Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 25 grudnia 2016

ANIOŁ Z BIELEFELD

Jak góry piętrzą się dokoła i ochraniają położone w nich doliny, tak święci aniołowie stoją wokół i nas chronią.
(Św. Albert) 

Ojciec opowiada w swoim rękopisie, że pewnego wieczoru w Bielefeld w Renii-Westfalii wyszedł na chwilę z baraków lagru, w którym sadystyczni podoficerowie Wermachtu uczyli ich, jak prowadzić wojnę. Usiadł na ławce, udręczony głodem i pragnieniem zapalenia ulubionego tytoniu. Tęsknił także za domem, w którym czekała na niego młoda żona i mały, mający niewiele ponad dwa lata syn (obecny tu Vittorio Giorgio), którego do tej pory udało mu się zobaczyć zaledwie kilka razy. Naprzeciw ławki, na której siedział przygnębiony, stała mała stara willa z zabitymi oknami, przez które nie przenikało żadne światło. Nagle drzwi się otwarły i wyszła przez nie ładna dziewczynka, oczywiście blondynka. Przeszła przez opustoszały i ciemny już plac i podała mu elegancko opakowaną, przewiązaną złoconą wstążką paczuszkę. Zrobiła to bez słowa, uśmiechając się tylko do niego. Zaraz potem wróciła do domu, z którego wyszła. Mój ojciec oszołomiony otwarł paczuszkę. W środku był kawałek ciasta i dwa papierosy. Prawdziwe błogosławieństwo dla wygłodzonego człowieka, na dodatek także z powodu braku papierosów. 

Dzień później na Bielefeld spadł grad bomb. Do uprzątnięcia gruzów zmobilizowani zostali także przebywający w koszarach włoscy żołnierze. Grupa dowodzona przez mojego ojca została wysłana do dzielnicy, gdzie stała mała willa, z której wyszła dziewczynka. Mówię, że stała, ponieważ została zrównana z ziemią. Przygnębiony ojciec zapytał o ofiary sprzedawcę gazet siedzącego na placu w ocalałym kiosku. Mężczyzna, który pracował tam od zawsze, powiedział, że nikt nie zginął, gdyż od dawna w budynku nikt nie mieszkał, stąd zamurowane drzwi i okna zabite na stałe deskami. Kiedy mój ojciec, który mówił już wtedy trochę po niemiecku, powiedział, że właśnie z tych zamurowanych drzwi poprzedniego dnia wyszła dziewczynka, kioskarz popatrzył na niego jak na wariata i dodał, że właściciele domu byli bardzo starzy, i że nigdy nie mieszkały tu małe dzieci.

Mój ojciec pisze w rękopisie, że na szczęście z wdzięczności zachował papier oraz wstążkę, w które był zapakowany mały cenny podarunek; był to dla niego dowód, że nie padł ofiarą jakiejś iluzji, a może halucynacji wywołanej głodem. Przypomina zresztą, że żaden Niemiec nigdy nie zdobyłby się na podobny gest, nie tylko solidarności, ale również uszanowania (paczuszka zapakowana jak prezent) okazanego zaniedbanemu żołnierzowi zorganizowanego naprędce wojska. Wojska złożonego z włoskich zdrajców i tchórzów (powtórzyła się historia z roku 1914), którzy ze sprzymierzeńców stali się wrogami. Co prawda śmiesznymi, bowiem mimo iż było ich miliony, na własnej ziemi pozwolili się rozbroić garstce Niemców. Właśnie dlatego, że dobrze poznał tę pogardę i niechęć (chwilę wcześniej został dosłownie wykopany przez sprzedawcę pieczywa, od którego bez legitymacji chciał kupić kawałek chleba), w swoim rękopisie mówi o „aniele”. Była to najbardziej racjonalna hipoteza, mimo że z racji swojego usposobienia daleki był od jakiejkolwiek łatwowierności i mistycyzmu (odziedziczyłem to po nim).

Niech będzie, jak chce, nigdy nam o tym nie mówił, zatrzymał dla siebie ten mały, ale jakże wymowny sekret i dopiero gdy zbliżał się do dziewięćdziesiątki, mimochodem zostawił po nim ślad w swoim rękopisie. Rękopis odkryliśmy sami, ponieważ ze wstydu (albo jak zwykle ze względu na poważanie, jakim się cieszył u ludzi) nie napomknął nam o nim. Podejrzewam jednak, że wspomnienie tego wydarzenia towarzyszyło mu w życiu, które jak ci mówiłem, nie było życiem osoby praktykującej, ale - jestem o tym przekonany - osoby wierzącej, nawet jeśli w sposób dyskretny. A „anioł z Bielefeld” miał w tym swój tajemniczy udział. Ośmielam się myśleć, że mała dziewczynka z blond włosami, która ukazała się pośród ciemności zmierzchu Trzeciej Rzeszy, z tym samym uśmiechem przyjęła go w drzwiach czasu na tamtym świecie.

Vittorio Messori, Dlaczego wierzę. Życie jako dowód wiary, 
Wydawn. św. Stanisława BM, Kraków 2009, s. 133-135.