś dziwne dźwięki dochodzące z jednej z trumien. W obecności zaalarmowanych władz otworzono trumnę i wszyscy zrozumieli ze zgrozą, że dziewczynę zamknięto w trumnie żywcem. Jej twarz była straszliwie podrapana i zakrwawiona. Podnoszący dziewczynę z trumny usłyszeli jej okrzyk:

— Dzięki Ci Boże!

Po jakimś czasie Julia opowiedziała, co się stało. 

— Gdy odzyskałam świadomość w trumnie i zdałam sobie sprawę, że pogrzebano mnie żywcem, zaczęłam drapać i uderzać głową w deski. Ale na próżno; i wtedy przed oczyma stanęła śmierć. Nie tyle bałam się śmierci ciała, co śmierci wiecznej; wiedziałam, że idę na potępienie. Boże, jakże na to zasługiwałam. Krzyczałam i modliłam się, a potem znowu straciłam świadomość. Obudziłam się gdy wyciągano mnie z trumny. O, jakże wielka jest dobroć Boga! Jak ja pogardzałam prawdami wiary. Ukarałeś mnie, Panie, ale w swym miłosierdziu dałeś mi łaskę nawrócenia i żalu.

Wszyscy zaprzeczający istnieniu piekła będą musieli wyznać swój błąd, prędzej czy później. Niestety, dla wielu może być już za późno! 

François Xavier Schouppe SJ, Piekło. Dogmat o piekle na przykładach faktów z życia świętych 
i historii Kościoła, EXTER, Gdańsk 2003, s. 57-58.

REWOLUCJONISTA COLLOT DE HERBOIS

Piekło istnieje, czy chcemy wierzyć czy też nie. Jest to miejsce wiecznej kary przygotowanej dla tych, którzy odeszli z tego świata uparcie odrzucając Miłosierdzie Boże. Prawdy tej nauczał sam Zbawiciel Jezus Chrystus z powagą i autorytetem przewyższającymi jakąkolwiek naukę ludzką.
Thomas. A. Nelson

Rewolucyjny rzezimieszek Collot de Herbois słynął tak z bezbożności, jak i z krwawego okrucieństwa. To on był autorem masakr w Lyonie w 1793 roku i mordercą 1600 ofiar. Sześć lat później skazany został na zesłanie do Cayenne, gdzie dawał upust swemu szaleństwu przeklinając wszystko, co święte. Najmniejszy ślad religijności czy pobożności doprowadzał go do szału. Gdy zobaczył żołnierza czyniącego znak krzyża zawołał:

— Durniu, ty wierzysz w te przesądy! Nie wiesz, że Bóg, Maryja Panna, niebo i piekło to wymysły tej przeklętej bandy w sutannach?

Krótko po tym powaliła go ciężka choroba, i cierpienia zdawały się wypalać mu wnętrzności. Collot zaczął wydawać z siebie okropne jęki, przyzywając na pomoc Boga, Matkę Najświętszą i prosząc o księdza.

— Jak to — odezwał się do niego żołnierz — prosisz o księdza? Boisz się piekła? Przecież sam wyklinałeś kapłanów i żartowałeś z piekła!
— Niestety — zajęczał Collet — to mój język kłamał memu sercu.

Wkrótce potem umarł on w strasznych cierpieniach.

François Xavier Schouppe SJ, Piekło. Dogmat o piekle na przykładach faktów z życia świętych 
i historii Kościoła, EXTER, Gdańsk 2003, s. 55-56.

czwartek, 8 września 2016

DOBRY PRZYKŁAD KRÓLA ALFONSA

Maryja nie tylko nie odmawia mleka swojego miłosierdzia i wełny swojej opieki tym, którzy ją o to proszą, lecz się sama z tym nastręcza, aby nas pobudzić do ufności i zachęcić do wzywania Jej obrony przeciw gromom sprawiedliwości Bożej.
św. Alfons Liguori

Modląca się pątniczka, Kijów, Ukraina
Alfons, król Leonu i Galicji, pragnąc aby cała rodzina czciła Matkę Najświętszą Różańcem, w celu zachęcenia ich do tego własnym przykładem, pomyślał nosić przy boku wielki Różaniec, bez zobowiązania się jednak do odmawiania go: doprowadził w ten sposób cały swój dwór do pobożnego odmawiania go.

W niedługim czasie mógł stwierdzić, jak Matce Najświętszej podobała się jego pobożna inicjatywa. Złożony chorobą i szybko doszedłszy do stanu krańcowego, uważano, że umarł; przeciwnie! był tylko porwany w ekstazie przed trybunał Boży, gdzie widział szatanów, którzy oskarżali go o wiele jego przestępstw, i Boskiego Sędziego już w momencie skazania go na kary wieczne.

Wizja straszna, lecz po niej nastąpiła inna bardzo pocieszająca. Oto rzeczywiście Matka Najświętsza zbliża się do Boskiego Syna i wstawia się za nim. Ponieważ szatani położyli na jednym talerzu wagi grzechy króla, ona śpieszyła się z położeniem na drugim talerzu wielkiego Różańca, który Alfons nosił ku jej czci, a także Różańce, które swoim przykładem zachęcił do odmawiania. Natychmiast ta szala opuszczała się, a wtedy Najświętsza Dziewica patrząc na Alfonsa łaskawym okiem mówiła mu: 

— Uprosiłam ci od Syna, jako nagrodę za małą przysługę, jaką mi zrobiłeś nosząc Różaniec, abyś żył jeszcze kilka lat: a więc wykorzystaj je dobrze i czyń pokutę.


Przychodząc do siebie, Alfons zawołał: 

— O, błogosławiony Różaniec Najświętszej Dziewicy, któremu zawdzięczam uniknięcia potępienia wiecznego!

I odzyskawszy zdrowie, odznaczał się zawsze, dopóki żył, nabożeństwem do Różańca świętego odmawiając go każdego dnia.

Św. Ludwik Maria Grignon de Montfort, Przedziwny sekret Różańca świętego. 
Tajemnica łaski i zbawienia, Montfortański Ośrodek Maryjny, Rzym 1960, s. 23-24.

MODLITWA MATKI

Matka Boża nie tylko wspomaga kaznodziejów sławiących Różaniec, ale nagradza hojnie również tych, którzy, pociągają innych do tego nabożeństwa swoim przykładem.
św. Ludwik Grignion de Montfort

W ukrytym domku, z dala od gwaru wielkiego miasta, na łóżku boleści spoczywa młodzian dwudziestoletni. Leży cicho, bez ruchu, złożony chorobą, która wnet przetnie pasmo dni jego boleści, oczy tylko jego wielkie błyszczą szczególnym złowrogim blaskiem. Zdaje się, że całe jego życie zebrało się w źrenicach błyszczących posępnie.

Izba zdradza ubóstwo, nędzę. W kącie, coś w rodzaju szafki, dwa krzesła słomiane, ściany bielone, a na jednej z nich wprost skromnego posłania chorego obraz kolorowy Najświętszej Panny Maryi trzymającej na ręce Dziecię Jezus.

Wzrok młodzieńca pada od czasu do czasu na ten obraz, lecz w nim tylko nienawiść się przebija, jakby niecne bluźnierstwa. Uboga matka stoi przy łożu, patrzy na chorego przez łzy, które wolno płyną po twarzy zoranej pracą, nędzą i cierpieniem. W ręku trzyma różaniec święty, modli się do Najświętszej Panny Maryi, aby przyszła jej z pomocą, aby u Syna łaskę miłosierdzia wyjednała. Najświętsza Panna Maryja słucha tej modlitwy, bo zawsze słucha tych, co do Niej się uciekają; zły syn milczy zawzięcie, a to milczenie jego aż nadto wymowne, starczy za słowa urągania.

— Synu mój, miej litość nade mną, jeżeli jej nie masz nad sobą samym. Wszystko ci darowałam. Opuszczenie mię. Rozpustę. Świętokradztwa. Bluźnierstwa. Pogróżki... Powiedz mi w tej ostatniej chwili, że przyjmujesz moje przebaczenie.

Nie ma odpowiedzi.

— Łaski, proś Boga o przebaczenie.

Cisza.

— Daj mi choć jedno słowo, nazwij mię słodkim imieniem matki, którą już tak dawno mię nie nazwałeś.

Tym razem spojrzał na nią, poruszył z wysiłkiem wargami i rzekł krótko z nienawiścią:

— Nie!

Nieszczęśliwa matka podniosła oczy na obraz Najświętszej Panny Maryi z rozpaczą i jakby z wyrzutem, następnie porywa nagle swą chustkę i wybiega... Dąży spiesznie do najbliższego kościoła i upada na kolana przed ołtarzem Matki Boskiej Różańcowej. Modli się żarliwie. Walczy w niej rozpacz i ufność. Poddanie się...

Trwa na modlitwie czas dłuższy, powstaje wreszcie i powraca szybko do domu, otwiera trwożliwie drzwi, blada, trzęsąca się, zatrzymuje się - nie śmie spojrzeć, czy syn już umarł, czy jeszcze kona. Jeżeli żyje, to może znowu przeszyje jej serce wzrokiem nienawiści, wstrząśnie nią strasznym bluźnierstwem... Słucha...

— Mamo!

Mój Boże, czy syn mój to mówi... nie może zdać sobie z tego sprawy. 

— Mamo.

Po raz drugi powtarza umierający, oczy jego pełne łez.

Zbolała matka upada na kolana u łoża syna, przejęta już radością i zdziwieniem, miłością najczulszą macierzyńską. To nie sen, ułuda, która rozejdzie się. Nie, to syn ją woła, patrzy na nią jak niegdyś, dawno temu już, zalany łzami i głosem przerywanym, ciężkim oddechem mówi, wskazując na obraz Najświętszej Panny Maryi.

— Ona, Ona na mnie z obrazu spoglądała... i rzekła... słyszałem Ją dobrze: “Pomnij, że Syn mój umarł za ciebie na krzyżu! Ja jestem twą Matką!”.

Nieprzebrane miłosierdzie Boże! Najświętsza Panna Maryja, Królowa Różańca świętego wysłuchała błagania biednej matki! 

Kapłan dopełnił dzieła miłosierdzia Najświętszej Panny. Z jakim żalem doskonałym chory spowiadał się, z jakąż miłością przyjął ostatnie Sakramenta święte!

W najczulszych objęciach matki marnotrawny syn oddał ducha Bogu. Błogosławiona to była śmierć, przemiany dokonał żal, uczucie wdzięczności i miłości!

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 135-137.



środa, 7 września 2016

U SCHYŁKU DNI

Za swojego życia świętemu Dominikowi nic innego nie leżało tak bardzo na sercu, jak głoszenie wielkości Matki Bożej i zachęcania wszystkich do Jej czczenia przez Różaniec. Dlatego można Królowa Nieba nie przestawała zsyłać pełnymi rękoma błogosławieństwa na tego świętego. Uhonorowała jego trud tysiącami znaków i cudów. Każda dosłownie prośba zanoszona przez niego do Boga była wysłuchana przez pośrednictwo Matki Bożej. I - co stało się największym względem - Ona to uczyniła świętego zwycięzcą nad herezją albigensów oraz ojcem i patriarchą wielkiego zakonu.
św. Ludwik Grignion de Montfort

Fra Angelico, Ukoronowanie Maryi,
Florencia 1437-1446
Andrzej E. jeden z najwybitniejszych włościan, którzy w roku 1837 porzucili religię przodków swoich i wyemigrowali do Prus, powrócił przed kilku laty do Tyrolu do swej rodziny, nie przestawszy atoli wyznawać dotychczasowej swej kacerskiej nauki. Okoliczność ta była wielkim zmartwieniem dla rodziny, która też nieustannie błagała go, aby się upamiętał zwłaszcza, że już 80-ty rok życia liczył i jak to się mówi, nad grobem już stał. Ale starzec okazywał się stale nieczułym na prośby swych dzieci i żony, przerywał każdą rozmowę o religii i zatapiał się w Biblii, i w innych protestanckich książkach, których strzegł jak relikwij jakich.

Nadszedł dzień 30 listopada, dzień patrona jego. W dniu tym wziął on po raz pierwszy (od czasu pobytu swego między swoimi) udział we wspólnym odmawianiu różańca, który rodzina zwykła była codziennie wieczorem odmawiać. Od ćwiczenia tego przedtem zawsze się oddalał pomimo zaprosin ze strony rodziny. Zdarzenie to sprawiło wielką radość i niejedna łza wzruszenia i błogiej nadziei spłynęła po obliczu modlących się, a zwłaszcza żony jego. Andrzej odmówił nawet Zdrowaś Maryjo, modlitwę, która przez 29 lat nie powstała na ustach jego. I nie dość na tym; w końcu wyjawił postanowienie swe, że pragnie złożyć wyznanie wiary katolickiej.

Stało się to dnia 19 grudnia roku 1861.

W obecności kilku księży, pomiędzy którymi znajdowali się także dwaj jego synowie i dawny ojciec duchowny, obok całej rodziny, która zebrała się na tak rzadką uroczystość złożył wyznanie wiary. Jakiego uczucia doznali wszyscy, a szczególniej gorliwa o swą wiarę katolicką żona, która wybrała raczej długie lata rozłąki z mężem, aniżeli odstąpienie od swej wiary, tego opisać nie sposób, to sam czytelnik musi sobie w duszy wyobrazić.

Od tego pamiętnego dnia nie masz też w tej rodzinie niezgody, wszyscy jednomyślnie modlą się do jednego Boga. Stąd poznać możemy, jak wielkim dobrem jest jedność religijna dla rodzin, gmin i kraju. Rozdział bowiem religijny sprowadza wszędzie rozdwojenie i przykre rozerwanie stosunków domowych.

Podziwienia też godną jest ta okoliczność, że Andrzej rozpoczął swe oderwanie od wiary zaniedbaniem wieczornego różańca, i że znowu po upływie 29-ciu lat właśnie od obecności na tym świętym ćwiczeniu ku czci Najświętszej Panny Maryi Różańcowej odbywanym, zbawienny zwrot ku dawnej wierze katolickiej u niego nastąpił. 

Dalej godnym uwagi jest to, że w oktawę Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Panny Maryi powziął on stanowcze postanowienie nawrócenia się. Widzimy stąd jak zawsze Najświętsza Maryja spełnia swój urząd "pogromicielki wszelkich herezyj" i że nie na darmo nazwaną jest "młotem kruszącym błędne nauki".

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 132-133.

KAMIENIARZ NAZWISKIEM EULOGIJUSZ

Naturą ubóstwa jest nie być przywiązanym do rzeczy. Nie przywiązuj się zanadto nawet do rzeczy koniecznie potrzebnych.
św. Maksymilian Maria Kolbe

Paweł z Egiptu, pustelnik
Za cesarza Justyna mieszkał w Egipcie pewien kamieniarz nazwiskiem Eulogiusz, który chociaż biedny pod względem materialnym, bogaty był w wiarę i cnoty chrześcijańskie. Utrzymywał się z pracy rąk. Jakkolwiek byt jego materialny wcale się nie poprawiał na tej ziemi, jednakże modlitwą i dobrymi uczynkami powiększał on skarby w Niebie. Przy wysiłkach i ciężkiej pracy pościł regularnie aż do zachodu słońca, a skąpym zarobkiem żywił biednych, pomagał nieszczęśliwym i wspierał podróżnych. 

Miał on przyjaciela, bardzo świątobliwego zakonnika, imieniem Daniela, który go często, osobliwie w dni świąteczne, odwiedzał i przyjemnie z nim czas przepędzał. Zakonnik zbudowany tak pięknymi cnotami człowieka niskiego stanu i pochodzenia, widząc przy tym na jaki cel obracał mienie ciężką pracą nabyte, prosił Boga, aby mu udzielił bogactw, którymi by obficiej mógł szafować na rzecz ubogich i nieszczęśliwych. 

Bóg wysłuchał modlitwy pobożnego zakonnika. Eulogiusz kopiąc razu jednego ziemię znalazł bardzo wielki skarb w niej ukryty. Ale chwila znalezienia i objęcia w posiadanie owego skarbu była chwilą śmierci i pogrzebu wszystkich jego cnót i zasług, jakie miał u Boga; cnotliwe bowiem i pobożne życie zamienił odtąd na występne i hulaszcze. Poprzednio myśli jego obracały się wyłącznie około rzeczy świętych, zajmował się modlitwą i rozmyślaniem pobożnym, teraz zaś o niczym więcej nie myślał, tylko o bogactwach i godnościach światowych. Stał się wskutek tego posępny, gniewny, drażliwy i podejrzliwy; opanowała go melancholia, przestał się modlić, rozmyślać, przystępować do sakramentów świętych; w sercu jego wystygła zupełnie miłość względem Pana Boga; stał się obojętnym i nieczułym na cierpienia bliźnich. Znienawidziwszy pracę i odosobnienie, obmyślał nowe sposoby przyjemniejszego przepędzenia życia i upojenia się rozkoszą światową. Bogactwa, których teraz był posiadaczem, ułatwiły mu wstęp do ludzi zajmujących wyższe stanowiska, a że nie był pozbawiony zdolności i wykształcenia, wkrótce więc zwrócił ich uwagę na siebie. Znalazł przyjaciół, zawiązał stosunki z ludźmi znakomitszymi, zapoznał się z wyższymi urzędnikami i wojskowymi, a przy grzeczności i gościnności pozyskał sobie przychylność i serca wielu. Słowem, tak umiał ująć starszych i wpływowych ludzi, że w ciągu kilku lat, awansując ze stopni niższych na wyższe, zajął na koniec stanowisko dowódcy gwardii cesarskiej. Na nieszczęście jednak począł się pysznić, nadymać, wieść życie zbytkowne i hulaszcze; gry, widowiska, uczty, przepych, próżność i zbytki zastąpiły miejsce pokory, prostoty, pobożności i wszystkich innych cnót, których dawniej był szczęśliwym posiadaczem.

Tymczasem zakonnik Daniel zawiadomiony o wszystkim, co się stało z jego przyjacielem poczciwym niegdyś kamieniarzem, bardzo się zmartwił i niezwłocznie udał się do Konstantynopola, by odszukać i przyprowadzić do owczarni tę owcę zbłąkaną. Udało mu się wejść do wspaniałego pałacu, w którym mieszkał Eulogiusz, z wielką jednak trudnością zdołał się dostać do samego pana. Stanąwszy przed Eulogiuszem poczciwy zakonnik przypomniał mu jego stan pierwotny, w którym się przed kilku laty znajdował, a nadto dawniejszą pobożność i cnoty; otwarcie ganił obecne jego życie światowe, opieszałość w służbie bożej, zbytki i lekceważenie tych ćwiczeń duchownych, którym się przed kilku laty tak pilnie oddawał. Atoli Eulogiusz napomnień zakonnika nie słuchał: przyjął go opryskliwie i wygnał z pogardą nazywając go głupim i zuchwałym; za przykładem pana i służba nie szczędziła obelżywych słów, a nawet i pięści ubogiemu mnichowi. Daniel zalany łzami i krwią oddalił się bardziej ubolewając nad losem dawniejszego przyjaciela, aniżeli nad zniewagą, jaka go w jego domu spotkała. Błagał więc Boga, aby mu odjął teraz owe skarby, które go do zguby i takiego zaślepienia doprowadziły.

Pan Bóg i teraz wysłuchał modlitwy dobrego zakonnika; wkrótce też zaszła zmiana w sercu i usposobieniu dawniejszego przyjaciela. Powstał bunt w wojsku przeciwko cesarzowi Justynowi; Eulogiusz dał się uwikłać w tym ruchu, który w krótkim czasie odkryto i przytłumiono: wszyscy sprzysiężeni skazani byli na śmierć. Aczkolwiek Eulogiusz w ucieczce znalazł ocalenie, utracił jednakże urząd, dobra, pałac i znowu powrócił do największej nędzy. Nie pozostawało mu nic innego, jak wrócić do rzemiosła i z dala od ludzi oddać się znowu ciężkiej i mozolnej pracy. 

Nie masz jednak złego, które by przy dobrych chęciach na dobre nie wyszło człowiekowi. Nieszczęście otworzyło mu teraz oczy, które pomyślność była wprzódy zaćmiła. Oderwany od ponęt tego świata ciągnących do grzechu, pozbawiony przepychu i skarbów, które był posiadał, począł tym głębiej zastanawiać się nad sobą, a przy świetle łaski bożej poznawać własne sumienie zabłocone chwilowymi rozkoszami i wszystek pogrążył się w myślach o Bogu i wieczności. W takim stanie ducha począł coraz dokładniej poznawać nicość rzeczy doczesnych, niebezpieczeństwa wynikające z bogactw i godności światowych. Gorzko więc opłakiwał swoje błędy, zaprzysiągł oddać się całkowicie wielkiej sprawie zbawienia duszy i wrócił do pracy i pobożności, która poprzednio była jedynym jego zajęciem.

Zacny Daniel odwiedzał Eulogiusza, a widząc tak chwalebne zajęcia utwierdzał go w pobożności i razem z nim składał dzięki Panu. Tak więc ubóstwo i niepowodzenie naprowadziło Eulogiusza na drogę zbawienia, z której go bogactwa i zaszczyty były wykoleiły; teraz spokój serca odzyskał.

Ks. Jan Michniewicz, Pokój serca i środki do znalezienia go i utrwalenia, Warszawa 1893, s. 23-25.

wtorek, 6 września 2016

NIEDOWIAREK A RÓŻANIEC

Ateista – osoba, która wierzy w nieistnienie Boga, który ją stworzył. Ateista ma zawsze przegrane, bo jeżeli Boga nie ma, to po śmierci nigdy nie dowie się, że miał rację; a jeżeli Bóg istnieje, to znaczy, że przez całe życie się mylił. Czasami można spotkać na cmentarzach groby ateistów z napisem: „Tu leży ateista, ładnie ubrany, ale nigdzie się nie wybiera”. 
Anonim
Volney, filozof niedowiarek, będąc razu jednego w barce na morzu z kilkoma towarzyszami również jak i on wolnomyślnymi, spostrzegł pomiędzy pasażerami w końcu barki siedzącą kobietę, która trzymała koronkę w ręku i pobożnie odmawiała pacierze. Ponieważ duch czasu wymagał, by to wszystko, co tylko do religii należało i miało charakter świętości, pod pręgierz szyderstw podprowadzono, więc i nasi filozofowie nie mogli się powstrzymać, by nie pozwolić sobie żartów z modlącej się kobiety. 

Naprzód prześladowali ją przedrzeźniając jej sposób modlenia się i bawiąc się śmiechem z jej miny pobożnej i kornej postawy, a gdy ona nie ustawała się modlić, wtedy zaczęli bluźnierstwa miotać na Boga i Jego religię świętą. 

Upłynęło zaledwie pół godziny od tej antyreligijnej demonstracji. Nikt nie przypuszczał, że z tak małych na pozór chmur pokrywających podówczas niebo spadnie deszcz ulewny. Co gorsza powstała burza, zerwał się straszny huragan miotający barką na wszystkie strony. Pobledli ze strachu wszyscy wędrowcy, a z nimi i nasi wolnomyślni filozofowie; trzęśli się jak liście na drzewie, bo istotnie lada chwila mogli zatonąć w głębokościach morskich. 

Na widok takiego niebezpieczeństwa niemal wszyscy wpadli na myśl, aby przez modlitwę udać się do Boga i błagać Go o pomoc, której żadna potęga ludzka udzielić im już nie była zdolna. Volney, z przestrachu prawie nieprzytomny, bieży do owej kobiety, którą pół godziny temu wyśmiewał, rzuca się na kolana i błaga ją, aby z nim razem odmawiała koronkę dla uproszenie od Boga oddalenia strasznej burzy. Upadłszy na kolana, trzymając koronkę w ręku odmawiał pobożnie „Zdrowaś Maryjo”. Wkrótce niebo się rozjaśniło, wiatr ustał, burza ucichła, morze się uspokoiło. 

— Mój panie — przemówiła do Volneya kobieta, która nawet podczas burzy nie straciła pokoju — do kogo zanosiłeś modlitwy widząc niebezpieczeństwo grożące, skoro takie przed chwilą miotałeś bluźnierstwa na Boga i Jego świętych?

Filozof tak niespodziewanie zagadnięty odpowiedział szczerze, acz naiwnie: 

— Moja droga, wtenczas nie wierzymy, kiedy pogoda i słońce jasno świeci, gdy zaś burza zaskoczy, stajemy się bigotami.

Taka jest istotnie stałość zasad niedowiarków szydzących z religii i z pobożności: gdy w szczęściu są, śmieją się ze wszystkiego, a więc i z praktyk religijnych; gdy bieda zaskoczy, grom kary Bożej pogrozi, wtedy ze strachu truchleją wzywając na pomoc Boga i Jego świętych, którym przed chwilą bluźnili. Trafnie poeta scharakteryzował takiego pokroju filozofów mówiąc: 

„Zaufany filozof w zdaniach przedsięwziętych,
Nie wierzył w Pana Boga, śmiał się z wszystkich świętych. 
Przyszła słabość, aż mędrzec, co firmament mierzył, 
Nie tylko w Pana Boga, i w upiory wierzył.”

Ks. Jan Michniewicz, Pokój serca i środki do znalezienia go i utrwalenia, 
Warszawa 1893, s. 386-387.

niedziela, 4 września 2016

TRZY RÓŻAŃCE

Nie sposób wypowiedzieć, jak Matka Boża ceni Różaniec; bardziej niż wszystkie inne nabożeństwa, i jak jest wspaniałomyślna w wynagradzaniu tych, którzy trudzą się jego upowszechnianiem, wprowadzaniem i praktykowaniem. I przeciwnie, jak jest sroga wobec tych, którzy chcą się temu sprzeciwić.
św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

Bogaty właściciel dóbr Artur N. stracił już w młodości swej wiarę. Uczęszczał on do szkół bezwyznaniowych. Przewrotne zasady złych ludzi, ich kłamliwe przedstawienia nauki o religii i obyczajach, połączone z naśmiewaniem się z nabożeństw Kościoła świętego, usposobiły Artura wrogo dla religii i zepsuły jego serce. Należał on jednak, że tak powiem, do niedowiarków szlachetniejszego rodzaju; był miłym w obejściu i ukrywał jad swego niedowiarstwa pod płaszczem grzecznego zachowywania się w towarzystwie. W czasie, o którym mowa, był Artur dojrzałym, poważnym mężczyzną, włosy miał długie, białe a broda siwa spływała mu aż na piersi. Wcześnie już zaciągnął się on w szeregi wolnomularzy (...), próby odbył u "sług szatana" iście chwalebnie, a nawet osiągnął wysoką godność "rycerza Kadosza".

Był on najbogatszym w okolicy, grał rolę "przyjaciela ludzkości", wspierał ubogich, toteż pozyskał sobie miłość i poważanie u wielu. Miał córkę młodą i piękną, imieniem Irma, u której pobożność szła w parze z pięknością. Była przeciwieństwem ojca. O ile tamten tchnął niewiarą, o tyle goręcej i stałej wierzyła Irma. Bardzo ją bolało zachowanie się ojca wobec religii, toteż gorąco modliła się, płakała w ukryciu nad jego dolą. Często można ją było widzieć u stóp ołtarza "Pocieszycielki utrapionych", przed którym zasyłała gorące modły do "Ucieczki grzesznych", prosząc o nawrócenie ojca.

Przybył w tym czasie do wsi, w której mieszkał Artur ze swą córką, gorliwy misjonarz, aby odprawić dla ludu ćwiczenia duchowne, czyli misje. Oświecona łaską Bożą i pobudzona głosem wewnętrznym podwoiła teraz Irma swe modły, aby uprosić przy tej sposobności łaskę nawrócenia dla tego, którego gorąco miłowała. Udała się do misjonarza, cała zapłakana, i prosiła go, by jej podał jakie skuteczne lekarstwo.

— Musimy się modlić — odrzekł misjonarz — i to modlić się nieustannie. Nie trać nadziei, Bóg i łaska Jego silniejszymi są od piekła. Opowiedz mi coś o zwyczajach i sposobie życia twego ojca.
— Wszystko, co w tym względzie wiem — odpowiedziała Irma — ogranicza się na tym: wstaje o godzinie 9, o 10 je śniadanie, po czym udaje się do ogrodu, położonego na pięknym wzgórzu o kilometr od wsi. Tam przepędza cały dzień, przechadza się po ogrodzie lub zamyka się w swym pomieszkaniu.
— Dobrze, ostatecznie wystarczy mi i to. Proszę cię odmawiaj przez trzy następne dnie o kwadrans na 11 różaniec na intencję nawrócenia ojca.

Następnego dnia misjonarz ukończywszy nabożeństwo w kościele, udał się do wspomnianego ogrodu. Ze szczytu wzgórza oglądał cały ogród, podziwiał piękne ławki darniowe, aleje, kwiaty, wodotryski i wodospady i już zwracał do wsi, gdy spostrzegł Artura zdążającego do swej willi. Kiedy już misjonarz był o kilka zaledwie kroków odeń oddalony, przystanął, pozdrowił go uprzejmie i tak się zachowywał, jak gdyby chciał Artura od stóp do głowy obejrzeć.

— Cóż to ma znaczyć, księże proboszczu? — zapytał Artur zdziwiony i rozgniewany zarazem.
— Wielmożny Panie! — odrzekł misjonarz uprzejmie, — proszę o przebaczenie, jeżelim cię obraził, widok twój mię zachwyca. Podziwiam twą piękną brodę. Daruj mi, że to mówię. Ma Pan zaprawdę brodę jak gdyby patriarcha. Wątpię, czy żydzi Melchizedech, Abraham albo Aron mieli tak piękne brody jak pańska.

Dowcip ten rozbroił starca.

— Gdyby to nie było niegrzecznie z mej strony, księże proboszczu — rzekł całkiem uprzejmie, — to śmiałbym zaprosić cię do mego ogrodu, który niedaleko stąd się znajduje.
— Z przyjemnością! — odrzekł misjonarz, — będę Panu towarzyszył.

Zwrócili się więc razem w stronę ogrodu, rozmawiali po drodze o pogodzie i o deszczu, o tym i o owym. W ogrodzie podziwiali piękność przyrody, a w końcu weszli do środka willi. Ściany jej pokryte były cennymi wprawdzie obrazami, ale tego rodzaju, że misjonarz musiał od nich czym prędzej wzrok odwrócić. Nic jednakże nie powiedział Arturowi; spoglądnął na zegarek, oświadczył, że obowiązki powołują go do domu i pożegnawszy starca, oddalił się.

Prostota a zarazem umysł i pełne godności zachowanie się ujęły zupełnie Artura, toteż zanim dozwolił oddalić się misjonarzowi, wymógł na nim przyrzeczenie, iż na drugi dzień znowu go w ogrodzie odwiedzi. Tymczasem Irma ze szczególnym nabożeństwem o przepisanej godzinie odmówiła pierwszy różaniec.

* * *

Drugiego dnia, stosownie do danego przyrzeczenia, przybył misjonarz o tej samej godzinie do ogrodu. Jakżeż wielkim było jego zdziwienie, gdy wszedłszy do willi zauważył, że obrazy były do ściany poodwracane. I dziś jednak nie zwrócił na nie Arturowi uwagi.

Przechadzali się po wspaniałym ogrodzie, w cienistych alejach, rozprawiali o literaturze, o sprawach politycznych. Po niejakim czasie pożegnał się z Arturem, mówiąc, że musi udać się do konfesjonału i przyrzekł na usilne nalegania Artura odwiedzić go nazajutrz o tej samej godzinie.

Irma odmówiła drugi różaniec, uciekając się do Maryi i pokładając w Jej wstawiennictwie coraz większą nadzieję.

* * *

Większym jednak był jej zapał, jej ufność i nabożeństwo, gdy dnia trzeciego o przepisanej godzinie u stóp Maryi wśród łez gorących przesuwała paciorki a usta szeptały: "Zdrowaś Maryjo"...

Tymczasem misjonarz udał się po raz trzeci do ogrodu, gdzie go przyjął Artur ze szczególną i niedwuznaczną uprzejmością. Po wspólnej przechadzce po ogrodzie weszli do pracowni Artura. Ku niemałemu zdziwieniu spostrzegł tu misjonarz piękny klęcznik, a nad nim wspaniały krzyż z kości słoniowej. Starzec uśmiechnął się. 

— Czy domyślasz się czego, księże proboszczu? — zapytał.
— Tak jest! mój przyjacielu — odrzekł z radością misjonarz, uszczęśliwiony nad wyraz przekonaniem, że prośba niewinnej duszy uprosiła czas łaski.
— Księże proboszczu! — przemówił starzec drżącym głosem, — długo walczyłem, lecz po tej żmudnej walce uznaję się dziś za zwyciężonego. Łaska przemogła. Masz przed sobą, Ojcze, starego grzesznika, który wyrzeka się swych błędów i odrzuca bezbożne zasady fałszywej masońskiej filozofii. Widzę teraz w całej okazałości boskość religii katolickiej. Jak Augustyn, tak i ja szukałem szczęścia w próżnych uciechach tego świata - i jak on nie prędzej znajdę spokój, aż rzucę pod nogi próżności światowe, a wszystkie uczucia serca mego zwrócę ku niebu. Całym sercem wyznaję teraz prawdziwość słów Mędrca Pańskiego: «Wszystko jest marność i utrapienie ducha». W twe ramiona, czcigodny Ojcze, rzucam się i proszę, racz biednemu rozbitkowi dopomóc, by zawinął do pewnej przystani. Odprowadź zbłąkaną owieczkę na powrót do jedynie prawdziwej owczarni Chrystusa, przyjm mię na powrót na łono Kościoła katolickiego, zaleczywszy wprzód me rany.

Długi czas pozostali ksiądz i dotychczasowy wolnomularz w objęciu - obfite łzy spływały po ich twarzy.

* * *

Kilka dni później widziano u Stołu Pańskiego obok pięknej młodej dziewicy poważnego starca z białą, długą brodą. Jego skromna, szlachetna postawa była zbudowaniem dla całej gminy, której przedtem zgorszeniem była jego niewiara. Była to Irma ze swym sędziwym ojcem.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 127-130.

sobota, 3 września 2016

UZDROWIENIE ZAKONNICY (Z KLASZTORU ŚW. BERNARDA, 10 MAJA 1889)

Przez ośm lat cierpiałam strasznie, poddawałam się nawet operacji ciężkiej, leczyłam się w szpitalu we Lwowie, w Krakowie, a na ostatku w Drohobyczu. Rany goić mi się nie chciały, a nadto wrzód wewnętrzny zrobił mi się na boku. Kazano mi szpital opuścić, bo parę dni życia mi liczono. Wtedy to za poradą mojej babci udałam się do Matki Boskiej Królowej Różańca świętego i do Najświętszego Serca Pana Jezusa o ratunek i miłosierdzie. Wnet doznałam ulgi, rany się zagoiły i dziś zdrową się czuję pomimo mojego kalectwa.
p. Janina Jadwiga Jarosz, pochodziła z Uszni obok Drohobycza

Gregorio di Cecco,
Madonna na tronie
z aniołami, 15 w.,
muzeum w Liechtenstein
W mieście St. Angelo, prowincji pesarskiej (we Włoszech) została cudownie uzdrowioną przez Najświętszą Maryję Pannę, Królowę Różańca świętego, franciszkanka Crociana Jacopuccio. Fakt ten poruszył niemal cały kraj; pośród licznych świadków tego cudownego zdarzenia znajdował się także ks. biskup Majoli, jak to widać z opisu przechowanego w archiwum klasztoru. Uzdrowienie swe z polecenia przełożonych spisała sama siostra Crociana, a dr Bartłomiej Longo, znany czciciel Najświętszej Panny pompejańskiej, ogłosił w swoim pisemku pt. "Różaniec w Pompei".

Oto jej słowa:

«Moja śmiertelna choroba pojawiła się dnia 24 kwietnia 1881 roku, pierwszą jej oznaką była febra połączona z gwałtownym i bolesnym kłuciem tak, że aż mną rzucało. Bezskuteczną była wszelka pomoc i opieka lekarska. Do tych boleści przyłączyła się silna gorączka, wymioty, wskutek czego uczułam wstręt do jedzenia. Sen mię opuścił, pośród okropnych kurczów straciłam przytomność. Często byłam nieprzytomną, co mię bojaźnią napełniało, że utracę używanie rozumu, myśl o tym w chwilach spokojniejszych, napełniała mię niewymowną trwogą.

Nastał rok 1888.

Dowiedziałam się, że w tym roku udzieliła Królowa Różańca świętego z Pompei hojnych łask czcicielom swoim; zaczęłam i ja odprawiać do Niej nowenny jedną za drugą i nie ustawałam, choć już 32-gą nowennę odprawiałam. 

W połowie marca 1889 roku dostałam tak strasznych kurczów, że sądziłam się już bliską śmierci. Przez pięć dni nie mogłam nic jeść ani pić. Zawołano tedy spowiednika księdza kanonika Ludwika Patevercchia, który spostrzegłszy niebezpieczeństwo, rozporządził, aby mi dano ostatnie św. Sakramenty. Ks. kanonik polecił mi, żebym się ofiarowała Matce Boskiej pompejańskiej. Przełożona zaś, czcigodna Maria Monacelli modliła się ciągle za mną ze wszystkimi siostrami.

Tak stały rzeczy aż do dnia 12 kwietnia.

Siostra Dominika Capelacci, która mię obsługiwała, spostrzegłszy, żem bardzo osłabiona, zawołała:

— O Królowo Różańca świętego pompejańska! Dzisiaj kończymy już 32-gą nowennę ku czci Twojej, a biednej chorej coraz to gorzej i gorzej.

Wtem odezwał się dzwonek klasztorny, zwołujący zgromadzenie na Mszę świętą. Przypomniałam sobie, że dziś w piątek przypada uroczystość Matki Boskiej Bolesnej, którą prosiłam o pomoc przez jedną nowennę. Dlatego powiedziałam do usługującej siostry:

— Dominiko, proszę cię, idź za mnie do chóru na Mszę świętą i przyjmij Komunię świętą na moją intencję.

Siostra uczyniła zadość memu życzeniu. Zostałam sama jakby martwa. Podczas podniesienia uczułam się wolną od dotychczasowej martwoty, ospałości i przyszła mi myśl obrócić się na lewy bok ku ścianie, na której wisiał obraz Najświętszej Panny Maryi. Zupełnie z sił wyczerpana, nie mogłam się bez obcej pomocy w łóżku obrócić.

Gdy jednak myślałam o tym, nagle spostrzegam, żem do ściany obrócona, chociaż nie wiem w jaki sposób, lub przez kogo się to stało. Silne wstrząśnienie przebiegło po całym ciele, czuję jak moje nerwy prostują się i wolną jestem od choroby w 50tym roku życia mego, z których ośm lat spędziłam na łożu boleści.

Z początku nie wierzyłam temu i pozostałam w łóżku, jakby zmysłów pozbawiona. Lecz znowu jakaś siła niewidzialna po trzykroć mnie w łóżku podnosi. To mię już przekonywa, że zbawcza dłoń Najświętszej Panny Maryi mnie się dotknęła. Przepełniona radością, wyskoczyłam z łóżka i ubrałam się sama - sama, któram przez tyle lat ani poruszyć się nie mogła.

Pierwsza moja myśl była złożyć dzięki Niebios Królowej. Wybiegłam więc z celi i podążyłam do kaplicy. Uniesiona radością, chciałam się jeszcze przekonać, czy rzeczywiście już zdrową jestem i w tym celu przebiegłam kilka razy schody klasztorne do góry i na dół. Z początku zamierzałam pójść do chóru ku siostrom, lecz zatrzymałam się, by ich tak nagle nie zaskoczyć moim cudownym uzdrowieniem; poszłam więc do małego chórku, gdzie właśnie zastałam moją służebniczkę siostrę Dominikę Capellacci.

Okrzyk: Siostro Dominiko! wydarł mi się z piersi. Dobra ta dusza, która przed pół godziną widziała mnie w łóżku umierającą, przypatrzywszy się, zbladła i przez dłuższy czas była jakby nieprzytomna. Prawdopodobnie myślała, że chora umarła i ducha jej widzi. Wreszcie oprzytomniała, krew prawie wszystka oblała jej twarz i zawołała:

— Siostro Crociano, co się to stało? Ty tutaj?
— Tak jest — odpowiedziałam — Matka Boska mię posłała, bom już zdrowa, zupełnie zdrowa.

Zaledwie skończyła się służba Boża w kościele, zawołałam głośno, nie mogąc już dłużej wytrzymać:

— Matko przełożona, drogie Siostry, chodźcie tutaj, chodźcie tutaj wszystkie! Oto jestem zdrowa, Matka Boska Różańcowa pompejańska mię uzdrowiła!

Wszystkie pospieszyły do mnie. Któż zdoła opisać, co się teraz działo? Jedne mnie całowały, drugie brały mnie w objęcia swoje, niektóre stały zdziwione. Poszłyśmy potem do kościoła i zaśpiewały na podziękowanie radosny hymn: Te Deum laudamus - Ciebie Boże chwalimy.

Prędko rozniosło się to cudowne zdarzenie po mieście, wszyscy przychodzili zobaczyć i przekonać się o tym cudzie. Przyszedł nasz spowiednik ks. kanonik Pateverchi, Don Ludwik Bastianelli, ks. kanonik Józef Rinaldi, ks. kanonik Jakub Secchi, wielu obywateli, nasz ks. kapelan, służba i wielu innych.

Ks. biskup Jan Majoli nakazał mi pod świętym posłuszeństwem własnoręcznie i wiernie opisać wszystko i przechować opis tego cudownego uzdrowienia w archiwum zakonnym.

O Maryjo! pamięć tego wielkiego zdarzenia pozostanie na zawsze w sercu moim. O gdybym tylko mogła, poszłabym na cały świat opowiadać ludziom cudowną moc nabożeństwa ku Tobie. Lecz, że tego nie mogę, polecam się tylko łasce i macierzyńskiej opiece Twojej.»

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 125-127.