Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 9 października 2016

NIE BOJĘ SIĘ JUŻ ŚMIERCI...

Prawo do życia nie jest tylko kwestią światopoglądu, nie jest tylko prawem religijnym, ale jest prawem człowieka.
św. Jan Paweł II

"Ja również doświadczyłam spotkania ze Słowem Bożym. Niektórzy doświadczają spotkania pośredniego, na przykład przez kapłana podczas homilii; ja miałam łaskę bezpośredniego spotkania się ze Słowem Bożym. Dla mnie było to słowo nadziei i obietnicy, która się później wypełniła. Składam moje świadectwo w duchu dziękczynienia Bogu.

W połowie listopada 1978 roku, będąc w ósmym miesiącu ciąży, zachorowałam nagle na żółtaczkę zakaźną. Szybko znalazłam się w szpitalu na Oddziale Patologii Ciąży, zostawiając w domu dwuletniego synka i trzyletnią córeczkę. Okazało się, że stan mój jest ciężki i z dnia na dzień się pogarsza. Bilirubina wzrastała bardzo szybko. Gdy wzrosła do 18%, a ja prawie całkowicie straciłam wzrok, lekarze podjęli decyzję usunięcia woreczka żółciowego. Prosiłam lekarzy, aby jednocześnie zrobili mi cesarskie cięcie, ale nie wyrazili na to zgody. Wożono mnie karetką po całym mieście, ponieważ żaden szpital nie chciał się podjąć tej operacji. Przez cały czas gorąco modliłam się do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Różaniec miałam na szyi i prawie nigdy się z nim nie rozstawałam. Zresztą różaniec towarzyszył mi w życiu odkąd sięgam pamięcią, od małego dziecka.

W końcu zgodził się na zrobienie operacji Szpital Wojewódzki. W trakcie operacji bilirubina wzrosła do 35,5% (jestem w posiadaniu wszystkich wyników badań i świadectw lekarskich dotyczących mojej choroby). Przez cały czas gorąco się modliłam, aby moje dziecko przeżyło i abym ja również wyzdrowiała, bo przecież w domu czekało na mnie jeszcze dwoje małych dzieci. Podczas operacji woreczka mi nie usunięto, przeczyszczono tylko przewody żółciowe. Stwierdzono marskość wątroby i żółtaczkę zakaźną. Po dwóch dniach od chwili operacji, tj. 3 grudnia, urodziłam syna. To wszystko razem było straszne. Trudno mi opisać cierpienia fizyczne i psychiczne, przez jakie musiałam przejść. Psychiczne - dlatego, że lekarze powiedzieli mi wyraźnie, że nie ma nadziei na uratowanie dziecka. Nie dopuszczałam nawet takiej myśli do siebie, tylko bezustannie się modliłam. Zdjęłam różaniec z szyi jedynie na czas operacji - takie było życzenie lekarzy. Z różańcem tym byłam szczególnie związana, ponieważ mama kupiła mi go w dzieciństwie od ojców oblatów w Obrze (to moje strony rodzinne). Chcę również dodać, że podczas całej choroby nieustannie odmawiała różaniec w mojej intencji moja rodzina, sąsiedzi, a także siostry zakonne w Częstochowie.

Po operacji wyraźnie zmniejszyła się bilirubina - do 18%. Lekarz, który mnie operował, powiedział do mojego męża: „To, że pańska żona przeżyła, to albo cud, albo wybryk natury”. Zaraz po urodzeniu dziecka przewieziono mnie do Szpitala Zakaźnego (dziecka mi nie pokazano). Sądziłam, że wszystko, co najgorsze, już minęło, ale dopiero tutaj, w Szpitalu Zakaźnym, przechodziłam największy kryzys. Wysoki opad (126/68) nie wróżył niczego dobrego. Okazało się, że dostałam zapalenia płuc, trzustki i pęcherza jednocześnie. Byłam jedną wielką raną. Modliłam się nieustannie. Z bólu i cierpienia nie zmrużyłam oczu przez blisko sześć tygodni. W epicentrum choroby, kiedy lekarze nie dawali mi już żadnej nadziei, ja się nie poddawałam, ufałam Bogu.

I nagle znalazłam się w długim, ciemnym tunelu. Na końcu tego tunelu zobaczyłam Światłość (jakby świecący się kaganek). Szłam długo, zbliżałam się do tej Światłości, byłam coraz bliżej. Emanowało z niej niewyobrażalne dobro, nieskończona miłość. Usłyszałam skierowane do mnie słowa: „Ty będziesz żyła, ty będziesz żyła...” Mimo, że zbliżałam się do tej Światłości, nie było mi dane zbliżyć się do niej całkowicie. (To zbliżanie się odczuwałam jako bezszelestne płynięcie w kierunku nieopisanego Dobra, jakim była ta Światłość). Moja dusza, ja cała odczuwałam niepojęte szczęście.

Byłam tak radosna, że nie jestem w stanie porównać tego uczucia z jakimkolwiek innym. 

Po mniej więcej dwóch tygodniach od tego wydarzenia nagle zaczęłam zdrowieć. Lekarze nie mogli w to uwierzyć. Aby wykluczyć pomyłkę, kilkakrotnie powtarzano mi badania. Byłam całkowicie zdrowa. Po wyjściu ze szpitala miałam zgłosić się do Poradni Specjalistycznej na badania kontrolne. Lekarz stwierdził: „Wynik jak u noworodka - bez śladu choroby”. Obietnica Boga spełniła się - przeżyłam wraz z moim synem. Piotr ukończył 14 lat, stoi teraz przed wyborem zawodu. Od sześciu lat wiernie służy Bogu jako ministrant. Moja wdzięczność Bogu nie ma granic. Nieustannie, ciągle na nowo przeżywam to spotkanie z Bogiem. Niewielu osobom powiedziałam o tym przeżyciu. Opisując je tutaj, chciałam okazać Bogu wdzięczność i oddać Mu chwałę.

To spotkanie stale i stale mnie ubogaca, ubogaca moją osobowość. Niektórzy ludzie boją się śmierci, nie chcą nawet o niej mówić i myśleć. A przecież to jest takie piękne! Dusza idzie wtedy na spotkanie z Bogiem - z tą Światłością, która jest nieskończoną Miłością i Dobrem. Ta Światłość, którą spotkałam na końcu ciemnego tunelu, wlała we mnie tyle dobroci i radości, że... nie boję się już śmierci. Dzięki tej Światłości staram się czynić dobro, żyć na co dzień z Ewangelią. Różaniec, na przemian z koronką do Miłosierdzia Bożego, jest moją codzienną modlitwą. Zrozumiałam, że człowiek żyjący na tej ziemi powinien być pokorny - nie przeciwstawiać się złu. Powinien też być miłosierny, dawać ubogim jałmużnę. Staram się tak postępować. Ubodzy często dzwonią do mego domu - nigdy nie odmawiam im pomocy. Moja mama i babcia robiły to samo. Babcia wysyłała paczki ubogim, a ja, będąc dzieckiem, jeździłam z mamą wiele kilometrów od domu, aby zawieźć żywność, bądź, odzież ubogim.

Jestem Panu Bogu niewypowiedzianie wdzięczna za dar życia. Staram się go nie marnować, żyjąc wraz z moją rodziną po Bożemu." 
Grażyna Kalembkiewicz

Bp Zbigniew Kraszewski, Tajemnica życia wiecznego. 100 dowodów na życie pozagrobowe, 
Wyd. II poszerzone, Oficyna Wydawniczo-Poligraficzna „Adam”, Warszawa, s. 116-118.

piątek, 7 października 2016

RÓŻANIEC MAŁEGO SABAUDCZYKA

Podczas gdy święty Dominik w Carcassonne głosił o wartości tej modlitwy [różańcowej], jeden z odszczepieńców wyśmiewał się z cudów i piętnastu tajemnic świętego Różańca, co przeszkadzało nawracaniu heretyków. Bóg, żeby ukarać tego bezbożnika, pozwolił piętnastu tysiącom diabłów wejść w jego ciało. Rodzice przyprowadzili syna do błogosławionego ojca, ażeby go od nich uwolnił. Ten zaczął się modlić i nakłonił całe zgromadzenie, żeby odmówiło z nim głośno Różaniec. Oto przy każdym Ave Maria Matka Boża sprawiała, że wychodziło z ciała tego heretyka sto demonów mających postać rozżarzonych węgli. Po uwolnieniu wyrzekł się swoich błędów, nawrócił się i wstąpił do Bractwa Różańcowego wraz z wieloma towarzyszami ze swojej sekty, poruszonych tą karą i cudami świętego Różańca.
św. Ludwik Grignion de Montfort

Pewien młody człowiek szlachetnego rodu, otrzymał nader gruntowne i pobożne wychowanie od swej matki, która od lat dziecinnych wszczepiła w serce młodzieńca zaród cnót chrześcijańskich. Pobożna matka dziecię swe w niemowlęctwie złożyła u stóp ołtarza Maryi, powierzając go Jej opiece. Na imię "Maryja" dziecię uśmiechało się słodko do matki, i jego dźwiękiem kołysane, usypiało na jej łonie. 

Gdy Arnold, bo takie imię nosiło dziecię, doszedł do lat młodzieńczych, często wznosząc swe oczy ku niebu, szeptał "Zdrowaś Maryjo", uciekając się pod cień opiekuńczej Niepokalanej, tej palmy z Kadesz, i pod Jej macierzyńskim okiem rósł w najpiękniejsze przymioty ducha. Toteż smok piekielny od dawna czyhał na czystą tę duszę i wysilał się na to, aby swym jadem zatrzeć wdzięk tej lilii ziemskiej. Arnold zmuszony był rozłączyć się ze swą pobożną matką i porzucić domowe ognisko, a udać się w świat, dla objęcia urzędowania, jakie sobie obrał. W dniu odjazdu nawiedził po raz ostatni ulubioną swą kapliczkę ze statuą Maryi, a żegnając Ją serdecznym "Zdrowaś" ze łzą w oku i westchnieniem w sercu, opuścił rodzinne strony.

Świat, tak często przyrównywany do morza miotającego bałwany na łódkę życia ludzkiego, stał się istotnie morzem pełnym niebezpieczeństw dla młodego i niedoświadczonego Arnolda. Przez czas jakiś opierał się prądom światowym, lecz wreszcie dał się zwyciężyć, i wszedłszy w złe towarzystwa, uczuł się uniesionym falami niewiary i zepsucia.

Wkrótce zaprzestał uczęszczać do świętych Sakramentów, zapomniał o modlitwie, zaniedbał swe najświętsze obowiązki: zachował jeden tylko pobożny zwyczaj, to jest, odmawiał codziennie "Zdrowaś Maryjo".

Dnia jednego Arnold wyszedłszy za miasto na przechadzkę spotkał biednego Sabaudczyka, który go w prostych a gorących słowach prosił o jałmużnę i rozczulił go szczególnie tkliwym opowiadaniem o swej biednej matce, którą musiał pozostawić w Sabaudii. Na widok tego chłopczyny tak samotnego na obcej mu ziemi, z dala od rodzinnego miejsca, głodnego i drżącego od zimna, ścisnęło się serce Arnolda i łzy grube spłynęły mu z oczu, a nie mogąc powstrzymać swego wzruszenia, rozkazał biednemu malcowi iść za sobą, do swego mieszkania. Tam nakarmił ubogiego cudzoziemca przy własnym stole, dał mu nowe ubranie, oraz woreczek z kilkoma sztukami złotej monety, aby mógł dalej odbywać swą podróż. Sabaudczyk zawstydzony taką dobrocią, a nie wiedząc, jak ma okazać swą wdzięczność, zdjął z szyi mały różaniec, który otrzymał od matki i darował go Arnoldowi. Arnold przyjął mile ten objaw wdzięczności dziecięcia, a Sabaudczyk oddalił się błogosławiąc swego dobroczyńcę i dziękując przenajświętszej Dziewicy za Jej opiekę.

Lecz nazajutrz wzruszająca scena z różańcem małego Sabaudczyka rozbudziła w umyśle Arnolda żywe wspomnienie lat dziecięcych i sprawiła, iż uznał w tym niewymowne miłosierdzie swej Matki Niebieskiej, iż zesłała mu owego Sabaudczyka, jakby anioła ziemskiego, aby włożył różaniec w tę rękę, z której on już wypadł tak dawno. Łzy żalu szczerego popłynęły z ócz młodzieńca i łaska Boża tchnęła w jego serce. Wspomniał na one dni szczęśliwie, kiedy żył pod opieką Maryi i postanowił powrócić do Boga. Przyrzekł sobie, iż codziennie odmawiać będzie odtąd różaniec i obmywszy swe winy w Sakramencie pokuty, rozpocznie nowe życie. 

To też istotnie uczynił, przyświecając odtąd wszystkim przykładem wysokich cnót chrześcijańskich i prawdziwej pobożności.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 155-156.

poniedziałek, 3 października 2016

NAWRÓCENIE PRZEZ RÓŻANIEC

Jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzucony w ogień wieczny. I jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do życia, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego.
(Mateusz 18, 8-9)

św. Dominik de Guzman

Gdy św. Dominik przebywał w Paryżu, była tam wówczas bardzo znaczna osobistość, urzędnik wysokiej rangi, oddany jednak wszelkim występkom, wiódł życie lekkomyślne i nader gorszące, a zwłaszcza oddane zmysłowości. Nic nie zdołało go zwrócić z tej drogi. Małżonka tego nieszczęsnego człowieka, która mimo gorących łez i modłów nie mogła uprosić nawrócenia męża, usłyszawszy o św. Dominiku, z wielką ufnością doń się udała, aby mu zwierzyć swą troskę.

Błogosławiony Ojciec przyjął ją ze zwykłą sobie dobrocią, pocieszył i nauczył odmawiać różaniec, zapewniając, iż przezeń otrzyma nawrócenie dla tej drogiej duszy.

— Weź mój różaniec — rzekł święty, ofiarując go jej — i odmawiaj przez piętnaście dni następnych, a w nocy włóż go pod poduszkę twojego męża.

Rada świętego została spełnioną; codziennie strapiona kobieta odmawiała z wielką pobożnością różaniec, kładąc go wieczorem pod poduszkę małżonka. 

Pierwszej zaraz nocy pan ów, nie domyślając się niczego, począł doznawać wielkich wyrzutów sumienia i strumienie łez płynęły z oczu jego. Następnej nocy zdało mu się, iż wezwanym został przed trybunał Jezusa Chrystusa i skazanym na ogień wieczny. Wreszcie trzeciej nocy czuł się pogrążonym w przepaści piekielnej i począł doznawać mąk, zgotowanych duszom, oddającym się zmysłowości. Lecz oto nagle przybywa anioł, uwalnia go z tych mąk i oznajmia mu, iż jedynym dlań ratunkiem i jedynym sposobem otrzymania miłosierdzia Bożego jest różaniec.

Gdy się ów człowiek obudził, serce jego przepełnione było skruchą i postanowił zupełną odmianę życia. Opowiedziawszy swej małżonce wszystko, udał się sam do św. Dominika, uczynił przed nim spowiedź i został członkiem bractwa różańcowego.

Pozostał on wiernym łasce i tak ukochał różaniec, iż nosił go nieustannie przy sobie i rozszerzał wielce to nabożeństwo, a do końca życia był dobrym chrześcijaninem.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), 154-155.

niedziela, 2 października 2016

NAWRÓCENIE HERMENEGILDA CELLI

W końcu [święci] wołali głośno, że nie jest możliwe poznać wysokości Jej zasług, które się wznoszą aż do tronu Bożego, ani zmierzyć ogromu Jej miłości, szerszej od całej ziemi, ani pojąć wielkości Jej władzy, którą posiada nawet nad Bogiem samym. Nie sposób wreszcie zbadać bezdennej głębokości Jej pokory, Jej cnót i wszelkich łask.
św. Ludwik Grignion de Montfort

Antolínez, José -
Niepokalane Poczęcie, Prado
Znajdujemy się przy łożu ciężko chorego Hermenegilda Celli, liczącego 58 lat życia, którego chroniczna choroba, wynikła z nadużycia alkoholu, już od dwóch lat przywiązała do łoża boleści. W duszy jego panują ciemności, bo zaślepiony zamienił chwalebne imię "katolika" na iście szatańskie "masona". Niewolnik swych błędów i namiętności, od czterdziestu lat żyje w zupełnym zapomnieniu o Bogu, mając na to tylko rozum i życie, by gorzej żyć od samego zwierzęcia. Chociaż chory szanował pobożność innych, nie znosił jednak, by mu mówiono o religii, kościele i świętych Sakramentach, a gdyby mu kto był ofiarował jakiś medalik, różaniec lub krzyżyk, rzuciłby je z gniewem na ziemię; proszony zaś, by się wyspowiadał, odpowiadał zawsze: 

— Nie mogę, bo jestem masonem; wyznawcą w kościele diabła.

Po nadaremnych prośbach i próbach, chory nadal zostawał głuchy na wszelki głos łaski tak, że pomału bladła wszelka nadzieja uratowania duszy tego nieszczęśliwego.

Tymczasem nastała wiosna, spłynął na ziemię ubrany wieńcami barwnych kwiatów miesiąc Maryi, maj... rozśpiewały się w krzakach ukryte chóry ptactwa, wyciągając w triolkach "Magnificat" na cześć Królowej nieba; roztopiły się resztki śniegów i zazieleniały kobierce pól świeżą trawą; wionął wietrzyk wiosenny, niosąc ze sobą surowy zapach ziół i wilgoci; rozszemrały się strumyki, uwolnione z pęt niewoli lodowej; rozweseliła się i uśmiechnęła cała natura uśmiechem wiosny i świeżości, tworząc ze swoich barw, tonów, głosów i szmerów jedną potężną pieśń pochwalną na cześć Niepokalanej.

W szpitalu u stóp figury Matki Najświętszej nagromadzono bukiety świeżego kwiecia, a z zapachem tych kwiatów wznosiła się woń modlitwy szczerej różańca za duszę umierającego grzesznika; nawet udało się w sposób podstępny wsunąć pod poduszkę chorego różaniec, z przekonaniem, że Maryja nie zawiedzie.

I płynęły słoneczne dnie majowe, stan chorego pogarszał się, a tymczasem żaden promień światła duchowego nie przedarł się do ciemnych toni tego serca zatwardziałego.

Do łoża chorego zbliżył się zakonnik, syn św. Franciszka, i gorąco zachęcał gasnącego do spowiedzi.

— Nie mogę — brzmiała odpowiedź — bo jestem masonem.

Zakonnik nie dawał za wygraną, lecz poruszał wszystkie struny serca, byle tylko wydobyć dźwięk żalu za grzechy, lecz na próżno! Serce nieszczęśliwego skamieniało w swej zawziętości.

— Pozwól przynajmniej, że się pomodlę u łoża twego — zawołał zakonnik, wierząc, że tylko nadzwyczajne działanie Boże zdoła duszę ową obudzić z letargu grzechowego.

Chory dał znak zezwolenia.

Tymczasem mijał miesiąc; twarz chorego przybrała kolor kredy, silne sińce głęboko wżarły się pod jego oczyma, pierś coraz ciężej pracowała - cicha, nieubłagana śmierć zbliżała się do łoża chorego. W takiej chwili przybył do chorego miejscowy proboszcz, chcąc przypuścić ostatni szturm łaski do serca upartego masona.

— Czyż nie chcesz iść do raju? — zapytał dobrotliwie leżącego.
— Chcę — ale tam można dojść także i bez spowiedzi.
— A kiedy ostatni raz się spowiadałeś? — podchwycił proboszcz.
— W osiemnastym roku życia — odpowiedział cicho i tu Hermenegild zamilkł.

Przed jego oczyma rozsunęła się zasłona przeszłości i widział wiosnę swej młodości, pełną tęczowych barw, szlachetnych porywów i gorącego entuzjazmu; rozum wtedy szedł śladami żywej wiary; serce paliło się szlachetną miłością; i widział późniejsze burze, które go zmogły i złamały, serce jego wyssały z wszelkich soków żywotnych, i widział te jestestwa, które złamał i spodlił i życie swoje całe podobne do rozbitka, płynącego na desce, rzucanej ustawicznie falami wzburzonego morza, płynącego bez celu, bez przystani, bez gwiazdy ideału, a z całej tej smutkiem i rozpaczą otulonej przeszłości pozostał mu jeno robak, co go gryzie, a gryzie ustawicznie i niemiłosiernie, i przed oczyma jego przesunął się czarny katalog ciężkich, brzemiennych grzechów... pot wystąpił mu na czoło... jak echo powtórzył: 

— By... pójść... do... raju... trzeba... się wyspowiadać...
— Naturalnie — dodał żywo proboszcz.
— Więc niech jutro przyjdzie do mnie o. Angelik — z cicha powiedział chory.
— Dobrze, wola twoja będzie spełnioną — rzekł proboszcz.

* * *

I zasnął na wieki oczyszczony, uspokojony, usta rozchyliły się uśmiechem radości, w oczach jeszcze błyszczały łzy szczęścia. Maryja Niepokalana, ta ucieczka grzeszników, zerwała ten szorstki kwiat, oczyściła z błota i przeniosła go do swego rajskiego ogrodu w niebiesiech.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 152-154.