Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 28 listopada 2016

OBJAWIENIE MARYJNE W ŚWIĘTEJ LIPCE

Objawienia prywatne są pewnym wyłomem w zasadach, jakimi rządzi się świat od chwili wyjścia człowieka z raju, od dnia, w którym powstał mur oddzielający doczesność od wiecznego Królestwa. Raz po raz ze świata ogarniającej wszystko światłości i świętości Boga przychodzi do nas Wysłannik, Pośrednik, Zwiastun. Boże miłosierdzie zawiesza na chwalę nadane przez siebie prawa natury, by pomóc upadającemu człowiekowi.
Wincenty Łaszewski

Historia objawienia w Świętej Lipce sięga aż XIV wieku. Tereny między Kętrzynem a Reszlem, czyli tam, gdzie obecnie znajduje się sanktuarium w Świętej Lipce, były wówczas głęboko zalesione i słabo zaludnione. Na lipie, u styku jezior wisiała jednak drewniana kapliczka z figurką Matki Boskiej. Z podań ludowych przekazywanych z pokolenia na pokolenie możemy się dowiedzieć, że pierwszym bohaterem zdarzeń, które miały tu miejsce, był więzień osadzony w kętrzyńskim więzieniu.

Popełnił on ciężką zbrodnię. Przez sąd został skazany na karę śmierci. Osadzony w celi czekał na wykonanie wyroku. To miała być jego ostatnia noc.

Cela była chłodna i wilgotna. Przez mały otwór w murze wpadał słaby promień księżyca. Mężczyzna nie mógł zasnąć. Chodził więc wokół pomieszczenia. Liczył kroki, próbował zająć czymś myśli. Wiedział, że to ostatnia noc jego życia. Rano przyjdą po niego, może jeszcze księdza przyślą, by udzielił Ostatniego Namaszczenia. Myślał wciąż o egzekucji, wyobrażał sobie, jak może wyglądać. Nie chciał tylko, żeby bolało. Poza tym było mu już wszystko jedno. Nie modlił się już. Tyle już złego popełnił, że Bóg na pewno nie zechce go wysłuchać. Bóg był daleko. Kara śmierci była blisko. Nie zastanawiał się, co stanie się z nim po śmierci. Pewnie nie stanie się nic. Jego dusza przestanie istnieć.

Mężczyzna usiadł pod ścianą. Wszędzie było tak upiornie cicho. Kiedy mogą przyjść? Czy wcześnie rano? Czy dopiero pod wieczór? — Nie, nie mogę o tym myśleć, bo oszaleję — mówił do siebie. Ale wciąż myślał o następnym dniu, jego ostatnim. Nie wiedział, kiedy skończy się noc, kiedy nadejdzie dzień. Mijające minuty przedłużały się w nieskończoność. Ukrył twarz w dłoniach i czekał.

Nagle pod przymknięte powieki wdarło się światło. Postanowił nie otwierać oczu. — To złudzenie. Do świtu jeszcze daleko. To tylko zmęczenie. To strach — myślał. 

Światło nie znikało jednak i boleśnie wdzierało się pod powieki. Tak jakby ktoś kazał mu otworzyć oczy i spojrzeć. Spojrzał. Z wrażenia wstał natychmiast i znieruchomiał. Na tle małego otworu w murze ujrzał jaśniejącą postać pięknej kobiety. Tak bardzo mu przypominała... Tak, tak właśnie wyglądała Matka Boża na obrazach w kościele, do którego matka prowadziła go w każdą niedzielę. Był wtedy dzieckiem. Kiedy to było...!

Mężczyzna w pierwszym odruchu chciał rzucić się na kolana, ale Matka Boska powstrzymała go gestem.

— Nie klękaj przede mną, bo i tak nigdy mnie nie kochałeś.
— Prawda, nie kochałem — przyznał szczerze więzień. — Zapomniałem też o Tobie, Matko Boża, przez te wszystkie lata.
— Nie kochałeś mnie, nie pamiętałeś o mnie. A ja ciebie cały czas kochałam, jak matka. Czekałam, kiedy wrócisz do mnie. Ty się jednak coraz bardziej oddalałeś ode mnie i od Boga. Dlatego ja w końcu przyszłam do ciebie.

Więzień cicho zapłakał. Nic nie potrafił odpowiedzieć. Poczuł się słaby jak dziecko. Przed oczami stanęło mu całe jego zmarnowane życie.

— Przyszłam do ciebie, żeby cię uratować. Nie zostaniesz jutro stracony — powiedziała Matka Boska.

Mężczyzna podniósł wzrok. Nie wierzył własnym uszom. Wierzył, że Bóg wszystko może, ale jego nie można już uratować!

— Ja umrę jutro, Matko. Żałuję, że odszedłem od Kościoła, ale już tego nie naprawię — mówił skazaniec, patrząc w jasne i czyste oblicze Maryi.

Ona uśmiechnęła się i wyciągnęła dłonie w opiekuńczym geście.

— Przyszłam cię ocalić. Jeśli wypełnisz moją prośbę, zachowasz życie.

Mężczyzna milczał. Czekał, aż Maryja wypowie swoje życzenie.

— Daję ci ten kawałek drewna i dłuto. Proszę, abyś wyrzeźbił mój wizerunek. A kiedy wyjdziesz na wolność, powieś rzeźbę na pierwszej napotkanej lipie, idąc z Kętrzyna do Reszla.

Maryja wręczyła zdumionemu więźniowi klocek drewna i dłutko. Gdy mężczyzna podniósł ponownie wzrok, już Jej nie było.

— Nie potrafię przecież rzeźbić, nigdy nie miałem dłuta w ręce. Poza tym jest tu ciemno, że oko wykol — powiedział cicho do siebie.

Został jednak sam na sam z materiałem i narzędziem. Nie wiedział, od czego powinien zacząć. Trzymał długo drewno w dłoni. Było przyjemnie ciepłe. Przywołał przed oczy twarz Maryi. Widział ją tak dokładnie, jakby wciąż stała przed nim.

— Spróbuję. Nie mogę kolejny raz zawieść mojej Najświętszej Matki.

W pocie czoła i przy nikłym świetle księżyca rzeźbił do rana, nie mrużąc oka. Pierwsze promienie słońca zastały go przy ostatnich pociągnięciach dłutem. Pochłonięty pracą niemal zapomniał, że ma to być jego ostatni dzień. Podszedł do okienka i próbował złapać w nozdrza świeży powiew powietrza. Nagle usłyszał za sobą szczęk klucza zamku. Pospiesznie schował figurkę za koszulę, nie przyjrzawszy się jej nawet dokładnie. Dłuto rzucił w kąt. W progu stał strażnik i patrzył obojętnie w przestrzeń.

— Wychodzić — rzucił bezosobowo.

Więzień wyszedł tak, jak stał. Nie miał nic, co mógłby zabrać ze sobą. Kawałek drewna za pazuchą oddawał ciepło jego ciału.

Wyszli na przenikliwie zimny dziedziniec. Tam na więźnia czekało jeszcze dwóch strażników. Zakuli jego ręce i nogi w łańcuchy. W milczeniu poprowadzili skazańca na ostateczne posiedzenie sądu. Los mężczyzny był już właściwie przesądzony. Sędziowie mieli tylko zatwierdzić wyrok.

Szedł przez miasto z opuszczoną głową. W tak małych miejscowościach, jak Kętrzyn, widok skazańca był zawsze atrakcją. Ludzie pokazywali go sobie palcami, dzieci rzucały za nim kamieniami i zgniłymi owocami, inni głośno wyśmiewali. — Chciałbym, żeby to wszystko już się skończyło — myślał mężczyzna. — Chcę już odejść, naprawdę. Moje życie i tak nie ma sensu...

W końcu dotarli do sądu. Wprowadzono skazańca na salę. Pod budynkiem zgromadził się już tłum gapiów, chętnych, by odprowadzić skazanego na miejsce egzekucji.

— Wykonać karę śmierci! — Orzekł sędzia niemal natychmiast po rozpoczęciu posiedzenia. Wyrok dla wszystkich od dawna był oczywisty.

— Czy skazany chciałby wypowiedzieć ostatnie życzenie? — zapytał sędzia.
— Nie, nie mam żadnych życzeń — odpowiedział skazaniec. — Nie mam nic do powiedzenia.
— Wyprowadzić — nakazał sędzia.

Strażnicy otoczyli mężczyznę. Popchnęli go w stronę wyjścia.

— Zaraz, zaraz, zatrzymać się — zawołał do nich sędzia.

Skazaniec odwrócił wzrok na sędziego. Ten przyglądał mu się badawczo.

— Co tam trzymacie za koszulą? — zapytał podejrzliwie.
— Na pewno nic, co mogłoby komukolwiek zagrozić — odpowiedział odważnie skazany mężczyzna.
— To znaczy co? Pokazać! — zainteresował się sędzia.
— Figurę Matki Boskiej — odpowiedział ponownie mężczyzna.
— Chcę zobaczyć.

Jeden ze strażników sięgnął za koszulę skazańca i wyciągnął drewnianą figurkę. Podał ją sędziemu. Ten wpatrywał się w nią długo. Jego oczu ogromniały ze zdumienia i zachwytu.

— Skąd to macie?
— Sam zrobiłem dzisiaj w nocy — odpowiedział mężczyzna. Chciał jeszcze powiedzieć, że Maryja osobiście poleciła mu to zrobić. Umilkł jednak.
— Jak sami? Jak dzisiaj w nocy? Przecież to niemożliwe — zaoponował sędzia.
— Przysięgam, że całą noc rzeźbiłem tę figurę, tak, jak potrafiłem — zapewnił gorąco mężczyzna.
— Czy ktoś dostarczył mu drewno i dłuto do celi? — zapytał sędzia strażników.

Ci milczeli i przecząco pokręcili głowami.

— Przecież nie spadły mu z nieba! — wykrzyknął zdumiony sędzia.

Skazaniec uśmiechnął się na te słowa. Pomyślał o nocnym widzeniu Maryi. Rzeczywiście, dostał drewno i dłuto z nieba.

— Ta figura jest wielkiej i przecudnej urody — zachwycił się sędzia. — Nie wiem, jak to zrobiłeś, ale myślę, że nikt nie jest w stanie tego wyjaśnić. Mam przeczucie, że ingerował tutaj sam Pan Bóg. Dlatego postanawiam cię ułaskawić i jednocześnie zwalniam z kary więzienia.

W sali zaległa cisza. Wszyscy patrzyli ze zdumieniem, to na siebie, to na sędziego, w końcu na skazańca. Ten przypomniał sobie słowa Matki Bożej, że jej wyrzeźbiony wizerunek ocali jego życie. Chciał uklęknąć i pomodlić się, czego nie czynił od dawna. Jego nogi krępowały jednak kajdany.

— Uwolnić go natychmiast — rozkazał sędzia. — Oddaję ci tę figurkę, nieziemska ręka miała bowiem w tym udział.

Na placu przed sądem gapie z niecierpliwością oczekiwali skazańca. Gdy dowiedzieli się, że został ułaskawiony, rozczarowani szybko rozeszli się do domów.

Mężczyzna mocno ściskając figurkę w dłoniach rozejrzał się po placu. Nie wiedział, dokąd iść. Od tak dawna nie czuł się wolny. Wtedy przypomniał sobie znowu słowa Maryi: „Powieś rzeźbę na pierwszej napotkanej lipie, idąc z Kętrzyna do Reszla”.

Zapytał napotkanego przechodnia o drogę do Reszla. Nie musiał długo wędrować. Jego wzrok zatrzymała strzelista, rozłożysta lipa. Mężczyzna wspiął się na nią i w rozgałęzieniu umieścił figurkę. Przyjrzał się jej. Była rzeczywiście nieziemsko piękna, jakby nieludzka ręka ją rzeźbiła. Uwolniony skazaniec ukląkł i zaczął się po raz pierwszy od wielu lat modlić.

Osiedlił się później w pobliżu i wiódł spokojne, pobożne życie. Codziennie odwiedzał figurkę. Dzięki niemu wizerunek Maryi pokochali równie gorącą miłością mieszkańcy okolicznych wsi. Wkrótce to miejsce zasłynęło cudami. U Maryi Świętolipskiej upraszano wiele łask, a Matka Boża hojnie nimi obdarowywała...

Maria Spiss, Objawienia maryjne w Polsce, 
Wydawnictwo M, Kraków, s. 88-95.