Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 30 kwietnia 2017

KAZIMIERZ, NASZ RODAK, WNUK DROGIEGO JAGIEŁŁY

Trzeba było, aby Ta, która zachowała nienaruszone dziewictwo wydając na świat Syna Bożego, także i po śmierci zachowała ciało nienaruszone zniszczeniem. Trzeba było, aby Ta, która nosiła w łonie swego Stwórcę, zamieszkała w niebiańskich przybytkach. Trzeba było, aby Oblubienica Ojca przebywała w niebie. Trzeba było, aby Ta, która spoglądała na swojego Syna przybitego do krzyża, której serce zostało przebite mieczem, oszczędzonym Jej przy narodzeniu Syna, teraz widziała Go przebywającego w chwale Ojca. Trzeba było, aby Matka Boga weszła w posiadanie dziedzictwa swojego Syna i aby była czczona przez wszelkie stworzenie jako Bogurodzica i służebnica Pańska
św. Jan Damasceński 

Prawdziwy a piękny wzór podaje nam strzeżenia się grzechów śmiertelnych św. Kazimierz, nasz rodak, wnuk drogiego Jagiełły, krew nasza, miłośnik ludu swego i ten sławny po swoim zgonie przewodnik niebieski do pogromu nieprzyjaciół, ten dotychczas szczególniejszy patron całej Litwy, którego ciało, jako najdroższe naszego kraju relikwie, przechowuje się w marmurowej kaplicy katedralnej wileńskiej. 

Ten święty Królewicz Polski miał wielkie kochanie w rozmyślaniu żywota i dostojności przeczystej Dziewicy Maryi i w gorącem ku Niej nabożeństwie. Słodkie do Niej pieśni układał, którymi chłodził serce swoje miłości pełne. A że czystość serdeczną przedsiębrał i w niej służyć Panu Bogu umyślił: czystość też ciała do niej przyłożył, w której aż do śmierci przeżył, sam siebie i skłonności ze- psowanej natury odstępując, tak, że pod opieką Maryi dochował kwiat dziewiczej niewinności. W czym mu Pan Bóg wielkiej łaski swej i statku, a wytrwania przyczyniał, że zmysły swymi, a osobliwie okiem i uchem rządzić umiał. Cisnął się młodzieniec do rozmów ludzi mądrych i bogobojnych i starych i z kapłanami chwalebnymi, rad o nabożeństwie i bojaźni Bożej mówił. 

Gdy ciężka już ostatnia niemoc nań padła w Wilnie, lekarze radą swoją i dowcipem szukając przyczyny przyszli do tego, że mu zdrowie obiecywali, jeśliby czystości odstąpił. Lecz nie tylko panieńskie i dziewicze serce, ale i męczeńskie pokazał gromiąc lekarzy a mówiąc: 

„Tego nigdy nie uczynię, abym dla doczesnego zdrowia Pana Boga gniewać, jego przykazanie przestępować i łaskę jego tracić miał. Nic innego i Męczennicy dla swej korony niebieskiej na plac nie kładli. Kiedy mówiono bowiem albo Chrystusa odstąpcie, albo zdrowie dajcie, oni się bojąc grzechu a obrazy Boskiej, woleli umierać i zdrowie tracić.” 

Tak ten niekrwawy męczennik stał się równy swoim krwawym towarzyszom, gdy utratę tego żywota obierał, aby Chrystusa Boga swego nie gniewał. Cięższy mu grzech aniżeli śmierć. 

Miesiąc maj poświęcony Najświętszej Maryi Pannie, przerobiony z włoskiej ku użytkowi Polaków przez ks. Ignacego Hołowińskiego, Kraków 1857, s. 44-46.

piątek, 21 kwietnia 2017

DWAJ ZAZDROŚNI KAZNODZIEJE

I nie mów, Panno przenajświętsza!, nie mów, że nie sposób Ci zbawić nas dla niezmiernej liczby grzechów naszych, bo na to ośmielę się odezwać słowami świętego Grzegorza Nikomedyjskiego: Posiadasz potęgę nieograniczoną na to właśnie, aby liczba grzechów chociażby największa, nie była nigdy większą od Twojego miłosierdzia. Potędze Twojej nic oprzeć się nie może, gdyż Stwórca uczyniwszy Cię Swoją Matką, co tylko Tobie przyczynia chwały, za własną poczytuje to chwałę. A boski Syn Twój, ciesząc się z tego, wypłaca Ci niejako dług należny, gdy każdą prośbę Twoją spełnia.
św. Alfons Liguori

Światły Kartageńczyk z zakonu świętego Franciszka oraz inni liczni autorzy donoszą, że w roku 1482, podczas, gdy wielebny ojciec Jakub Sprenger wraz ze swoimi zakonnikami pracowali z wielkim poświęceniem nad ustanowieniem nabożeństwa i Bractwa Świętego Różańca w Kolonii, dwaj kaznodzieje, zazdrośni o wielkie owoce, które tamci zbierali przez to Nabożeństwo, starali się zniesławić je w swoich kazaniach. A że mieli talent i wielki posłuch, udało im się odradzić wielu osobom wstąpienie do Bractwa.

Jeden z kaznodziejów, aby skuteczniej urzeczywistnić swój zgubny zamiar, przygotował specjalne kazanie i przeznaczył je na niedzielę. Gdy nadeszła pora, kaznodzieja w ogóle się nie pojawił. Czekano na niego, szukano go, wreszcie znaleziono. Zmarł on, zanim ktokolwiek mógł mu przyjść z pomocą.

Drugi kaznodzieja, przekonując sam siebie, że ten wypadek był naturalny, postanowił zmarłego zastąpić, by zniszczyć Bractwo Różańca. Kiedy nadszedł dzień i godzina wygłoszenia kazania, Bóg tego kaznodzieję ukarał paraliżem, który odebrał mu ruchy i mowę. Ów uznał błąd swój i swojego towarzysza. Sercem zwrócił się do Matki Bożej, przyrzekając Jej, że będzie głosił chwałę Różańca z taką samą siłą, jak do tej pory to nabożeństwo zwalczał. Prosił Ją, żeby dla tego celu przywróciła mu zdrowie i mowę, co Matka Boża uczyniła. On, czując się nagle uzdrowionym, powstał jak drugi Saul, z prześladowcy stając się obrońcą świętego Różańca. Publicznie wyznał swoją winę i głosił z wielką gorliwością i ekspresywnością doskonałość świętego Różańca.

Por. Św. Ludwik Maria Grignon de Montfort, Przedziwny sekret różańca świętego, Wyd. Montfortańskie, Rzym 1960, s. 26.

POTĘGA RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO

Credo albo Skład Apostolski, który odmawia się na krzyżyku Różańca albo Koronki, będący świętym skrótem i streszczeniem prawd chrześcijańskich, jest modlitwą wielce zasługującą, ponieważ wiara jest podstawą, fundamentem i początkiem wszystkich cnót chrześcijańskich, wszystkich cnót wiecznych i wszystkich modlitw, które są miłe Bogu (...) Im więcej będzie miał wiary, tym więcej jego modlitwa będzie wysokie miała zasługi i siły i tym większą odda chwałę Bogu.
św. Ludwik Grignion de Montfort


Lat kilkadziesiąt z górą upłynęło od czasu, gdy w pewnym mieście, u nas w Polsce, żyła młoda osoba, która, od wczesnej młodości swojej oddana próżnościom świata, używała w całej pełni wszelkich jego przyjemności. I aby tym więcej używać i błyszczeć, przeniosła się do jednego z największych miast naszych.

Widywała wprawdzie nieraz, jak ojciec jej spieszył codziennie na ranną Mszę św. odprawianą na cześć Niepokalanej Dziewicy w kościele Świętego Ducha. Widziała go również spieszącego na nabożeństwo majowe, zachowującego ściśle posty kościelne. Lecz serce młodego dziewczęcia nie poruszyło się tym widokiem, nie przyszło jej nawet na myśl, aby brać udział w tych nabożeństwach.

Cześć bowiem Matki Przeczystej i Niepokalanej nie pociągała młodej lecz w złem dojrzałej duszy. Kwiat najpiękniejszy uczuć młodzieńczego wieku, kwiat niewinności, stracił dawno swą świeżość i zwiędniał w zatrutym powietrzu życia światowego.

Serce, rozmiłowane we francuskich romansach, szukało skwapliwie wrażeń, widowisk teatralnych, zabaw, tańców i wszelkich innych rozrywek.

O modlitwie, o kościele, o Matce Najświętszej, o przystępowaniu do świętych sakramentów mowy nawet nie było.

W lat kilka potem nagła zmiana w interesach rodzinnych zmusiła ją do opuszczenia życia wielkomiejskiego i zamieszkania na wsi.

Zrozpaczona i znudzona zaczęła wreszcie uczęszczać w niedziele i święta do kościoła parafialnego. Lecz zrazu tylko dla rozpędzenia nudów i smutnych myśli samobójczych, jakie ją nagabywały z powodu, że musiała oderwać się od swych ulubionych zabaw.

W kościele parafialnym we wielkim ołtarzu znajdował się obraz Boga-Rodzicy o cudnych, pełnych smutku jakiegoś rysach, który swym urokiem niewymownie pięknym zaczął głęboko przemawiać do duszy zbłąkanej i taką siłą przykuwał jej wzrok do siebie, że odtąd godziny całe upływały jej na tym jednym zajęciu, jakim było wpatrywanie się w obraz.

Choć modlić się jeszcze nie umiała, czuła, że jakaś siła nieznana pociąga jej duszę do Boga i głosem tajemniczym prze mawia:

- Jemu samemu służyć powinnaś...
- Ale jak?
- Gdzie?
- W jaki sposób?

Z tego sprawy zdać sobie nie umiała.

Wreszcie zaczęła częściej przystępować do świętych sakramentów i wpisała się do różańca.

Od tego dnia błogosławionego, któremu przypisuje ona wszystkie dalsze łaski Boże, jakie otrzymała, różaniec stał się tak ulubioną jej modlitwą, że nie mogła oprzeć się sile pociągającej do codziennego tegoż odmawiania. A chociaż życie tej biednej duszy, co na lepszą weszła drogę, lecz chwiała się nieustannie i upadała co krok prawie, nie było jeszcze doskonałym, jednak modlitwy różańcowej nie opuszczała nigdy.

I znowu minęło lat kilka.

Maryja coraz silniej zajmowała serce swej grzesznej wielbicielki, budziła w nim niesmak do świata i pragnienie poświęcenia się Bogu. Natomiast długie godziny mijały niespostrzeżenie na słodkich rozmowach z Niepokalaną, której uwielbienie stało się teraz jedyną rozkoszą i słodyczą duszy. Matka Najświętsza mocą różańca wspierała ją ciągle. Aż w końcu po przebyciu wielkich niebezpieczeństw podróży i pokonaniu przeszkód ujrzała się w gronie dzieci Maryi.

Zakonnicą została.

A był to miesiąc poświęcony szczególnej czci Najświętszej Panny. Dzień świąteczny Jej Wspomożenia. Jak się to stało?

Dotąd po latach dwudziestu owa osoba nie może sobie dać innej odpowiedzi, jak tylko że za przyczyną Matki Najświętszej i przez różaniec dokonała się ta przemiana.

I płynęły lata jedne za drugimi, lata cierpień, walk ciężkich, a jednym z największych cierpień moralnych było to, że gdzieś jakby ostygła, zamarła, znikła dawniejsza dziecięca, gorąca, żywa miłość do Maryi.

Ona modlić się już nie umiała, nie mogła.

Cierpiała z tego powodu bardzo, ale różaniec odmawiała wiernie co dzień. W najcięższych chwilach wewnętrznej rozterki odmawiała cały różaniec każdego dnia. Stan taki dłużył się miesiącami całymi.

Położenie, w jakim znajdowała się, trudności wewnętrzne i zewnętrzne były prawie bez wyjścia. Różaniec wszystko zwyciężył, wszystko uprosił i stał się niezbędną potrzebą życia, najsłodszą pociechą i jedyną ufnością tej duszy. Jemu to zawdzięcza łaskę wyrwania ze świata, który tak niegdyś miłowała i bez pamięci staczała się w przepaści, jemu zawdzięcza wszystkie łaski Boże w całym doznane życiu i dziś przezeń spodziewa się otrzymać od Boga miłosierdzie i odpuszczenie grzechów w ostatniej swego życia godzinie.

Z różańcem żyjąc, z nim umierać pragnie.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego
(przykłady na październik), s. 160-162.

niedziela, 9 kwietnia 2017

ABORCJA - GRZECH PRZECIW ŻYCIU

Zauważyłem, że wszyscy którzy popierają aborcję zdążyli się już urodzić.
Ronald Reagan 

Pewnego dnia O. Pellegrino powiedział do naszego Świętego [Ojca Pio]: 

„Ojcze, dziś rano odmówiłeś rozgrzeszenia kobiecie, która dokonała aborcji. Czemu byłeś tak surowy wobec tej biedaczki?”. 

On odpowiedział: 

„Dzień, w którym ludzie - wystraszeni przez, jak to się mówi, boom ekonomiczny, przez szkody fizyczne lub poświęcenia ekonomiczne - przestaną być przerażeni aborcją, będzie straszliwy dla ludzkości. Właśnie tego dnia powinni okazać strach”.

Następnie, chwytając prawą ręką za habit rozmówcy, lewą rękę położył mu na piersi, tak jakby chciał zawładnąć jego sercem i bardzo stanowczo powiedział: 

„Aborcja to nie tylko zabójstwo, to również samobójstwo. Czy wobec tych, co stoją na krawędzi popełnienia jednym ruchem takiej lub innej zbrodni, nie musimy mieć odwagi, by zademonstrować naszą wiarę? Chcemy ich odzyskać, tak czy nie?!”.

„Dlaczego samobójstwo?” - zapytał O. Pellegrino. 

Stygmatyk odpowiedział: 

„Zrozum: to samobójstwo rodzaju ludzkiego. Nie pytałbyś, gdybyś, używając rozsądku i wyobraźni, zauważył „piękno i szczęście” ziemi wypalonej jak pustynia - pozbawionej dzieci i zamieszkałej przez starców. Gdybyś trochę pomyślał, zrozumiałbyś podwójny ciężar aborcji: ona zawsze okalecza życie rodziców. Takich ludzi chciałbym rozsypać z popiołem płodów, które zniszczyli, by przybić ich do ich odpowiedzialności i by uniemożliwić im możliwość odwołania się do własnej niewiedzy. To, co zostaje po aborcji, nie może być grzebane z fałszywą dbałością i fałszywym współczuciem. Byłaby to obrzydliwa hipokryzja. Te popioły muszą być rzucane w bezczelne twarze rodziców-morderców. Gdybym zostawił ich w spokoju, czułbym się zamieszany w ich zbrodnie. Widzisz, nie jestem święty, jednak nigdy nie czuję się tak blisko świętości, jak wtedy, gdy mówię słowa, być może troszkę za mocne, lecz sprawiedliwe i konieczne, do tych, którzy popełnili taką zbrodnię. Jestem pewien, że otrzymałem pełną aprobatę od Boga dla mojej surowości. Właśnie dlatego, po tych bolesnych walkach przeciw złu, otrzymuję od Niego kilka kwadransów cudownego spokoju, a nawet czuję jak mi go narzuca”.

Ojciec Pellegrino sądził, że „daremne jest rygorystyczne traktowanie przez Kościół tych, którzy w maniakalnym zaślepieniu nie dostrzegają w aborcji zła i godzą się na nią”. Stygmatyk jednak miał inne zdanie: 

„Moja surowość chroni wiele dzieci przed przedwczesną śmiercią. Ma swoje źródło w naszych spotkaniach z Bogiem na tej ziemi oraz w wierze i nadziei, które pochodzą z tych spotkań. Niestety z biegiem czasu widzimy, że bitwa przekracza nasze siły. A przecież mimo wszystko musi być toczona. Nie powinna nas zniechęcać oczywista porażka na papierze. Przeciwnie: właśnie ją powinniśmy traktować jako gwarancję ostatecznego zwycięstwa w nowej ziemi i nowych niebiosach”. 

Jakież argumenty czy usprawiedliwienia takiego grzechu można wysunąć wobec podobnych spostrzeżeń?

Dla Kościoła również „formalne współdziałanie w przerywaniu ciąży stanowi poważne wykroczenie”. W zakrystii, naprzeciw konfesjonału gdzie niezwykły kapucyn spowiadał penitentów, siedząc na ławce, czekał na swoją kolej Mario Tentori. Gdy chciał rozpocząć swój rachunek sumienia, usłyszał jak kapłan krzyczy: 

„Precz, głupcze, precz...!”. 

Słowa były adresowane do człowieka, który dopiero co ukląkł u jego stóp, aby się wyspowiadać, i wyszedł z konfesjonału upokorzony, zmieszany i speszony.

Następnego dnia Mario wsiadł w Foggi do pociągu, by wrócić do Mediolanu. Wszedł do przedziału, w którym był tylko jeden pasażer. Przez chwilę patrzył on z uwagą na Mario, wykazując żywy zamiar podjęcia rozmowy. Wreszcie przerwał milczenie i zapytał: 

- „Czy nie byłeś wczoraj w San Giovanni Rotondo w zakrystii, by wyspowiadać się u Ojca Pio?”.

- „Tak” - odpowiedział Tentori.

- „Siedzieliśmy na tej samej ławce, byłem w kolejce przed tobą. Ja jestem tym, którego Ojciec wyrzucił, nazywając mnie głupcem. Pamiętasz?”.

- „Tak”.

- „Wy, którzy byliście zgromadzeni wokół konfesjonału, być może nie słyszeliście słów, którymi umotywował wyrzucenie mnie z konfesjonału. Powiedział dosłownie: «Precz, głupcze, precz, bo za zgodą twojej żony trzy razy dokonałeś aborcji». Rozumiesz? Powiedział: «dokonałeś aborcji!». Obciążył mnie, ponieważ inicjatywa dokonania aborcji zawsze wychodziła ode mnie”.

Wybuchnął niepohamowanym płaczem, który wyrażał - jak sam to wyznał - ból, chęć poprawy i determinację w postanowieniu powrotu do San Giovanni Rotondo, by otrzymać rozgrzeszenie i zmienić życie. Surowość spowiednika uratowała życie ojca, który po przerwaniu życia trzech istot, stał na granicy niebezpieczeństwa utraty duszy na wieczność.


Marcelino Iasenzaniro, Ojciec. Święty Pio z Pietrelciny. Misja ocalenia dusz. Świadectwa. Część pierwsza, San Giovanni Rotondo 2006, s. 124-126

czwartek, 6 kwietnia 2017

NIE MNIE PROŚ O PRZEBACZENIE

Bóg jest Miłością! Jego Syn pragnął upowszechnić wśród ludzi to przekonanie, pragnął dodać nam otuchy i wiary, że wędrówka człowieka na ziemi nie jest wygnaniem i karą, lecz zadaniem, by przez dzieła miłości czynić sobie ziemię poddaną, bardziej ludzką i w pełni Bożą. 
kard. Stefan Wyszyński

Pewnego razu grupa ludzi: dwu świeckich, jeden zakonnik z klasztoru kapucynów i jeden ksiądz, postanowiła spłatać brzydkiego figla Ojcu Pio. Namówili pewnego młodego mężczyznę, by udał paralityka i wszyscy razem wnieśli go na noszach do klasztoru, a potem czekali, na pojawienie się Ojca Pio, by móc zainscenizować komedię z chorym, który nagle wstaje zdrowy. Działo się to w piątek, a więc w dniu, kiedy bóle, jakie O. Pio odczuwał w poranionych rękach, nogach i boku były szczególnie dotkliwe. Czasem w tym właśnie dniu nie był w stanie zejść z celi do kościoła, by odprawić Mszę św. Tracił z bólu przytomność, a krew obficie broczyła z ran. Tego dnia z największą trudnością, krok po kroku zszedł do rozmównicy, zresztą na usilne prośby towarzyszy „paralityka”.

Zaledwie jednak stanął na progu uważnie spojrzał na rzekomego chorego i po chwili wyszeptał: 

„Mówisz, żeś chory i rzeczywiście jesteś chory, ale w duszy. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak jest ona poraniona. Wiedz, że z cierpieniem nie wolno żartować, Bóg na to nie pozwoli. Choroba, którą chciałeś udać już dzisiaj uderzyła w twoją rodzinę. Sam ściągnąłeś karę, sam spowodowałeś cierpienie”. 

Zapadło pełne trwogi milczenie. O. Pio odwrócił się i wyszedł, a rzekomy paralityk, przejęty jego słowami, co sił w nogach pobiegł do domu. Tam dowiedział się, że brat wpadł pod samochód, że lekarze w szpitalu uratują mu zapewne życie, lecz nogi będzie miał bezwładne już na zawsze.

W niedzielę mężczyzna, który nie mógł jeść ani spać, żałując swego karygodnego zachowania, przedostał się jakoś do Ojca Pio, padł mu do nóg i wołał: 

„Litości, Ojcze, to ja zgrzeszyłem, mój brat jest niewinny, spraw żeby on wyzdrowiał, a ze mną niech Bóg zrobi, co zechce”. 

Na to Ojciec Pio: 

„Nie mnie proś o przebaczenie... I módl się, stań się godnym tego, o co prosisz, tak jak byłeś godnym tego, co cię spotkało”.

Tydzień później przechodząc do konfesjonału dostrzegł w kącie kościoła tego mężczyznę, który modlił się i płakał. Zwykle zakonnik nie zatrzymywał się w tłumie, tym razem jednak stanął przez chwilę jakby zakłopotany, potem podszedł do mężczyzny, położył mu dłonie na głowie i coś mu rzekł na ucho.

Wkrótce rozeszła się wiadomość, że brat „paralityka” w dziwny sposób ozdrowiał, zaczął chodzić, zaś on sam stał się jednym z najgorliwszych duchowych synów Ojca Pio.


Irena Burchacka, Ojciec Pio. Stygmatyk – mistyk – cudotwórca, Wyd. ADAM, Warszawa 21996, s. 151-152.

środa, 5 kwietnia 2017

MADONNA MNIE UZDROWIŁA

Codziennie z jednego krańca ziemi na drugi, na wysokościach niebios i w najgłębszych otchłaniach wszystko sławi, wszystko wychwala Maryję przedziwną. Zarówno dziewięć chórów anielskich, jak i ludzie wszelkiego wieku i stanu, dobrzy i źli, nawet szatani siłą prawdy zniewoleni są zmuszeni zwać Ją błogosławioną.
św. Ludwik Grignion de Montfort

25 kwietnia 1959 roku Ojciec Pio, ciężko chory, położył się do łóżka. Kolejne konsultacje najwybitniejszych profesorów medycyny dawały jedną, zatrważającą diagnozę: złośliwy nowotwór płuc. Wydawało się, że życie Ojca Pio można liczyć najwyżej na miesiące. Stan chorego pogarszał się z tygodnia na tydzień. I oto w sierpniu wydarzyło się coś, co można nazwać cudem.

«W tym czasie - wspomina o. Mario Masone, jezuita, założyciel Maryjnego Ruchu Eucharystycznego - podróżowałem po całych Włoszech, wioząc od miasta do miasta posąg Matki Bożej Fatimskiej, który odwiedził już cały świat. Przybyliśmy do Włoch właśnie 25 kwietnia, w dniu kiedy Ojciec Pio nagle zachorował. Do Foggii przybyliśmy 5 sierpnia, a wieczorem byliśmy w miasteczku Ojca Pio. Zbliżał się 10 sierpnia, rocznica święceń kapłańskich Ojca Pio, i do San Giovanni Rotondo zjeżdżały się tłumy pielgrzymów. Wraz z pilotem helikoptera, którym podróżował posąg i kilkoma misjonarzami udaliśmy się do celi Ojca Pio. Leżał w łóżku, zmieniony od cierpienia, pokryty potem. 

„Ojcze - rzekłem - pobłogosław nas i powiedz choć kilka słów, bym powtórzył je pielgrzymom, którzy modlą się do Madonny.” 

Cichym, schrypniętym głosem odpowiedział: 

„Niechaj was Bóg błogosławi za dobro, jakie czynicie Kościołowi we Włoszech. Powiedzcie ludziom, by stosowali w praktyce dobre rady Maryi.”

Około południa przyniesiono go na noszach przed oblicze Matki Bożej Fatimskiej, by mógł Ją zobaczyć i pomodlić się.

14 sierpnia odjechaliśmy z San Giovanni Rotondo. Ledwo helikopter uniósł się w powietrze, poprosiłem pilota, by zatoczył dwa koła nad klasztorem kapucynów i szpitalem, zbudowanym z inicjatywy Ojca Pio, a potem skierowaliśmy się na Foggię. Kiedy byliśmy już daleko, poczułem jak coś ciągnie mnie dosłownie z powrotem do Ojca Pio, i to tak nieodparcie, że powiedziałem do pilota: „Zawróć i zatrzymaj się przez chwilę nad klasztorem”. Kapitan posłuchał, zawróciliśmy i przez kilka sekund wisieliśmy nieruchomo w powietrzu nad tą częścią klasztoru, w której znajdowała się cela Ojca Pio. Potem opowiadano, że kiedy Ojciec Pio usłyszał warkot helikoptera, usiadł w łóżku i tak zaczął się modlić: „Matko Najświętsza, kiedy przybyłaś do Włoch, zwaliła mnie choroba; teraz odjeżdżasz, a mnie tak zostawiasz?”.

Zaledwie wyrzekł te słowa, całym jego ciałem wstrząsnęły gwałtowne dreszcze. Stojący obok łóżka zakonnicy, przerażeni, sądzili, że nadeszła śmierć. Ale dziwne to zjawisko trwało kilka sekund, a potem Ojciec Pio poczuł się dużo lepiej. Twarz mu się zaróżowiła, oddech stał się spokojny, regularny. Oświadczył, że nic go nie boli, że wróciły mu siły i że chce wstać z łóżka. Zwołano natychmiast lekarzy. Przeprowadzono ponownie wszystkie badania. Ze straszliwej choroby nie pozostał żaden ślad.

Po dwóch dniach O. Pio zszedł do kościoła, by odprawić Mszę św., spowiadać i spotykać się z wiernymi.»

W liście, pisanym 13 sierpnia tegoż roku do jednego ze swych synów duchowych, Ojciec Pio potwierdza swoje cudowne wyzdrowienie, uzyskane za pośrednictwem Matki Bożej Fatimskiej. „Podziękuj w moim imieniu Najświętszej Dziewicy - pisze - akurat w dzień Jej wyjazdu od nas poczułem się dobrze”.


Irena Burchacka, Ojciec Pio. Stygmatyk – mistyk – cudotwórca, Wyd. ADAM, Warszawa 21996, s. 103-104.