Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 14 grudnia 2017

PRZEDSTAWIĘ INNĄ POŚREDNICZKĘ

Królowo nieba! To co może wstawianie się wszystkich Świętych w połączeniu z Tobą, to również może samo Twoje pośrednictwo bez ich udziału. A dlaczego tak jest? Oto dlatego, żeś Ty jest Matką Zbawiciela naszego, Oblubienicą Boga, Królową nieba i ziemi. Jeśli Ty zamilkniesz, żaden Święty nie wstawi się za nami, żaden nas nie wspomoże. Lecz gdy Ty, o Pani moja, pomodlisz się za nami, wszyscy Święci wnet pomodlą się także, wszyscy Święci pośpieszą wstawiać się za nami.
Św. Anzelm

To pierwsze ich spotkanie [między Gemmą Galgani a jej nowym przewodnikiem duchowym] zaznaczone zostało wielką i szczególną łaską. W połowie wieczerzy Gemma usunęła się do swego pokoiku i wpadła w zachwycenie. Pani Cecylia wezwała ojca Germana; ujrzał on świętą dzieweczkę, walczącą ze sprawiedliwością Bożą, by otrzymać miłosierdzie dla pewnej duszy, której zbawienie bardzo jej leżało na sercu i dla której wiele już uczyniła tak słowem, jak i na piśmie. Był to człowiek obcy, używający sławy dobrego chrześcijanina, ale sumienie jego było bardzo zmącone. Gemma wymieniła jego imię w zachwyceniu, stąd ojciec German wiedział, o kogo chodziło.

— Skoro przyszedłeś, mój Jezu, znowu błagam Cie za moim grzesznikiem — mówiła — to syn Twój, to mój brat, zbaw go, o Jezu! Tyle, tyle uczyniłeś dla jednej duszy, a tej nie chcesz zbawić?... Zbaw ją, o Jezu! Zbaw ją!... Nie liczyłeś tej krwi, którą wylałeś za grzeszników, a teraz chcesz mierzyć liczbę naszych grzechów?... Krew wylałeś za niego, jak wylałeś ją za mnie... mnie zbawiasz, a jego nie? Nie wstanę stąd... Zbaw go!...
— Nie szukam Twojej sprawiedliwości, lecz twego miłosierdzia! O Jezu! Ty mówisz, że dałeś mu wiele sposobności, by go przekonać, ale nigdy nie nazwałeś go synem. Spróbuj teraz, powiedz mu, że jesteś jego Ojcem, a on Twoim synem... Zobaczysz, zobaczysz, że na to słodkie imię ojca, zmięknie jego zatwardziałe serce!

Jezus oznajmił wtedy Gemmie, że dla tej duszy miara się wypełniła, i wyliczył jego winy. Gemma westchnęła głęboko. Opuściła ramiona, lecz wnet ożywiła się i poczęła na nowo nalegać:

— Ja wiem, ja wiem — mówiła — że bardzo zawinił przed Tobą, ale o ileż większe są moje winy! A jednak okazałeś mi miłosierdzie. Ja wiem, ja wiem, mój Jezu, że płakałeś nad nim, ale w tej chwili nie możesz myśleć o jego grzechach. Myśl o krwi, którą przelałeś. Ileż miłosierdzia masz nade mną, mój Jezu! Całą tę miłość, jaką mnie okazałeś, błagam Cię, okaż także mojemu grzesznikowi! Pamiętaj, Jezu, że ja pragnę jego zbawienia. Zwycięż, zwycięż! Błagam Cię o to!

Wobec niewzruszoności Bożej przychodzi jej nagle na myśl, że ona jest grzesznicą, wie o tym, ale przedstawi inną pośredniczkę i mówi do Jezusa:

— To Twoja Matuchna błaga ze mną razem!

Czyż Jezus może odmówić? Och, nie! I rzeczywiście Gemma woła wkrótce cała rozradowana:

— Zbawiony! Jest zbawiony! Zwyciężyłeś, o Jezu! Zwyciężaj zawsze!

Ojciec German wyszedł wzruszony i głęboko zatopiony w myślach, kiedy zastukano do jego drzwi, mówiąc, że jakiś obcy pan pyta o niego. Gdy go wprowadzono, padł na kolana, mówiąc:

— Ojcze, proszę o spowiedź!

Był to grzesznik Gemmy.

Ojciec go spowiada, a dzięki słowom usłyszanym z ust Gemmy, może mu przypomnieć grzech przez niego zapomniany. Potem ze wzruszeniem opowiada mu całe zdarzenie, prosi o pozwolenie ogłoszenia tego cudu Bożego i żegnają się uściskiem serdecznym.

S. Gesualda, Święta Gemma Galgani. Kwiat Męki Pańskiej, Zgromadzenie Świętego Pawła,
Rzym-Częstochowa-Paryż, ss. 107-109.

wtorek, 28 listopada 2017

PRZYPADEK EGZORCYZMU NA ROSARIO P.

Według „Rituale Romanum” opętanie oznacza, że diabeł obejmuje w posiadanie ciało jakiegoś człowieka i tak potrafi nim dyrygować, jak gdyby było jego - on sam nie posiada przecież ciała. Ale oznacza to również, że przez to ciało diabeł potrafi działać i rozmawiać z nami.
(Adolf Rodewyk SJ)

Rosario V., w wieku piętnastu lat, idąc za swymi dziwnymi skłonnościami, zaczął prowadzić seanse spirytystyczne. Razem z innymi tworzył krąg, łącząc palce dłoni. W centrum stawiano świece i rozdawano kartki, na których widniały litery alfabetu. Za ich pomocą uzyskiwano odpowiedzi od przywoływanych duchów. Rosario, który aż przez siedem lat żył spirytyzmem, w pewnym momencie zaczął drżeć, wibrować, odczuwać „w sobie kogoś innego, kto nim zawładnął”. „Czasami mówił obcymi językami, (...) naliczył ich siedem, a znał tylko włoski”. Nie mógł zbliżać się do kościołów, ponieważ czuł jakąś odrazę i był zmuszony uciekać. Obrazy święte i krucyfiks sprawiały mu ból. Kiedyś wyrzucił jeden przez okno. 

Przypadkiem poznał człowieka bardzo religijnego, który zaproponował mu pielgrzymkę do San Vittorino w Rzymie, do brata Gino, zakonnika powszechnie znanego ze swej dobroci (mówi się, że miał stygmaty). Udał się tam, ale podróż była dla niego prawdziwą męką Otrzymał przestrogę: kiedy niemal nieświadomie znalazł się z suszarką do włosów w ręce i nogami w bidecie, nastąpiło zwarcie. W cudowny sposób wyszedł z tego bez żadnego uszczerbku. Spacerując po Rzymie, został zaprowadzony przez przyjaciół na Święte Schody, ale w żaden sposób nie był w stanie na nie wejść. 

„Musieli mnie zanieść na rękach aż na samą górę do świętego medalionu z krwią Jezusa. Byłem całkowicie usztywniony, jakbym był kawałkiem marmuru. Miałem go pocałować, ale nie byłem w stanie. (...) U brata Gino było jeszcze gorzej. (...) Przez całą ceremonię (mszę) czułem wywołujący mdłości odór dwutlenku siarki. W miarę jak zbliżał się Sanctus, zacząłem wydawać jakby pomruki. Próbowali je nagrać, ale kaseta się zepsuła. Kiedy doszło do konsekracji, wydałem jakiś zwierzęcy ryk i zostałem wyniesiony z kościoła (...). Gdy znalazłem się przed bratem Gino, powiedział mi: «Wreszcie przyszedłeś!» i położył na mnie ręce. Razem odmówiliśmy Zdrowaś Maryjo. Wyszedłem stamtąd całkowicie uwolniony, a brat Gino powiedział mi później, że wyszło ze mnie pięć złych duchów. Całe usta miałem w pianie”.

Źródło: Pasquale Colucci, Gdy duchy przychodzą... Kontakty ze światem pozagrobowym,
Wyd. Księży Sercanów, Kraków 2006, ss. 204-205.

piątek, 24 listopada 2017

RÓŻANIEC OCALA

Widzisz, Matko moja najmilsza, żem bardzo słaby, jak człowiek wstający z ciężkiej niemocy; więc spiesz mi na ratunek, i gdy żądze duszą moją zatrzęsą, jak wicher wiotką trzciną, Ty mię podtrzymuj, abym nie upadł, - gdy szatan wypuści na mnie zatrute swe strzały, Ty mię zasłoń tarczą swej opieki, - gdy świat zechce mię opleść wężowymi spłoty, Ty mię bierz na swe ramiona i ponad przepaści życia nieś do Boga. 
św. Józef Sebastian Pelczar

W roku 1808 dnia 2 maja wybuchła w całej Hiszpanii groźna i straszna bardzo rewolucja przeciwko Francuzom, którzy kraj ten podbić usiłowali. W Madrycie, zabijano wszystkich bez litości. Tysiące już wymordowano. Pomiędzy innymi znajdował się tam także doktor medycyny, de Cloutry, gorliwy czciciel Maryi, który właśnie dnia tego przyjął Komunię świętą na uczczenie Matki Zbawiciela, w jednej z kaplic pod Jej wezwaniem. 

Gdy powracał do domu, został napadnięty przez tłum rozszalałych rewolucjonistów, którzy w nim poznali oficera francuskiego. Widząc się w niebezpieczeństwie życia, doktor uciekł się do modlitwy, ufny w opiekę Jezusa i Maryi.

Rewolucjoniści obrzucili go mnóstwem obelg, nazywając bezbożnikiem i niewiernym. Słysząc to doktor wyciągnął z kieszeni różaniec i ukazując go rozszalałemu tłumowi zawołał: 

"Nie jestem niewiernym ani bezbożnym - a na dowód tego macie różaniec".

Zaledwo Hiszpanie spostrzegli różaniec spuścili broń i poczęli ze czcią całować tenże - a następnie sami, dla bezpieczeństwa odprowadzili lekarza do domu.

Gdy lekarz ów powrócił do Francji wszędzie głosił łaskę ocalenia mu życia przez różaniec Przenajświętszej Dziewicy.

* * *

W tym samym czasie, ale na innej ulicy w Madrycie, napadł drugi oddział powstańców na jednego oficera Polaka, który również zasłaniał się różańcem świętym, w Częstochowie poświęconym.

Widząc to Hiszpanie, początkowo zawahali się, ale porwała ich taka wściekłość, że byliby zamordowali oficera polskiego, gdyby nie zakrystian, który zasłonił go własnymi piersiami, a do uzbrojonych ziomków rzekł:

"Nie dotykajcie tego człowieka, sam go widziałem, jak przed godziną przystępował do Stołu Pańskiego na cześć Najświętszej Panny".

Usposobienie Hiszpanów zmieniło się zupełnie. Zaczęli przepraszać oficera i puścili go wolno.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego 
(przykłady na październik), ss. 194-195.















TRZY MIESIĄCE CZYŚĆCA... NA ZIEMI

Trzeba dawać wiarę starodawnym i świętym podaniom, które uczą, iż po tym żywocie dusza będzie sądzona i surowo karana, jeśli nie żyła, jak należy.
Platon

Gdy pewnego razu, w święto Bożego Ciała, znajdowałam się przed Najświętszym Sakramentem, nagle przed moimi oczami zjawiła się jakaś postać, cała w ogniu, którego żar był tak ostry, że miałam wrażenie, jakby i mnie dosięgał. Ten żałosny obraz owej postaci, który odebrałam jako stan duszy w czyśćcu, wycisnął mi z oczu wiele łez. Powiedziała mi ona, że jest duszą pewnego kapłana-benedyktyna, który kiedyś słuchał mojej spowiedzi i zachęcił mnie do przyjmowania Komunii Świętej. W nagrodę za to Bóg pozwolił mu zwrócić się do mnie, aby mógł doznać ulgi w cierpieniu. Błagał mnie, abym w jego intencji ofiarowała wszystko, co w przeciągu trzech miesięcy mogłabym uczynić i wycierpieć. (…)

Wyznał mi, że główną przyczyną jego wielkich cierpień było przedkładanie własnych korzyści nad chwałę Bożą i szukanie uznania u ludzi. Drugą przyczyną był brak miłości do swoich współbraci, trzecią - zbyt duża uczuciowość i przywiązanie, jakie miał w stosunku do ludzi, czego upust dawał w trakcie rozmów duchowych, co wielce nie podobało się Bogu. (…)

Zakonnik ten nie odstępował mnie w tym czasie ani na chwilę i ciągle miałam wrażenie, że go widzę całego zatopionego w ogniu i poddanego strasznym torturom, tak że prawie bez przerwy wylewałam łzy i szlochałam. (…)

Po upływie trzech miesięcy zobaczyłam czcigodnego ojca w zupełnie innym stanie - pełen radości i blasku podążał zażywać wiecznego szczęścia. Dziękował mi i obiecał być moim orędownikiem u Boga. Ja natomiast chorowałam, ale moje dolegliwości ustąpiły razem z jego cierpieniami i wkrótce stałam się całkowicie zdrowa.

Źródło: Pasquale Colucci, Gdy duchy przychodzą... Kontakty ze światem pozagrobowym,
Wyd. Księży Sercanów, Kraków 2006, ss. 89-90.

czwartek, 23 listopada 2017

UZDROWIENIE ALFREDA AUBERTA – LOURDES 1897

Witaj, Królowo, Matko miłosierdzia, życie, słodyczy i nadziejo nasza, witaj! Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy; do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole. Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć, a Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż. O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!
(antyfona Salve Regina)

Rafael Santi,
Madonna di Granduca, 1504
Alfred Aubert był grabarzem w Moulins-Engilbert we Francji. Pewnego dnia bania z kwasem saletrzanym wymknęła mu się z rąk i rozbiła się na podłodze, przy czym płyn rozpryskując się na wszystkie strony dosięgnął jego oczu. Z początku ślepota Alfreda nie była zupełna, lecz po osiemnastu miesiącach oko prawe wypłynęło zupełnie, a i na lewe Alfred nie widział nic.

Wyczerpawszy wszystkie materialne zasoby swoje, a pragnąc mimo swego kalectwa zarabiać na życie dla żony i dzieci, Aubert postanowił zostać wędrownym śpiewakiem i przez lat czternaście istotnie przebiegał jako taki południowe okolice Francji.

Na pięć lat przed swoim uzdrowieniem Aubert zapoznał się z ks. Le Guillou, proboszczem w Blandy-les-Tours, który niewidomego nakłonił do osiedlenia się w jego parafii i odtąd wspierał go stale. Wreszcie widząc głęboką pobożność Auberta zaproponował mu, by z wielką ufnością odbył pielgrzymkę do Lourdes, z prośbą do Matki Najświętszej Niepokalanej o przywrócenie wzroku. Dostarczył mu też wraz z innymi miłosiernymi osobami środków na tę podróż.

Przybywszy do Lourdes w piątek dnia 20 sierpnia 1897 roku, Aubert tegoż dnia przed południem zanurzył się po raz pierwszy w cudownej wodzie i doznał silnego wstrząśnienia połączonego z uczuciem, jak gdyby obręcz ściskała mu głowę.

Nazajutrz niewidomy między ósmą a dziewiątą godziną wysłuchał Mszy św. w grocie i przystąpił do stołu Pańskiego. Potem modlił się długo, podłożywszy sobie dla większego umartwienia swój kij pod kolana, a gdy mu już sił zabrakło i chciał wstać, zdawało mu się, że ujrzał w obłoku jakieś kształty, w których rozpoznał po chwili białą postać Najświętszej Panny. Z każdą chwilą widział coraz wyraźniej statuę Niepokalanej Dziewicy w głębi groty... Zwracając się potem na prawo i na lewo zdumiał się, że widzi wszystko, co go otacza. — Nie wiedziałem, gdzie jestem i co się ze mną dzieje, — opowiadał później — ani nie mogłem początkowo zdać sobie sprawy z tego, iż rzeczywiście widziałem ludzi, drzewa, góry, doliny...

Wreszcie obudził się jakby ze snu i ukląkłszy nad rzeką Gave zaczął się modlić, zalewając się ciągle łzami radości i wdzięczności...

Towarzysze pielgrzymki, którzy jeszcze przed godziną widzieli go ślepym, powitali go okrzykami radosnego zdziwienia, a sam Aubert z rozrzewnienia znowu się rozpłakał. Uzdrowienie przewyższyło wszelkie jego najśmielsze oczekiwania. — Prosiłem Najświętszą Pannę, — opowiadał później — abym tylko mógł sam bez niczyjej pomocy chodzić, a tymczasem teraz widzę zupełnie dobrze. Matka Boża dała mi przeto daleko więcej, niżeli to, o co błagałem.

Leon Pyżalski CSsR, Matka dzieci Bożych. Czytania majowe z przykładami spośród uzdrowień lourdskich,
Kraków 1937, ss. 120-121.






wtorek, 21 listopada 2017

BEZ JAKIEGOKOLWIEK ZOBOWIĄZANIA

W klasztorze św. Leonarda w Montefalco (Umbria, Włochy) znajduje się kapliczka zwana Czyśćcową. Pod antycznym „kołem klasztornym” jest tam grób przeoryszy Marii Teresy od Jezusa, siostry, która od 2 września do 9 listopada 1918 roku była bohaterką nadzwyczajnego wydarzenia. Miała bezpośredni kontakt z duszą czyśćcową. Kościół przeprowadził drobiazgowe dochodzenie w tej sprawie, a jego wyniki zawarte są w opasłym zbiorze akt. Proces kanoniczny, w ramach którego przesłuchano licznych świadków, zakończył się potwierdzeniem prawdziwości tego, czego przeorysza była świadkiem i bohaterką.

Siostra Maria Teresa od Jezusa, mianowana przełożoną 18 sierpnia 1918 roku, pełniła jednocześnie funkcję zakrystianki i furtianki klasztoru. Kilka dni po mianowaniu, 2 września, wczesnym rankiem usłyszała dzwonek. Natychmiast pobiegła otworzyć, mówiąc na powitanie: „Niech będzie pochwalony Jezus i Maryja”. Jakiś słaby i smutny głos powiedział: „Muszę zostawić tę jałmużnę tutaj”, a jednocześnie zakręciło się koło, na którym ukazało się dziesięć lirów - suma dość znaczna w tamtych czasach. Zapytała, na jaki cel ma być przeznaczona ofiara, a ten sam głos odpowiedział: „Bez jakiegokolwiek zobowiązania”. Przeorysza zapytała nieznajomego, kim jest, lecz odpowiedział jej z uprzejmym pośpiechem: „Nieważne”. Sytuacja taka powtórzyła się aż cztery razy i w małej wspólnocie zakonnej zaczął szerzyć się niepokój, że to może jakiś skruszony złodziej przynosi do kościoła zrabowane pieniądze. Jednego razu na pytanie, czy siostry mają się modlić, głos odpowiedział: „Modlitwa jest zawsze dobra”.

Najbardziej niepokojące było to, że nikt nigdy nie zdołał zobaczyć mężczyzny, który zostawiał pieniądze, a przecież wszystkie siostry po każdym dźwięku dzwonka przybiegały do kraty, skąd można było widzieć bramę kościoła i rozmównicy, gdzie znajdowało się koło i dzwonek. Nie było widać nikogo, ani też nie można było zauważyć żadnego poruszenia, otwierania lub zamykania bramy.

Któregoś razu wieczorem, kiedy kościół był już pusty i dokładnie zamknięty, znów usłyszano dzwonek. Nikogo jednak nie było. Polecono świeckiej służącej, która miała na imię Katarzyna, przeprowadzenie szczegółowej kontroli, ale nikogo nie znaleziono. A jednak dziesięć lirów leżało na tym samym miejscu co zwykle. Dwadzieścia osiem razy powtórzyły się te tajemnicze wizyty i ta sama suma pieniędzy leżała na kole.

11 kwietnia głos poprosił po raz pierwszy o modlitwę za zmarłego. Wtedy przeorysza była razem z dwiema starszymi współsiostrami, które nie słyszały głosu mówiącego: „Zostawiam tę jałmużnę z prośbą o modlitwę za zmarłego”. Ten głos słyszała wyłącznie przeorysza, choć inne siostry były blisko.

Jednego razu na próbę przeorysza nie poszła odpowiedzieć na dzwonek, lecz zastąpiła ją inna siostra. Na słowa: „Niech będzie pochwalony Jezus i Maryja” nikt nie odpowiedział, a następnego dnia znaleziono na kole dziesięć lirów. Siostry zaczęły zanosić stale modlitwy za tę duszę, ponieważ teraz już wszystkie były przekonane, że chodzi o duszę czyśćcową, która prosi o modlitwę. Przeorysza jednak, bardzo przejęta i przestraszona, chciała się upewnić, czy to nie zwodniczy diabeł przystąpił do działania. I tak wieczorem 16 września 1919 roku na dźwięk dzwonka zeszła razem z drugą siostrą, ale nie było nikogo, choć dziesięć lirów leżało na swoim miejscu. Kiedy następnie usłyszała dzwonek po raz drugi, zeszła ponownie, a głos jej powiedział: „Proszę je wziąć, to dla przebłagania Boskiej sprawiedliwości”. Siostra Maria Teresa od Jezusa chciała wówczas upewnić się, czy nie jest to zły duch, i wypowiedziała akt strzelisty ku czci Maryi Panny, największej przeciwniczki diabła. Głos powtórzył go dokładnie tymi samymi słowami: „Niech będzie błogosławione święte, najczystsze i niepokalane poczęcie Najświętszej Maryi Panny”. Podejrzenie, że te pieniądze pochodzą od złego ducha, znikło, potwierdziło się natomiast przekonanie, iż chodzi o duszę czyśćcową.

Pewnej nocy siostrę Marię Teresę obudziło lekkie pukanie i głos mówiący, że ktoś zadzwonił dzwonkiem. Również tym razem nikogo nie zastano. W całą tę sprawę włączono spowiednika, księdza Chimatiego, kapelana, księdza Tabaniniego oraz gwardiana, ojca Angela. Pomimo kontroli, badań, eksperymentów, kiedy słyszano dzwonek i pojawiało się dziesięć lirów, nikogo nigdy nie widziano. Mała wspólnota modliła się jeszcze bardziej za „tajemniczą duszę”.

3 października 1919 roku przeorysza odmówiła przyjęcia dziesięciu lirów i powiedziała tajemniczej osobie, że spowiednik zakazał jej tego z obawy, że mogą pochodzić od diabła. Głos stanowczo odpowiedział: „Nie, jestem duszą czyśćcową, od czterdziestu lat przebywam w czyśćcu za to, że zmarnotrawiłem dobra kościelne”. Zachęcona przez spowiednika siostra zadała duszy inne pytania, ale nie udało jej się dowiedzieć, jak ma na imię. Dowiedziała się natomiast, że z wielu mszy odprawianych za zmarłych jej przypadała zaledwie „malutka cząstka”. Tym razem dusza zostawiła na kole dziesięć lirów ułożonych w formie krzyża.

30 października 1919 roku odbyła się przytoczona niżej rozmowa między dwiema osobami żyjącymi w różnych wymiarach, ale związanych delikatną nicią pokrewieństwa, gdyż obie były w stanie zakonnym:

Przeorysza: 
— Z nakazu spowiednika nie mogę przyjąć żadnej jałmużny. W imię Boga i z rozkazu spowiednika proszę mi powiedzieć, kim ty jesteś. Czy jesteś kapłanem?
— Tak — padła odpowiedź.
— Czy do tego klasztoru należały dobra, które roztrwoniłeś?
— Nie, ale mam pozwolenie dostarczyć je tutaj.
— A skąd je bierzesz?
— Sąd Boży jest sprawiedliwy.
— Lecz ja nie bardzo wierzę, że to dusza. Ciągle mam wrażenie, że ktoś robi sobie żarty.
— Chcesz znaku?
— Nie, bo się boję. Może kogoś zawołam, to będzie bardzo szybko...
— Nie, gdyż nie mam pozwolenia.

Matka lękała się jakiegoś odcisku wypalonego ogniem. Również tym razem wzięła dziesięć lirów. Usłyszała wówczas głos: „Dzięki, teraz przystępuję do modlitwy”.

Oddalając się, zaczął śpiewać znany psalm, który przeorysza dokończyła: „Benedictus Deus qui... Błogosławiony niech będzie Bóg, który nie odrzucił moich modlitw ani nie oddalił ode mnie swego miłosierdzia”.

Ostatni raz, 9 listopada 1919 roku, rozmowa wyglądała następująco:

Dusza: „Niech będzie pochwalony na wieki Pan, dziękuję siostrze i wspólnocie zakonnej, zostałem uwolniony od kary ”.

Przeorysza poprosiła o błogosławieństwo i wyraziła wolę pójścia do czyśćca: „Tam, gdzie ksiądz się znajdował, w ten sposób byłabym pewna!”. „Niech siostra wypełnia wolę Najwyższego. Benedictus semper Deus”. 

Były to ostatnie słowa duszy, która więcej nie dała o sobie znać (…) Przeorysza z posłuszeństwa spowiednikowi ujawniła później, że w czasie ostatniej rozmowy widziała duszę wstępującą do nieba, obleczoną w światło.


Źródło: Pasquale Colucci, Gdy duchy przychodzą... Kontakty ze światem pozagrobowym, 
Wyd. Księży Sercanów, Kraków 2006, ss. 80-85.

RÓŻANIEC RATUNKIEM W CZASIE GRABIEŻY

Przyzywanie na pomoc Najświętszej Panny Maryi skutecznie także działa we wszelkich podobnych przygodach: każdy przeto uciekać się do Niej powinien z ufnością: niepodobieństwem jest, aby Ta, która przez dziewięć miesięcy nosiła w łonie swoim odwieczne Miłosierdzie, i sama nie była miłosierną.
św. Alfons Rodriguez 

W czasie wielkiej wojny światowej (1914-1918 r.) działy się różne rzeczy. Pozostające rozbitki którejkolwiek armii opuszczały szeregi bojowe i uciekając w nieładzie, dopuszczały się grabieży dworów, klasztorów, kościołów a nawet i domów prywatnych. O. Albert Mizera, dominikanin z Bohorodczan, opowiada następujący wypadek, w którym różaniec okazał się prawdziwym ratunkiem dla grabionej ludności:

"W dniach pełnych zgrozy przy cofaniu się wojsk rosyjskich doznaliśmy szczególniejszej opieki Bożej i Najświętszej Panny Maryi. Po cofnięciu się głównych wojsk, pozostała jedynie niesforna gromada żołnierzy, którzy grabili i podpalali. Nakazali oni i nam opuścić dwór i pójść do lasu, by podczas naszej nieobecności dwór ograbić. Gdy wszelkie prośby nasze nie pomagały, udaliśmy się o pomoc do Boga. Uklękliśmy wszyscy w pokoju do modlitwy, odmawiając różaniec, litanię do Matki Bożej itp. Widząc to żołnierze, czekali, aż skończymy. Myśmy jednak w modlitwie nie ustawali i Bóg nas ocalił. Żołnierze, którzy przedtem grabić nas chcieli i podpalać, odeszli spokojnie, nie zabierając niczego nie tylko z domu, ale nawet z obory i gospodarstwa".

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego 
(przykłady na październik), ss. 193.



niedziela, 19 listopada 2017

NAJOKROPNIEJSZY SEN

Widziałam, jak wpadało do piekła wiele dusz. Między innymi była wśród nich dziewczynka piętnastoletnia, przeklinająca swych rodziców, ponieważ nie nauczyli jej bojaźni Bożej i nie przestrzegli przed tym, że istnieje piekło. Mówiła, że jej życie, chociaż tak krótkie, było pełne grzechów, ponieważ pozwalała sobie na wszystkie przyjemności, jakich domagało się od niej ciało i namiętności. Oskarżała się zwłaszcza z czytania złych książek...
(Z wizji piekła s. Józefy Menendez, 22 marca 1923 roku)

W 1849 roku Karol, pewien młodzieniec z oratorium księdza Bosko, ciężko zachorował. Lekarz doradził wezwać księdza Bosko z ostatnim namaszczeniem. W tym czasie księdza nie było jednak na miejscu. Do chorego udał się dopiero po powrocie z Turynu. W drzwiach domu zobaczył czarny kawałek materiału z klepsydrą informującą o śmierci młodzieńca. 

Ksiądz Bosko wszedł, aby pozdrowić rodziców Karola, zanoszących się od płaczu. Następnie postanowił wejść do pokoju zmarłego, aby go jeszcze raz zobaczyć. Towarzyszył mu ktoś z rodziny.

— Gdy wszedłem do pokoju — relacjonuje ksiądz Bosko — przyszła mi myśl, że może jeszcze nie umarł. Zbliżyłem się do łóżka i zwróciłem się do niego po imieniu: „Karolu!”. Wtedy otwarł oczy i pozdrowił mnie z uśmiechem. „Księże Bosko, — powiedział na głos — przebudził mnie ksiądz z okropnego snu”.

Niektórzy zaczęli uciekać z pokoju w przerażeniu, tymczasem ksiądz Bosko, który zerwał prześcieradło, jakim owinięty był młodzieniec, słuchał go. Karol opowiedział mu swój sen: 

„Wydawało mi się, jakby mnie ktoś popychał do długiej, ciemnej jaskini, tak wąskiej, że ledwie byłem w stanie oddychać. W głębi widziałem jakby nieco większe i jaśniejsze miejsce, gdzie wiele dusz było sądzonych. Moja udręka i mój strach narastały coraz bardziej, ponieważ widziałem ogromną rzeszę skazanych. Nadeszła też moja kolej i już miałem być osądzony tak jak oni. Byłem przerażony, ponieważ źle odprawiłem moją ostatnią spowiedź. Nagle mnie ksiądz przebudził”.

Do swoich rodziców, którzy przybiegli na wiadomość, że ich syn żyje, młodzieniec powiedział, aby nie liczyli na jego wyzdrowienie. Chciał następnie zostać sam z księdzem Bosko, któremu wyjaśnił, że wcześniej wołał po niego, ponieważ pragnął się wyspowiadać. Skoro nie mógł się z nim zobaczyć, odprawił spowiedź u innego księdza, któremu nie ośmielił się wyznać swojego grzechu. Bóg dał mu jednak do zrozumienia, że zasłużył na piekło.

Wyspowiadał się i po przyjęciu rozgrzeszenia ze spokojem umarł.

Pasquale Colucci, Gdy duchy przychodzą... Kontakty ze światem pozagrobowym, Wyd. Księży Sercanów, Kraków 2006, ss. 54-55.

sobota, 18 listopada 2017

ŚMIERĆ BEZ POKUTY

Biada duszom, które wymykają się nawet i z rąk Tej Najmiłościwszej Pośredniczki! Nie ma wątpliwości, że przeklęte one zostaną i zginą na wieki.
Św. Bonawentura 

Za czasów świętego Franciszka a Hieronimo należał do Kongregacji Najświętszej Panny Maryi w Neapolu pewien kupiec, który zrazu spełniał gorliwie wszystkie obowiązki, ale później, kiedy się dorobił większego majątku, począł się ich wstydzić, i wieść życie wolne. Święty Franciszek upominał go po kilkakroć i pogroził mu nawet wykreśleniem z bractwa; a gdy i to nie pomogło, wyrzekł duchem proroczym: 

— Pamiętaj, że przyjdzie dzień, gdzie będziesz musiał wyciągać rękę po jałmużnę.

Następnej niedzieli odprawił tenże święty Mszę św. dla członków Kongregacji, po czym zbliżył się do statuy Matki Bolesnej, wyjął jeden z mieczów, tkwiących w Jej piersiach, i rzekł: 

— Najświętsza Panno, brat ten (tu nazwał onego kupca po imieniu) był dotąd ostrym mieczem dla Ciebie i ranił Twe serce; lecz teraz wyciągam go i odrzucam.

Wkrótce potem nieszczęsny ów kupiec stracił cały majątek i przyszedł do takiej nędzy, że gdyby nie jałmużny św. Franciszka, byłby umarł z głodu. Lecz i to nie zdołało przywieść go do opamiętania, a śmierć jego była straszną, bo bez pokuty. 

św. Józef S. Pelczar, Kazania na uroczystości i święta Najświętszej P. Maryi, 
cz. 1, wyd. 3, Kraków 1911, s. 308.






DAM CI PRZEWODNICZKĘ I WSPOMOŻYCIELKĘ - SEN ŚW. JANA BOSKO O SWOJEJ PRZYSZŁEJ MISJI

Niektóre sny ks. Bosko ujawniały jasno i dokładnie wydarzenia, które dopiero miały zaistnieć. Z tylu widzeń odnoszących się do najrozmaitszych spraw, niektóre sprawdziły się jeszcze za jego życia, inne już po śmierci.
(Ze wstępu do 2. wyd. ang.)

Tomás Andrés Lorenzone,
NMP Wspomożycielka Wiernych,
Bazylika NMP Wspomożycielki
Wiernych w Turynie, Włochy
„Gdy miałem około dziewięciu lat, przeżyłem sen, który wywarł na mnie głębokie wrażenie i pozostał we mnie na całą resztę mojego życia. Śniło mi się, że jestem blisko swojego domu, na olbrzymim placu zabaw, gdzie bawiły się gromady dzieci. Jedne śmiały się wesoło, a inne w czasie zabawy przeklinały. Tak byłem tym, co usłyszałem, zdenerwowany, że wpadłem pomiędzy bluźniących, waląc gwałtownie pięściami, a także wykrzykując, i próbowałem ich pohamować w złorzeczeniach. W tym momencie ukazała się niezwykła postać. Był to Pan, szlachetnie ubrany, o wybitnie męskim i imponującym wyglądzie. Miał on na sobie biały spływający do ziemi płaszcz, a z twarzy jego promieniowało takie światło, że nie mogłem wprost nań patrzeć. Zawołał mnie po imieniu i nakazał mi być przywódcą tych chłopców, dodając słowa:

— Pozyskasz ich sobie, lecz nie biciem, ale łagodnością. Staną się twoimi przyjaciółmi. Zabierz się zaraz do pouczania ich, jak brzydki jest grzech, a jak piękna cnota.

Całkowicie zmieszany i wylękniony odpowiedziałem, że jestem tylko małym chłopcem, niezdolnym, bym mógł uczyć tych młodzików bojaźni Bożej i religii. W tejże chwili bicie, krzyki i przekleństwa ustały i tłum chłopców zebrał się wokół tego Pana, który rozmawiał ze mną. Prawie nieświadomie zapytałem:

— Jak możesz nakazywać mi coś takiego niemożliwego do urzeczywistnienia?
— To, co wydaje się niemożliwe, będziesz musiał osiągnąć przez posłuszeństwo i nabywanie wiedzy.
— Ale gdzie? Jak?
— Dam ci Przewodniczkę, pod kierunkiem której będziesz się uczył, a wiedz, że bez Jej pomocy wszelka wiedza staje się niczym.
— Ale kim jesteś?
— Jestem synem Tej, którą twoja matka każe ci pozdrawiać trzy razy dziennie.
— Lecz moja mama zakazała mi rozmów z ludźmi, których nie znam. Proszę, powiedz mi swoje imię.
— Zapytaj o to moją matkę.

W tej chwili ujrzałem obok Niego jakąś Niewiastę o majestatycznym wyglądzie. Miała na sobie piękny, jaśniejący płaszcz, jakby utkany z gwiazd. Pani zauważyła moje zmieszanie i dlatego dawała znak, bym przybliżył się do Niej. Z wielką łagodnością ujęła moją dłoń i powiedziała:

— Popatrz!

Tak też uczyniłem. Wszystkie dzieci zniknęły. Na ich miejscu zobaczyłem wiele zwierząt: kozłów, psów, kotów, niedźwiedzi i wiele jeszcze innych.

— Oto pole, na którym będziesz musiał pracować — powiedziała do mnie. — Bądź pokorny, stanowczy i silny. A to, co wydarzy się z tymi zwierzętami - jak zobaczysz niebawem - uczynić masz z moimi dziećmi.

Ponownie spojrzałem: wszystkie dzikie zwierzęta zmieniły się w łagodne owieczki, podskakujące, pobekujące cicho, jakby na powitanie i na cześć owego Pana i Pani. Wciąż jeszcze śniąc, zacząłem krzyczeć i z płaczem prosić Panią, aby wytłumaczyła mi, co to znaczy. Byłem bowiem całkowicie roztrzęsiony i zdezorientowany. Położyła wówczas swoją dłoń na mojej głowie i powiedziała:

— Zrozumiesz wszystko w swoim czasie.

Kiedy tylko wypowiedziała te słowa, jakiś szmer obudził mnie i wszystko znikło. Byłem zupełnie oszołomiony. Bolały mnie ręce, a i policzki paliły jeszcze od uderzeń, które otrzymałem w walce. Rozmowa z owym Panem i Panią tak zajęła moje myśli, że nie mogłem już w żaden sposób usnąć i nie zmrużyłem tej nocy oka.

Ledwie mogłem doczekać się ranka, aby swój sen opowiedzieć. Gdy usłyszeli go moi bracia, wybuchnęli śmiechem. Opowiedziałem go także swojej mamie i babci. Każda z osób, która usłyszała sen, dawała inny komentarz. Mój brat Józef powiedział:

— Zostaniesz zapewne pastuchem i zajmować się będziesz kozami, baranami i bydłem.

Komentarz mojej matki był następujący: 

— Kto to wie. Może zostaniesz kapłanem.

Antoni oschle wymamrotał: 

— Będziesz prawdopodobnie hersztem gangu bandytów.

Lecz moja bardzo pobożna, choć nie umiejąca czytać ani pisać babcia, miała ostatnie słowo: 

— Nie zwracaj uwagi na sny.

Sam byłem tego samego zdania, co babcia, ale nigdy nie potrafiłem o tym śnie zapomnieć. To, o czym powiem teraz, rzuci trochę nowego światła na sprawę. Nigdy potem nie wspomniałem o owym śnie, a moi krewni też nie wracali do niego. Lecz w roku 1858, gdy przybyłem do Rzymu, aby konferować z Ojcem św. na temat Zgromadzenia Salezjańskiego, Pius IX prosił mnie, bym opowiedział wszystko, co miałoby choć najdrobniejsze znamiona nadprzyrodzoności. Wówczas po raz pierwszy opowiedziałem mu tenże sen, którego doznałem, gdy miałem dziewięć lat. Papież nakazał mi wówczas, bym w szczegółach opisał go. Miało to być dla dobra członków Zgromadzenia, które było przedmiotem naszej rozmowy w Rzymie."

Ten pierwszy sen powtarzał się kilkakrotnie w przeciągu osiemnastu lat. Za każdym jednak następnym obrazem dochodziły coraz to nowe szczegóły, chociaż ogólne zarysy były zawsze te same. Ksiądz Bosko twierdził, że z każdym nowym widzeniem coraz to lepiej i dokładniej przewidywał utrwalenie się Oratorium oraz rozprzestrzenienie się Zgromadzenia Salezjańskiego. Mógł też przewidywać przeszkody, jakie czekały go w przyszłości, nie mówiąc o zasadzkach wrogów. W ten sposób zorientowany dzięki owym snom, potrafił ich unikać lub odpowiednio zwalczać.

Sny-wizje świętego Jana Bosko, Wyd. Salezjańskie, Łódź 1984, ss. 15-17.



RÓŻANIEC ROZBÓJNIKA

Jeżeli w godzinie śmierci człowiek znajduje się w stanie grzechu ciężkiego, to jego biedna dusza wpadnie do piekła; jeżeli będzie w stanie łaski - wzniesie się ona ku niebu. O, szczęśliwa drogo, która nas prowadzisz do szczęścia i do nieskończonych dóbr! Choćbyśmy mieli iść do nieba przez ognie czyśćcowe, i tak będzie to dla nas wielkim szczęściem.
św. Jan Vianney

Wawrzyniec Maffio pochodził ze starej rodziny szlacheckiej. Po przodkach jednak swoich nie odziedziczył on ani majątku, ani cnót rodowych. Stał się rozbójnikiem i napełniał postrachem Kampanię i okolice Rzymu. Długie lata prowadził on to niecne rzemiosło, a tak doskonale umiał się ukrywać, iż pomimo najgorliwszych poszukiwań nie zdołano go schwytać.

Ale w końcu przyszła kreska na Matyska. Silny oddział żandarmerii wytropił rozbójnika. Z obu stron wszczęła się zażarta walka; Wawrzyniec cięty pałaszem w głowę uległ przemocy. Przyniesiono go na marach do miasta, gdyż uważano go za umarłego. W mieście jednak odzyskał on przytomność i począł wołać:

— Spowiednika! Spowiednika...

Natychmiast wezwano księdza, przed którym wyznał z szczerym żalem grzechy całego żywota, a zapytany przezeń, czy nie wie, czemu zawdzięcza łaskę nawrócenia przed śmiercią, łkając w te odezwał się słowa:

"Przed wielu laty, gdym nie był jeszcze tak zatwardziałym w grzechu, mieszkałem u pewnej ubogiej wdowy, która miała zwyczaj odmawiać wraz z całą rodziną każdej soboty różaniec ku czci Najświętszej Panny Maryi. Gdym ją raz zapytał, w jakim celu to czyni, odrzekła, że Maryja wyprasza swym czcicielom łaskę szczerego żalu i zachowuje od nieszczęśliwej śmierci. Niedługo potem umarła ta wdowa, a przed śmiercią oddała mi swój różaniec i wymogła na mnie przyrzeczenie, że będę go co sobotę odmawiał - przy tych słowach wyciągnął z ukrytej kieszeni płaszcza swego różaniec, przycisnął go do piersi i tak mówił dalej:

— Wiele, bardzo wiele złego uczyniłem, alem nigdy nie złamał danego przyrzeczenia. Kiedy dziś otrzymałem cios śmiertelny mieczem i wpadłem w omdlenie, stanęli szatani przy mnie, chcąc mię porwać do piekła. Wzrok mój spotkał się ze wzrokiem najsprawiedliwszego Sędziego.

W tej stanowczej chwili zbliżyła się do mnie Matka miłosierdzia z miłym uśmiechem, wyjęła z kieszeni mego płaszcza różaniec, pokazała go Sędziemu i prosiła, by łaska zajęła miejsce sprawiedliwości. Sprawiedliwy Sędzia zwrócił się do Matki i rzekł: 

— Na Twoją prośbę użyczam mu krótkiego czasu do pokuty. 

Po tych słowach szatani, wściekle wyjąc i zgrzytając zębami, znikli w przepaści, a ja odzyskałem przytomność. Gdyby nie różaniec i wstawiennictwo Maryi, byłbym z pewnością potępionym".

Po tych słowach przycisnął raz jeszcze różaniec do ust swych, westchnął lekko i zasnął na wieki. Różaniec uchronił go od wiecznego potępienia. Czyż może być większa łaska nad tę? 

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi:
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego
(przykłady na październik), ss. 187-188.



piątek, 17 listopada 2017

OTO WSTRĘTNA I OKRUTNA BESTIA USIŁUJE MNIE UDUSIĆ

Powiecie może, że wielu ludzi nawróciło się dopiero w godzinie śmierci. Prawda, że łotr po prawicy nawrócił się dopiero w ostatniej chwili. Ale on nie znał przedtem Chrystusa, a gdy tylko Go poznał, zaraz w Niego uwierzył.
św. Jan Vianney

2 stycznia 1863 roku do Małego Domu Opatrzności trafiła inna uboga kobieta w wieku siedemdziesięciu lat, Sara Piscarolo, żydówka. Została powierzona księdzu Dominikowi Bosso, który zorientował się, że jej stan jest poważny. Chciał ją pokrótce pouczyć o chrzcie, aby później mogła go przyjąć. Chora jednak sprzeciwiała się ze wszystkich sił i nie było sposobu, żeby ją ochrzcić. Jednak ksiądz Bosso polecał ją w żarliwej modlitwie założycielowi domu.

Ku swemu zdumieniu, chora zaczęła odzyskiwać zdrowie. 16 stycznia rozpoczął się zwyczajny proces kanonizacyjny ojca Józefa Cottolengo. Wieczorem tego dnia nagle Sarę ogarnęło wielkie przerażenie i silne drżenie, tak iż nawet łóżko zaczęło się poruszać. Biedaczka szamotała się, kręcąc głową, wymachując rękoma i całym ciałem, jak ktoś, kto chce odrzucić od siebie przedmiot trwogi i lęku, prosząc jednocześnie na głos o pomoc i wsparcie. Zapytana przez pielęgniarkę, niejaką Marię Reyneri, powiedziała: 

- Ach, któż mi, biednej, pomoże? Kto mnie wesprze? Oto wstrętna i okrutna bestia usiłuje mnie udusić.

Zaraz podbiegła nowicjuszka Magdalena Franceschetti i przebywająca na leczeniu Dominika Cerruti, które w przekonaniu, że chodzi o diabła, skropiły wodą święconą miejsce, gdzie według Sary znajdował się potwór. Zaraz po pokropieniu wodą - jak zapewniała Sara - potwór znikł. Ku zdumieniu wszystkich Sara poprosiła o naukę chrzcielną i sakrament chrztu. Po trzech dniach pełnej świadomości utraciła wzrok i poczytalność. W takim stanie była przez tydzień. Przy okazji wizyty rabina nagle odzyskała świadomość. Oświadczyła mu, że w sposób wolny i bez przymusu została katoliczką. Wpadłszy ponownie w letarg, zmarła 19 stycznia.

Pasquale Colucci, Gdy duchy przychodzą... Kontakty ze światem pozagrobowym, Wyd. Księży Sercanów, Kraków 2006, ss. 50-51.

środa, 15 listopada 2017

SŁUSZNIE SIĘ TAK NAZYWA

O! zaiste, gdy grzesznik stanowiący zmieni swoje postępowanie, upada do nóg Maryi, znajduje w Niej matkę najmiłościwszą i najlitościwszą, nierównie skorszą w przygarnięciu go do siebie i poratowaniu, aniżeli najprzywiązańsza matka rodzona!
św. Alfons Liguori

W roku 1838 przybył do Paryża pewien młody kupiec, a załatwiwszy swe interesa, postanowił w ostatnim dniu pobytu swego użyć wszelkich uciech godziwych i niegodziwych. 

Wieczorem tegoż dnia przechodził obok kościoła Najświętszej Panny Zwycięskiej, i lubo od kilku lat zapomniał zupełnie o Bogu, wstąpił jednak do wnętrza. Zobaczył tam garstkę pobożnych, modlących się w skupieniu, podczas gdy przy konfesjonale spowiadali się mężczyźni, starsi i młodsi. „Głupcy”, — powiedział sam do siebie, a spojrzawszy na nich z pogardą, zbliżył się do ołtarza i zwrócił wzrok swój na obraz Najświętszej Panny. Po chwili popatrzył znowu na konfesjonał i znowu powtórzył: „Głupcy”; ale równocześnie przemówił do niego jakiś głos tajemny: 

— I ty spowiadałeś się także przed kilkunastu laty.
— Tak, — odpowiedział głos inny — ale i ja byłem wówczas głupcem. 
— Czemuż byś się nie mógł dziś wyspowiadać? — odezwał się znowu głos pierwszy.
— Nie, nie zrobię tego głupstwa, — odpowiedziała natychmiast pycha i zmysłowość.

Wtem spojrzał znowu na obraz Najświętszej Matki, a od słodkiego Jej wzroku roztajała jego dusza, iż cały we łzach znalazł się przed konfesjonałem i z wielkim żalem wyznał swe grzechy. Po spowiedzi zapytał kapłana o tytuł owego kościoła, a gdy się dowiedział, że on jest poświęcony Najświętszej Pannie Zwycięskiej, zawołał:

— Słusznie się tak nazywa, bo oto Najświętsza Panna i nade mną, wielkim grzesznikiem, odniosła zwycięstwo; ale też za to przez całe życie służyć Jej będę i dochowam moich obietnic. 

św. Józef S. Pelczar, Kazania na uroczystości i święta Najświętszej P. Maryi, cz. 1, wyd. 3, Kraków 1911, ss. 278-279.

wtorek, 14 listopada 2017

TRUDNE ZWYCIĘSTWO MATKI

Przybądź z pomocą swoim biednym dzieciom, o, Matko litościwa; o, Orędowniczko; o, Ucieczko grzesznych; odpędź od nas w godzinie śmierci diabły, naszych oskarżycieli i naszych nieprzyjaciół, których straszny wygląd nas przeraża. Przyjdź nas oświecić w ciemnościach śmierci. Prowadź nas, towarzysz nam przed trybunał naszego Sędziego, Twojego Syna; wstawiaj się za nami, ażeby nam przebaczył i przyjął nas do grona swoich wybrańców na pobyt wiecznej chwały. Amen.
św. Ludwik Grignion de Montfort

W małej chacie, na Podkarpaciu, mieszkała sześćdziesięcioletnia włościanka Maria ze swym synem Janem. W szałasie rozgościł się znany gość w chatach włościańskich - nędza i smutek. Przyczyną ciężkiego, jak chmury jesienne w naszym kraju, smutku matki, było postępowanie jej syna, który nie chciał troszczyć się o jedną krowę i trzy kozy, to jest o cały majątek, lecz bujał po górach i lasach, polując ukradkiem w dzień i w nocy. Wszelkie prośby i łzy matki pozostawały bez skutku.

Jan dbał tylko o wesołe towarzystwo, uganiał za dziewuchami, a często, zbyt często wpadał do karczmy, by sprzedać szpetnemu żydkowi ukradkiem upolowaną zwierzynę. Nawet w niedzielę unikał Jaś domu własnego, a przed kościołem uciekał jak diabeł przed święconą wodą. Nic więc dziwnego, że matka miała zmartwienie, a różaniec nie wychodził z jej rąk.

Modliła się żarliwie i bez ustanku o upamiętanie syna. Nagle, jednego dnia zjawił się młody góral w chacie Marii, oświadczając, że Jan leży na szczycie pobliskiej góry z przestrzeloną piersią i połamanymi nogami.

"On już nie wróci zdrowym do chaty", zakończył góral, chcąc odejść.

Biedna matka zatrzymała go jednak, prosząc, by zawołał ludzi ze wsi, a przede wszystkim księdza, celem niesienia choremu pomocy.

"On nic nie chce wiedzieć o spowiedzi", odrzekł góral.

Tymczasem zeszli się ludzie, do których odezwała się matka:

"Ja przyjmę na siebie pokutę w ostatniej chwili mego życia. Jakkolwiek z wielkim trudem przyjdzie mi wydrapać się na górę, gdzie syn mój leży, to jednak pójdę".

Przy tych słowach wzięła świeżej wody dla obmycia ran i odświeżenia sił chorego w skórzany worek i rozpoczęła się drapać po wzgórzach, lasach, urwiskach i skałach. Wkrótce przestało krwawić się serce matki, lecz za to ciekła krew z jej rąk i nóg, zranionych od chwytania się zarośli i ostrych kamieni. Po półtoragodzinnej drodze opuszczały siły biedną kobietę, lecz troska o syna pędziła ją dalej.

"Wszystko dla niego", myślała. "Może Bóg mu przebaczy, gdy konający Jaś ujrzy mój różaniec, zbroczony krwią matczyną". Takie myśli opanowały staruszkę, która drapała się coraz wyżej i wyżej. Wtem zobaczyła również wspinającego się księdza z ostatnimi sakramentami, którego wysłali górale do chorego, i to jej dodało sił. Na górze leżał konający Jan, cierpiąc i klnąc przeraźliwie. Miotał obelgi na świat, Boga, wreszcie księdza, który na próżno starał się go nakłonić do przyjęcia ostatniej pociechy religijnej.

Smutny siedział ksiądz na skale, szepcąc modlitwę nad umarłymi. Wtem poruszyły się krzewy. "Boże! coś drapie się na skałę", zawołał ksiądz. Równocześnie słyszą słowa: "Boże! wszystko dla niego, dla mego syna, każda kropla krwi, mego potu, każde zniosę cierpienie, jako pokutę za niego i dla niego, łaski dla dziecka, Matko Miłosierdzia". W czasie tych słów matki, z której znojonego czoła leje się pot, a krew barwi kamienie, choremu synowi, jakby ciężka skała padła na serce. Wtem matka płacząc i śmiejąc się na przemian, zbliża się do syna, podaje mu wodę ze słowami: "Mój synu, mój drogi synu!". Nagle widzą obecni, jak łzy puszczają się potokiem z oczu chorego, który przytulając matkę do piersi, woła: "O moja mamo!".

Chwila ta przejmuje grozą wszystkich obecnych, jakiś kurcz nerwowy dusi ich gardła, nikt nie może słowa przemówić. Po chwili uspokaja się konający, gdy przeciwnie, matka rozpacza nad nieszczęściem swego jedynaka. Chory czuje bliski zgon, a skłoniwszy głowę na piersi matki, przypomina sobie dziecięce lata, pierwszą Komunię świętą i czas... gdy przestał, gdy zapomniał modlitwy... Czas ten uciekł, syn zaczyna się modlić na nowo i prosi Boga o przebaczenie, biorąc w stygnące ręce różaniec matki.

"Ty Boże, woła matka, przyjmij tę pokutę syna i moją krwawą".

Zbliża się kapłan i słucha długiej spowiedzi umierającego. Wtem górale przynoszą dwie nosze. Jan zwraca się do obecnych i szepcze:

"Moja matka mię uratowała, dziękuję Bogu za śmierć, słodszą mi ona od mego życia bez Boga".

Chory podnosi się do matki z ostatnimi słowami: "Matko! twój różaniec mym szczęściem, twoja pokuta mym zdrowiem, przebacz Boże".

Ostatnie te słowa wychodzą bez dźwięku, pierś chorego zaczyna pracować, strumień krwi bucha z jego ust, chory kona, szepcząc głosem ledwo słyszalnym:

"Matko!".

Skonał.

Tymczasem ludzie kładą trupa na mary, a na drugie nosze matkę, której oczy suche z rozpaczy...

Niedługo staruszka żyła po śmierci jedynaka. Wkrótce za synem przeniosła się w inny świat, pokuta jej, zwycięstwo nad duszą Jasia było za ciężkie... 

("Jedność" 1899. Nr 21)



RÓŻANIEC CHRONI OD PIEKŁA

I w godzinie śmierci naszej — tak niebezpiecznej, gdy nasze siły są wyczerpane, gdy nasze dusze i ciała przeszywane są cierpieniem i trwogą; w godzinie naszej śmierci, kiedy szatan podwaja swe wysiłki, aby nas zgubić na zawsze; w owej godzinie, która zadecyduje o naszym losie na całą wieczność, gdzie czeka nas szczęście albo nieszczęście... Módl się za nami.
św. Ludwik Grignion de Montfort

Matka Boska
z Dzieciątkiem
z klasztoru Klarysek
w Krakowie
Pewien pobożny kapłan opowiada następujące zdarzenie.

Raz wieczór w roku 1856 zawołano mię do chorej. Skoro tylko usłyszałem, dokąd mam zdążać, smutek i odraza napełniły moje serce, bo gdyby nie święta powinność mojego stanu, nigdy bym nie przestąpił progu tej lekkomyślnej, a znanej z gorszącego nieczystością życia dziewczyny. Skoro przybyłem do umierającej, zobaczyłem wprawdzie oznaki skruchy, lecz chora tak zawikłanie wszystko mówiła, że tylko z trudnością udało mi się nakłonić ją do spowiedzi.

Odwiedziłem ją jeszcze kilka razy, aż pewnego dnia nadchodzą już ostatnie chwile, chora rozpoczyna konać. Twarz jej zsiniała, oczy w słup, włosy stanęły jej na głowie, a z ust tylko te słowa wyrzekła:

— Jestem potępiona, potępiona na wieki!

Zbladłem i ja i obecni, ale mówię przecież do niej:

— Mówże choć: Jezus, Maryja!

Lecz ona na to:

— Ach gdybym to mogła, byłabym uratowaną.

I w tejże chwili, jakby się przed kimś obronić chciała, rękami zaczyna wywijać i krzyczeć:

— Już mię szatani zabierają.

Łzy mi stanęły w oczach i myślałem, jak by jej dopomóc. Kropię wodą święconą, nic nie pomaga. Nareszcie padam na kolana i razem z obecnymi rozpoczynam różaniec. Wtem chora uspokoiła się. Widząc, że to pomaga, modlimy się coraz goręcej. Po różańcu idę do chorej i pytam się: 

— Czyś spokojniejsza?
— Tak, Ojcze — odrzekła.
— Mówże więc ze mną: Jezus.

A ona po cichu odpowiada:

— Maryja.

Pytam:

— Więc czy już cię szatani opuścili?

Odpowiada, potakując.

Wtenczas jeszcze modlimy się dalej, a chora już w ostatnim osłabieniu, powtarza ciągle:

— Jezus, Maryja.

Wkrótce spokojnie umarła.

Przykład ten uczy nas, jak źle jest nawrócenie odkładać na ostatnią chwilę życia, i jak zbawienną jest rzeczą przy umierających odmawiać różaniec, który nawet w ostatniej chwili może wyratować od pewnej zguby na wieki.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego
(przykłady na październik), ss. 184-185.



poniedziałek, 13 listopada 2017

SMUTNE WIEŚCI NA DWORZE

Bacz na to, abyś w dniu obrachunku nie został tylko z lichymi i próżnymi uczynkami, bo zdania rachunku zażądają od ciebie; zapytają cię nie tylko, czyś pełnił dobre uczynki, ale czyś pełnił je dobrze. Jeśli już w tym życiu Bóg ukarać nas może za nasze zaniedbania, to o ileż bardziej karać nas będzie w przyszłym?
Jan Euzebiusz Nieremberg

Listopad 1853 roku. Ksiądz Bosko ma sen o giermku w czerwonym mundurze wołającym do niego: 

— Smutna wieść! Oznajmij smutny pogrzeb na dworze.
— Kim jesteś? — pyta śpiący. — Dlaczego mówisz w ten sposób?
— Powtarzam: smutna wiadomość na dworze! Zapowiedz ją! — powtarza giermek.

Ksiądz Bosko przekazuje tę wiadomość Wiktorowi Emanuelowi II.

Pięć dni później znów widzi we śnie tego samego giermka. Tym razem siedzi na koniu i mówi do niego: 

— Zapowiedz: nie jeden pogrzeb, ale liczne pogrzeby na dworze!

Święty podąża za giermkiem aż na dziedziniec i jeszcze raz słyszy od niego:

— Zapowiedz liczne pogrzeby na dworze.

Sądzono, że te sny oznaczają jakieś kary dla domu sabaudzkiego, ponieważ król był w zmowie z rodem Cavour w kwestii praw przeciwnych Kościołowi (likwidacja zakonów, zamknięcie klasztorów, konfiskata dóbr kościelnych).

Poinformowany o tym król wpadł w gniew i za pośrednictwem markiza Fossatiego polecił powiadomić księdza Bosko o swoim poirytowaniu.

— Przykro mi, że wywołałem niepokój władcy, — powiedział ksiądz Bosko — ale musiałem to uczynić dla dobra jego i Kościoła.

Prorocze sny w pełni się sprawdziły. Faktycznie po krótkim czasie, w przeciągu paru miesięcy na dworze odbyły się cztery pogrzeby. 5 stycznia 1855 roku zmarła królowa matka, Maria Teresa, w wieku zaledwie pięćdziesięciu czterech lat. Przed śmiercią powiedziała do syna, że umiera z jego powodu. 20 stycznia w wieku trzydziestu trzech lat zmarła żona króla, Maria Adelajda, a tego samego dnia zaniesiono wiatyk bratu króla, księciu Ferdynandowi, władcy Genui, który zmarł 10 lutego. W maju zmarł ledwie czteromiesięczny ostatni syn króla, Wiktor Emanuel Leopold Eugeniusz.

Ksiądz Józef Cafasso, spowiednik księdza Bosko beatyfikowany później przez Kościół, zwykł mówić, że ksiądz Bosko był dla niego prawdziwą zagadką. Miał na myśli nadzwyczajne rzeczy, jakie mu się przytrafiały (sny, zapowiedzi, proroctwa, niezwykłe rozwiązania trudnych sytuacji i tak dalej). Najbardziej jednak uderzało go nagłe pojawianie się w momentach szczególnie trudnych dla Świętego psa wabiącego się Bigio, który raz uratował go z poważnego zagrożenia życia.

Pasquale Colucci, Gdy duchy przychodzą... Kontakty ze światem pozagrobowym, Wyd. Księży Sercanów, Kraków 2006, ss. 33-35.

niedziela, 12 listopada 2017

BALTAZARA GUINIGI OCALENIE OD ŚMIERCI

O najdroższa Pani nasza, któraż matka tak miłuje dzieci swoje i tak się troszczy o ich dobro, jak Ty nas miłujesz i troszczysz się o nasze dusze! Wszak Ty bez żadnego porównania więcej nas kochasz i większemi darzysz dobrodziejstwy niż matka rodzona. 
św. Bonawentura 

W szesnastym wieku żył w mieście Lukka młodzieniec bogaty i wielce światowy, nazwiskiem Baltazar Guinigi. Hołdując różnym występkom, a zwłaszcza namiętnej grze w karty, nie porzucił on jednak nabożeństwa do Najświętszej Panny i należał nawet do Jej bractwa. 

Pewnego dnia szedł właśnie do domu gry, drogą wiodącą obok statuy Najświętszej Panny. Zobaczywszy takową, odkrył głowę i odmówił krótką modlitewkę; w tej chwili usłyszał jakiś głos wewnętrzny: 

— Nieszczęsny, dokąd idziesz? Czy chcesz przegrać wieczność swoją? Idź raczej wyznać grzechy swoje przed kapłanem. 

Wzruszony do głębi, wstąpił do kościoła i odprawił szczerą spowiedź. Zaledwie stamtąd wyszedł, aliści spotykają go znajomi i wyrażają żywą radość, że uszedł strasznego nieszczęścia. 

— Jakiego nieszczęścia! — pyta Baltazar.
— Jak to, nie wiesz, że dom gry zawalił się i pogrzebał wielu ludzi w swoich gruzach? Czyli cię tam nie było?

Tedy poznał młodzieniec, że to Najświętsza Panna ocaliła mu życie, a niebawem wstąpił do zakonnego zgromadzenia Matki Bożej.

św. Józef S. Pelczar, Kazania na uroczystości i święta Najświętszej P. Maryi, 
cz. 1, wyd. 3, Kraków 1911, ss. 246-247.

piątek, 13 października 2017

KTO CHCE IŚĆ DZISIAJ NA MSZĘ

Zrozumiałam jakie to szczęście, że wiele Mszy świętych odprawia się na świecie, bo przez to wiele kar zasłużonych, wiele klęsk i nieszczęść publicznych bywa odwróconych. Widziałam jak wielkie błogosławieństwa i łaski Boskie spływają na tych, którzy uczęszczają na Msze święte, jak przez to praca ich staje się pożyteczną, zasługi się pomnażają... jak często jedna osoba z rodziny, która Mszy świętej słuchała, przynosi błogosławieństwo Boskie dla całego domu!
bł. Anna Katarzyna Emmerich

Kapłana staruszka, który przeżył obóz koncentracyjny, klerycy z tej parafii, w której pracował, prosili często, aby opowiedział im jakieś zdarzenie z życia obozowego. Nie czynił tego chętnie, ponieważ wspomnienia te były dla niego bardzo bolesne. Tym niemniej pewnego dnia podczas wspólnego śniadania na plebanii opowiedział im następujące zdarzenie ze swoich obozowych przeżyć. 

W jedną z zimowych niedziel, wcześnie rano, do baraku w którym przebywali więźniowie, weszło dwu esesmanów. Kiedy więźniowie stanęli w szeregu, jeden z Niemców zadał wszystkim takie pytanie: „Kto chce iść dzisiaj na Mszę, niech wystąpi z szeregu”. Zgłosiło się ponad 20 więźniów, a wśród nich opowiadający tę historię ksiądz. Niemiec rozkazał im wyjść z baraku, pognał ich na zaśnieżony plac obozowy, a później rozkazał położyć się im na śniegu. Przez kilka godzin leżeli na śniegu w zimnym mroźnym powietrzu. Po kilku godzinach padła komenda: powstać. Nie wszyscy mogli wstać o własnych siłach, a kiedy znów uformowali się w szeregu, Niemiec powtórzył to samo: „Kto chce iść dziś na Mszę, niech wystąpi z szeregu”. Tym razem zgłosiło się tylko dwu ochotników, ten ksiądz i drugi więzień.

Pozostawiono ich obu na placu, reszcie pozwolono pójść do baraku. Ponownie kazano położyć się im na śniegu. Dodatkowo polewano ich wodą i kopano niemiłosiernie, pytając czy dalej chcą iść na Mszę. Po godzinie znęcania się nad nimi z połamanymi żebrami zostali zawleczeni do baraku.

(ks. Marian Bendyk, Żyć Ewangelią, Cykl A, 
kazanie na 28. niedzielę zwykłą, s. 217-218.)

poniedziałek, 9 października 2017

WYZNANIE WIARY

W ostatecznym oczyszczeniu świata dokona się zupełny rozdział żywiołów. Wszystko, co czyste i szlachetne, trwać będzie w niebie ku chwale błogosławionych. Wszystko zaś brudne i nieszlachetne wrzucone będzie do piekła ku udręczeniu potępionych. Tak więc, jak wszystko stworzenie dla wybranych będzie przyczyną radości, potępieńcy we wszystkich stworzeniach będą znajdować tylko przyczynę męczarni.
św. Tomasz z Akwinu

Przykład własnego życia piękniejszy jest od najpiękniejszego kazania: Oto mężne wyznanie wiary w obozie w Dachau przez salezjanina ks. Józefa Kowalskiego.

Na okropną scenę piekła obozowego zgromadzono innych więźniów. Ujrzałem tam strzępy człowieka, ociekającego krwią i błotem. To nasz kochany ks. Kowalski, który nas potajemnie spowiadał, dodawał nam otuchy.

Skopano go. Podarto pasiak. Wyprowadzono go na gliniasty nasyp, przepełniony błotem i cuchnącą wodą. Jeden z esesmanów przyniósł jego różaniec, rzucił mu pod nogi i kazał podeptać. Bohaterski kapłan pobożnie ujął zbrukany różaniec, przycisnął go do ust i do serca i powiedział głośno, aby wszyscy słyszeli: „Nigdy tego nie zrobię”; i powtórnie ucałował różaniec.

Szał wściekłości ogarnął niemieckich katów. Jeden z nich wyrwał mu różaniec z rąk i cynicznie krzyknął: „To niech ksiądz da teraz swoim owieczkom rozgrzeszenie i powie ostatnie kazanie przed śmiercią”.

Blady ks. Kowalski postawiony na dużej beczce z gnojówką, uczynił nad nimi duży znak krzyża świętego, a potem rzekł spokojnie: „Ojcze nasz... i odpuść nam nasze winy... ale nas zbaw ode złego. Amen.”

Potem utopiono ks. Kowalskiego w beczce, z której głosił kazanie. Takiego kazania świat nie słyszał nigdy chyba, bo słowa modlitwy Pańskiej padały na nasze zbolałe serca i dusze jak ziarna Boże i unosiły nas i nie pozwoliły się załamać.

Zbiór (151) przykładów, Ex libris SVD (Misyjny), nr 144, s. 70.

wtorek, 6 czerwca 2017

FRANCISZEK KAUFMANN ODZYSKUJE WZROK ZA PRZYCZYNĄ MATKI BOSKIEJ NIEUSTAJĄCEJ POMOCY

Ona jest wszechmocną Orędowniczką: Jak w Kanie, wie Ona, czego nam brak i jak w Kanie, może nas obdarzyć tym, co jest dla nas niezbędne. Jej prośba będzie bez wątpienia wysłuchana. Ale ma prawo wstawiać się za nas tylko wtedy, gdy prosi Ją członek Kościoła walczącego, jedynego Kościoła, który może zdobyć zasługi. Zrozumiejmy Jej położenie: jak uważna matka, pełna czułości i troskliwości widzi jasno nasze ogromne potrzeby (nasze i tych, za których dusze jesteśmy odpowiedzialni). Wie, że Jej wstawiennictwo będzie decydujące, abyśmy otrzymać mogli potrzebną pomoc. Nie może jednak wypełnić swojego posłannictwa, jeśli z ziemi nie wzbije się ku Niej prośba, odpowiadająca wielkości łask, które trzeba uzyskać. Nie sprawiajmy Jej matczynemu sercu tej boleści, by mając możność zwalczania nędzy świata, musiała zrezygnować z wykorzystania owoców Odkupienia na skutek zaniedbania przez nas modlitwy za tych, którzy się nie modlą.
ks. Gaston Courtois

Franciszek Kaufmann stracił w czasie wojny w roku 1917 wzrok w prawym oku, gdyż zniszczył je odłamek kamienia, który w czasie strzelania wpadł mu do oka. Zwolniony skutkiem tego kalectwa ze służby wojskowej wrócił Franciszek do domu i przyjął pracę w fabryce papieru "Steyrermuehl" w pobliżu miasta Puchheim w Tyrolu. Lecz oto dnia 9 kwietnia 1928 roku uległ ponownie wypadkowi, gdyż do lewego zdrowego jego oka dostał się gorący popiół węglowy, który zniszczył nerw wzrokowy prawie zupełnie. Według świadectwa lekarskiego wystawionego 4 lutego 1929 roku przez Dra Narbeschubera Franciszek Kaufmann stracił wzrok do tego stopnia, że zaledwie lewym okiem rozróżnia światło od ciemności i skutkiem tego potrzebuje stale kogoś, kto by go prowadził i usługiwał mu.

W tak przykrym położeniu Franciszek zwrócił się do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, której obraz czczony jest w szczególny sposób w kościele Ojców Redemptorystów w Puchheim. W towarzystwie żony spieszył kilkakrotnie przed ten obraz cudowny i gorąco błagał Matkę Najświętszą, by mu wstawiennictwem swoim raczyła przywrócić utracony wzrok. Po raz trzeci odbył Franciszek tę pobożną pielgrzymkę dnia 4 października roku 1930, razem z wielu mieszkańcami miejscowości Laakirchen, i znowu gorąco modlił się o odzyskanie wzroku.

Tymczasem wszystkie modły wydawały się daremne, a nawet począwszy od dnia tej pielgrzymki począł Franciszek odczuwać silny ból w tylnej części głowy, który to ból trwał aż do 7 listopada. Tego dnia z rana nagle przewidział. Począł coraz dokładniej rozróżniać przedmioty, tak iż już nie potrzebował przewodnika. Ponadto w krótkim czasie siła wzroku poprawiła się jeszcze, tak iż odtąd widzi na jedno i drugie oko zupełnie dobrze. W roku 1934 na odnośne zapytanie O. Anzenbergera odpowiedział: 

— Dziękując uprzejmie za pamięć o mojej osobie donoszę zarazem, Wielebny Ojcze, że wzrok mój przywrócony mi przez Matkę Boską Nieustającej Pomocy utrzymuje się w dalszym ciągu. Nie wiem, jak dziękować za tę łaskę Najświętszej Matce Bożej i Bogu nieskończenie dobremu.

Leon Pyżalski CSsR, Matka dzieci Bożych. Czytania majowe z przykładami sposród uzdrowień lourdskich, Kraków 1937, s. 89-90.