Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 18 maja 2017

BIEDNA MARIANNA

Syn Boży stał się człowiekiem dla naszego zbawienia, lecz w Maryi i przez Maryję. Bóg Duch Święty ukształtował Jezusa Chrystusa w Maryi, uzyskawszy jednak najpierw przez jednego z przedniejszych sług swego dworu Jej przyzwolenie. Bóg Ojciec udzielił Maryi swojej płodności w granicach przystępnych dla czystego stworzenia, czyniąc Ją zdolną porodzić swego Syna oraz wszystkie członki Jego Ciała Mistycznego.
św. Ludwik Grignion de Montfort

Piszą w żywocie wielebnej siostry Katarzyny od świętego Augustyna, że w okolicy w której mieszkała ta sługa Boża, była pewna kobieta imieniem Marianna, która od lat najmłodszych wiodła życie gorszące, a nawet doszedłszy i późnej starości prowadziła się jak najgorzej.

W końcu wygnana przez tamecznych mieszkańców i zmuszona kryć się w górach w samotnej jaskini, dotknięta straszną chorobą, pozbawiona wszelkiej pomocy ludzkiej, umarła bez przyjęcia Sakramentów świętych. 

Po takim życiu i takiej śmierci, ciało jej bez obrzędów religijnych zagrzebano na polu, jakby jakiego plugawego zwierzęcia; a siostra Katarzyna, która miała zwyczaj z wielką pobożnością polecać Panu Bogu dusze przechodzące na świat tamten, dowiedziawszy się o smutnym końcu tej nieszczęśliwej kobiety, nie śmiała modlić się za nią, sądząc jak wszyscy, że została potępioną. Lecz oto po upływie lat czterech, razu pewnego stanęła przed nią jedna z dusz czyśćcowych i rzekła: 

— Siostro Katarzyno, jak ja biedną jestem! Ty polecasz Panu Bogu dusze każdego umierającego, a nade mną jedną nie miałaś litości.
— A któżeś ty? — spytała sługa Boża. 
— Ja jestem — odrzekła — ta biedna Marianna, która umarła w jaskini.
— I jakże! Toś ty zbawiona? 
— Tak jest: zbawionam z łaski i miłosierdzia przenajświętszej Panny.
— A to jak?
— Gdym już była bliska śmierci, opuszczona od wszystkich i obciążona tyloma grzechami, zwróciłam się do Matki Bożej i zawołałam: "Królowo nieba! Tyś ucieczką biednych opuszczonych, a oto mnie wszyscy odstąpili; Tyś jedyną nadzieją moją, Ty jedna możesz mnie poratować; zlituj się nade mną". I przenajświętsza Panna wyjednała mi łaskę uczynienia aktu skruchy; po czym umarłam i zbawioną zostałam. Ta najdroższa Matka otrzymała dla mnie prócz tego skrócenie kary mi należnej, tak, że natężeniem cierpień jakich doznaję, mam zadość uczynić za te, które miałam ponosić za grzechy moje przez nierównie większą liczbę lat. Teraz już kilka Mszy świętych wybawiłoby mnie z czyśćca. Proszę cię więc, postaraj się, aby je za mnie odprawiono, a przyrzekam potem ciągle się za ciebie modlić do Boga i do przenajświętszej Panny. 

Siostra Katarzyna niezwłocznie postarała się o Msze święte za jej duszę, a po kilku dniach okazała się jej znowu nieboszczka, jaśniejsza nad słońce i rzekła: 

— Dziękuję ci moja droga Katarzyno, teraz idę do nieba, opiewać chwałę Boga mojego i modlić się za ciebie.

Św. Alfons Liguori, Uwielbienia Maryi, 
Kraków 1877, s. 10-12.brewiarz.pl 

CUDOWNE UZDROWIENIE AURELII HUPRELLE - LOURDES

Nie jest to prostym wypadkiem i nie bez powodu się dzieje, że słudzy Maryi zowią ją Matką, a nawet rzekłbyś, że nie umieją wzywać Jej pod innym mianem jak matki i matki. Bo też w istocie, Maryja jest matką naszą, nie według ciała lecz ducha: jest matką dusz naszych, Rodzicielką zbawienia naszego.
św. Alfons Liguori

Matka Boża Piotrkowska,
k-ół Podwyższenia Krzyża św.
w Piotrkowie Trybunalskim
Dnia 21 sierpnia 1895 roku przybyła do Lourdes Aurelia Huprelle, tak wyniszczona gruźlicą, że w drodze do Lourdes przyjmowała jedynie po trosze wody z kilku kroplami rumu. Przybyła do Lourdes nieprzytomna. 

Choroba jej płucna datowała się od 6 lat. Doktor Hardivilliers z Beauvais, który był domowym lekarzem rodziny Aurelii, orzekł w swym świadectwie, że Aurelia miała chorobę piersiową o bardzo ostrym charakterze. Płuca psuły się coraz bardziej, gorączka była ciągła i silna, śmierć więc zbliżała się szybkim krokiem.

W połowie maja nastąpił u chorej gwałtowny krwotok, po którym oddech jeszcze bardziej został utrudniony.

W podróży do Lourdes chora od Poitiers pozostawała w stanie omdlenia. Dopiero znalazłszy się przed grotą po raz pierwszy otworzyła oczy i we wzroku jej dostrzeżono wtedy pierwszy błysk przytomności. Wkrótce potem mogła już przyjąć Komunię świętą i swobodniej nieco zaczęła oddychać. Wówczas tragarze przenieśli ją na materacu do sadzawki, nie zważając na kaszel połączony z silnym krwotokiem. O siódmej godzinie rano zanurzono ją wraz z prześcieradłem w wodzie, podtrzymując ją ze wszystkich stron, sama bowiem nie mogła wykonać żadnego ruchu i leżała jak bezwładna bryła.

Nagle chora uczuła, że jej piersi przeszywa jakiś okropny niewysłowiony ból, po czym natychmiast znikło wszelkie cierpienie i nowe wstąpiły w nią siły. W przeciągu kilku sekund Aurelia została uleczoną zupełnie, bez żadnego przejścia.

„W biurze sprawozdań — pisze Dr Boissarie, — zbadaliśmy ją z jak największą skrupulatnością i nie znaleźliśmy w płucach żadnego uszkodzenia... Dodać należy, że w zwykłym porządku rzeczy nie zdarzają się nigdy uzdrowienia z chorób tak zadawnionych, niszczących tak niezbędne do życia organa, jak płuca. Niepodobna w takich razach omylić się w rozpoznaniu choroby, jak również nie podobna przypisać uzdrowień tego rodzaju jakimkolwiek wpływom nerwowym...“

„Następnej zimy, — pisze jeszcze wspomniany wyżej Dr Boissarie, — widzieliśmy pannę Huprelle w Paryżu. Przybrała ona dwadzieścia funtów wagi i wszystko tchnęło w niej zdrowiem, silą i życiem“.

Leon Pyżalski CSsR, Matka dzieci Bożych. Czytania majowe z przykładami sposród uzdrowień lourdskich, Kraków 1937, s. 73-75.






MIŁOSIERDZIE MARYI

Uciekajmy się przeto i uciekajmy się zawsze do tej Królowej tak litościwej, jeśli pragniemy zapewnić sobie zbawienie. A jeżeli wspomnienie grzechów naszych przeraża nas i onieśmiela, przypomnijmy sobie, że Maryja postanowioną została Królową miłosierdzia, aby opieką swoją zbawiać grzeszników największych, takich nawet, o których już prawie żadnej nadziei się nie miało, byle się do Niej uciekali.
św. Alfons Liguori

Matka Boża Wejherowska
Około roku 1860 żył w pewnym zakątku Sabaudii starzec 80 letni, znany w całej okolicy z najgorszego życia. Podczas rewolucji francuskiej wyróżniał się wśród innych wielką nienawiścią do świętej wiary katolickiej. Sam opowiadał, że podczas rozruchów Najświętszym Sakramentem karmił swojego konia. Życie zeszło w rozpuście, towarzyszce bezbożności. Lecz i na niego przyszedł koniec, dotąd cieszył się zdrowiem, teraz ciężka choroba powaliła go na łoże boleści.

Miejscowy proboszcz bardzo często go odwiedzał i prośbą i namową i przedstawianiem stanu okropnego jego duszy nawoływał do spowiedzi świętej i pokuty choć na łożu śmiertelnym. Wszystko jednak zdawało się być tylko traceniem czasu.

Nie zniechęcając się tym gorliwy kapłan wezwał całą parafię do odmawiania różańca świętego na tę intencję.

Śmierć stawała się coraz bliższą, a grzesznik nie myślał o spowiedzi świętej, kapłan przejęty do głębi niebezpieczeństwem zatracenia wiecznego tej duszy, począł zaklinać chorego w imię duszy jego, w imię tego co kochał może kiedy na świecie, lub czcił albo przynajmniej szanował, aby spowiedź świętą odprawił.

Wspomnienia... zwyciężyły.

— Dobrze — rzekł — wyspowiadam się...

Była to długa spowiedź. Chory, gdy ją skończył, uczuł jakąś niepojętą ulgę, jakby kamienie spadły mu z piersi i oświadczył kapłanowi, że cokolwiek mu rozkaże, jako zadośćuczynienie, spełni.

Zbliżyła się chwila Komunii świętej. Cała parafia na wieść nawrócenia się tak wielkiego grzesznika wyszła i uroczyście wyniesiono Najświętszy Sakrament - chory, gdy usłyszał śpiewy i poznał, że to jemu niosą Pana Jezusa, uklęknął na łóżku i żalem, pokorą przejęty bił się w piersi i mówił: 

— Czy to możebnym, by Bóg raczył przyjść do tak wielkiego grzesznika, do grzesznika, który Go w tym Sakramencie tak znieważył?

Odwołał wszystko, przeprosił wszystkich i błagał, by to ogłoszono publicznie, i przyjął z wiarą, pokorą, miłością Tego, który jest siłą i pocieszeniem umierających.

Po odejściu parafian kapłan zapytał chorego, czym mógł sobie zasłużyć łaskę szczerego nawrócenia? 

— Znasz Ojcze duchowny — odpowiedział — życie moje, muszę choć obecnie z głębokim żalem przyznać, że od młodości mojej nie wypełniłem ani jednego aktu religijnego, tylko codziennie odmawiałem trzy «Zdrowaś Maryjo», bom przyrzekł to ukochanej mojej matce na jej śmiertelnym łożu. Odmawiałem źle i tym samym obrażałem Pana Boga, ale nigdy ich nie opuściłem nawet podczas rewolucji.

Ksiądz proboszcz poznał teraz przyczynę nawrócenia się. Maryja, Królowa różańca świętego, którą błagał z całą parafią o nawrócenie tego wielkiego grzesznika, wysłuchała w końcu wspólnych modlitw.

Chory trwał w tych samych uczuciach, a śmierć z rozwijaniem się coraz bardziej choroby zbliżała się i po kilku dniach oddał ducha Panu.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi:
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 177-178.



WIKARY Z INOWROCŁAWIA

Matko Odkupiciela, z niewiast najsławniejsza, / Gwiazdo morska, do nieba ścieżko najprościejsza, / Tyś jest przechodnią bramą do raju wiecznego, / Tyś jedyną nadzieją człowieka grzesznego. — Racz podźwignąć, prosimy, lud upadający, / W grzechach swych uwikłany, powstać z nich pragnący. / Tyś cudownie zrodziła światu Zbawiciela, / Tyś sama wykarmiła Twego Stworzyciela. — Panno przedtem i potem z świata podziwieniem, / Uczczona Gabriela wdzięcznym pozdrowieniem; / Racz się wstawić, o Panno, za nami grzesznymi, Ratuj nas, opiekuj się sługami Twoimi.
„Alma Redemptoris Mater”, hymn przypisywany Hermanowi z Reichenau

W 1941 roku w obozie w Dachau w sortowni ubrań więziennych wypadł na podłogę różaniec. Obecny tam żołdak niemiecki rozgniewał się i przy okazji zaczął obrzucać obelgami stan duchowny. Krzyczał:

— To oszuści, obłudnicy, co innego głoszą, a co innego czynią... Zaraz to wam udowodnię. Pierwszy ksiądz, którego tu sprowadzę, podepcze ten różaniec...

Strach padł na obecnych. Za chwilę wrócił na salę prowadząc za sobą młodego więźnia. Pada pytanie:

— Ktoś ty?
— Jestem księdzem katolickim.
— A co to to jest?
— To jest Różaniec Matki Boskiej.

Niemiec rzucił Różaniec na podłogę i wymachując rewolwerem nad głową więźnia, krzyczał: 

— Podepcz go zaraz, inaczej zatłukę cię na śmierć.
— Ja nigdy tego nie zrobię — pada odpowiedź.

Posypały się razy pięścią i kolbą rewolweru. Ofiara z jękiem upadła na ziemię. Wściekły oprawca wskoczył na niego z butami, skakał po całym ciele jego. Trwało to dosyć długo, ofiara dogorywała. Po kilku straszliwych godzinach męczarni skonał, powtarzając jedne i te same słowa: 

— Nie wyprę się Matki Bożej.

Był to ksiądz Dębski, wikary z Inowrocławia.

Zbiór (151) przykładów, Ex Libris S.V.D. Misyjny, s. 67, nr 137.

środa, 17 maja 2017

PEWNA KOBIETA IMIENIEM CELESTYNA DUBOIS - LOURDES

Jam jest Królową nieba i matką miłosierdzia; Ja weselem sprawiedliwych i bramą, przez którą grzesznicy mają przystęp do Boga. Nie masz na ziemi grzesznika tak dalece przeklętego, który dopóki żyje nie doznawałby skutków mojego miłosierdzia, bo nie masz żadnego dopokąd nie jest w ostatecznym odrzuceniu od Boga [co trzeba rozumieć o tych, którzy są nieodwołalnie skazani na potępienie], który by wezwawszy mojej pomocy, nie mógł się nawrócić i otrzymać miłosierdzia.
Matka Boża do św. Brygidy

"Dnia 20 sierpnia 1886 r. — pisze Dr Boissarie — byłem po raz pierwszy świadkiem cudownego uzdrowienia, które zdaniem moim nie da się bezwarunkowo wytłumaczyć na drodze naukowej. Fakt sam jest zresztą bardzo prosty i nie nastręczał żadnej trudności w sprawdzeniu.

Pewna kobieta imieniem Celestyna Dubois miała przez lat siedem kawałek złamanej igły w dłoni tkwiący. Następstwem tego stały się ciągłe cierpienia. Ręka była spuchnięta, palce skurczone i silnie podgięte. Próbowano niejednokrotnie wyciągnąć z ręki ten kawałek igły. Robiono nacięcia, rozszerzano sztucznie ranę w ten sposób utworzoną, — wszystkie jednak te wysiłki pozostały bez skutku.

Otóż ta kobieta zanurzyła rękę w sadzawce Matki Bożej w Lourdes i po upływie kilku minut igła nagle poruszona przebiegła w kilku minutach przestrzeń około 8 centymetrów i wyszła na wierzch przy końcu dużego palca. Droga, którą igła w ten sposób wychodząc nakreśliła, tworzyła jakby bruzdę czerwoną, zrazu grubszą, a w ostatniej części swego przejścia już tylko podskórną. Droga ta badana drobiazgowo przez szkło powiększające przedstawiała ujście na samym końcu, ale nie było tam widać żadnego wejścia. Jakim więc sposobem igła od lat siedmiu głęboko tkwiąca w tkankach mięśniowych ręki mogła się tak nagle uwolnić i z taką szybkością przejść pod skórą, bez zatrzymania, bez przeszkody, torując sobie drogę na osiem centymetrów długą?.. Fakt ten absolutnie nie da się naturalnym sposobem wytłumaczyć, toteż zostawił w umyśle moim niezatarte wrażenie... Uzdrowienie powyższe stało się bardzo głośne." 

Tak kończy Dr. Boissarie swoje sprawozdanie.

Leon Pyżalski CSsR, Matka dzieci Bożych. Czytania majowe z przykładami sposród uzdrowień lourdskich, Kraków 1937, s. 66-67.



NAZYWAŁ SIĘ TONDERA

Pamiętaj o najdobrotliwsza Panno Maryjo, że od wieków nie słyszano, aby kto uciekając się do Ciebie, Twej pomocy wzywając, Ciebie o przyczynę prosząc, miał być od Ciebie opuszczony. Tą nadzieją ożywiony uciekam się do Ciebie, o Maryjo Panno nad Pannami i Matko Jezusa Chrystusa!, przystępuję do Ciebie, staję przed Tobą, jako grzeszny człowiek drżąc i wzdychając. O Pani świata! racz nie gardzić moimi prośbami, o Matko Słowa Przedwiecznego! racz wysłuchać mnie nędznego, który do Ciebie z tego padołu płaczu o pomoc wołam. Bądź mi pomocą we wszystkich moich potrzebach teraz i zawsze, a szczególnie w godzinę śmierci, o Łaskawa! o Litościwa! o Słodka Panno Maryjo! Amen.
Modlitwa św. Bernarda (przekład dawniejszy)

W Rzeszowie w czasie ostatniej wojny gestapowcy wpadli na trop tajnej organizacji i aresztowali licznych jej członków, a wśród nich 22-letniego przywódcę. - Ze szczególną pieczołowitością zajęli się nim jako hersztem tych "polskich band". Życie przeszło 200 ludzi wisiało na włosku i było w ręku jednego człowieka. Z niepokojem patrzyli koledzy, jak z celi więziennej brano rano ich przywódcę na badania. Gestapo przez dwa ty godnie znęcało się nad nim, łamiąc mu kości, czaszkę, szczęki, kopiąc go i poniewierając w okropny sposób. Do celi wrzucono go zielonego i bladego jak ściana i podobny był raczej do trupa niż do człowieka. Wspartego o ścianę studenta obstąpili koledzy, pytając czy nie wydał ich organizacji. On z trudem wielkim wyszeptał przez zęby: 

— Nie, nic nie powiedziałem.

Po dwóch tygodniach kaci wzięli go znów na męki - tym razem na trzy tygodnie. Ta sama scena się powtórzyła. Ostatnim razem męczono go aż cztery tygodnie i prawie bez życia odesłano go do celi z powrotem. Oczy miał wybite, szczęki i nos połamane. - Teraz koledzy zwątpili i nic nie pytali. W takich katuszach każdy mógłby się załamać. Ale jeden najśmielszy i najlepszy kolega męczennika, zbliżył się do niego i zapytał: 

— A więc wszystkich wydałeś?

Nic nie odpowiedział tylko zaczął coś szukać w kieszeni, ale nic nie mógł z niej wydobyć. Zaciekawieni koledzy pomogli mu i wydobyli z kieszeni różaniec. Zmasakrowany podniósł różaniec do góry, jak ksiądz monstrancję, i błogosławiąc zebranych współtowarzyszy krzyżem kreślonym w powietrzu wypowiedział z naciskiem: 

— Nie, nie, nic i nikogo nie wydałem. Matka Najświętsza była mi pomocą.

Młodzieniec ten nazywał się Tondera.

Zbiór (151) przykładów, Ex Libris S.V.D. Misyjny, s. 66-67, nr 136.

JOACHIMA DEHANT CUDOWNIE UZDROWIONA - LOURDES

Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano, abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka. Twej pomocy wzywa, Ciebie o przyczynę prosi. Tą ufnością ożywiony, do Ciebie, o Panno nad pannami i Matko, biegnę, do Ciebie przychodzę, przed Tobą jako grzesznik płaczący staję. O Matko Słowa, racz nie gardzić słowami moimi, ale usłysz je łaskawie i wysłuchaj.
Modlitwa św. Bernarda (przekład nowszy)

Matka Boża Szkaplerzna,
k-ół Bożego Ciała,
Poznań
Joachima Dehant, licząca lat 29 i zamieszkała w Gesves w Belgii, ma na prawej nodze wrzód, który pokrywa dwie trzecie części tejże nogi. Cierpi na ten wrzód od lat dwunastu. Rana jest w stanie tak okropnym, że mimo licznych bandaży ropa przecieka na zewnątrz. Przy zmianie bandaży odpadają kawałki ciała. Fetor przy tym jest tak nieznośny, że obecni przy niej ludzie dostają mdłości...

Dnia 10 września chora wyjeżdża do Lourdes wraz z pielgrzymką z Liége, aby w położeniu po ludzku beznadziejnym szukać pomocy u Najświętszej Matki Jezusowej.

Przybywszy po długiej i nużącej podróży do cudownego miejsca, udaje się Joachima o kulach, z największym wysiłkiem do świętej groty, — około godziny trzeciej z rana, dnia 13 września 1878.

Przy pomocy życzliwych osób zanurza się po szyję w cudownej sadzawce prosząc Dziewicę Niepokalaną o cud... Tymczasem rana na nodze sprawia chorej takie boleści, że trzeba z jej strony największego wysiłku, by wytrzymać tę mękę. Joachima wychodzi z kąpieli po upływie pół godziny, lecz na razie nie czuje ulgi.

Pełna świętej ufności prosi chora około godziny dziewiątej o drugą kąpiel i pozostaje w niej przez dwadzieścia siedem minut...

Początkowo znowu ból straszny... Lecz gdy po skończonej kąpieli przyjaciółka chorej Leonia poczyna wyciskać wodę z bandaży, pokazuje się, że rana już nie boli. Leonia przyciska coraz mocniej... ani śladu boleści. Wówczas opiekunka zdejmuje bandaż i w zdumieniu najwyższym woła:

— Joachimo, rany nie ma ani śladu. Jesteś uzdrowiona...

Znikła w jednej chwili rana gnijąca już od 12 lat, długa na 30 centymetrów, szeroka na 15.

Telegram donoszący o cudownym uzdrowieniu doszedł do rodziny Joachimy w Gesves następnego dnia. Łatwo się domyśleć, jakie wywarł tam wrażenie...

Ojciec Joachimy dowiedziawszy się o cudzie dostał takich nerwowych drgawek, że musiano go od prowadzić do domu. Gdy Joachima ukazała się na dworcu kolejowym w pełni zdrowia, ojciec stracił prawie przytomność i nie mógł poznać swej córki. Matka rzuca się jej w objęcia, płacząc z radości...

Joachima odtąd po dwa razy każdego roku udawała się do Lourdes w pielgrzymce dziękczynnej, ciesząc się stale najlepszym zdrowiem.

Leon Pyżalski CSsR, Matka dzieci Bożych. Czytania majowe z przykładami sposród uzdrowień lourdskich, Kraków 1937, s. 58-59.

sobota, 13 maja 2017

PIOTR RUDDER CUDOWNIE UZDROWIONY PRZEZ MATKĘ BOŻĄ Z LOURDES

Bóg Ojciec nie inaczej dał światu Syna swego Jednorodzonego, jak przez Maryję. Choć patriarchowie z takim utęsknieniem za Nim wzdychali, choć prorocy i święci Starego Przymierza przez cztery tysiące lat o skarb ten tak gorąco błagali, Maryja jedna wysłużyła Go i znalazła łaskę u Boga (Łk 1,30) mocą swych modlitw i wielkością swych cnót. Ponieważ świat nie był godzien - mówi św. Augustyn - otrzymać Syna Bożego bezpośrednio z rąk Ojca, dlatego dał Go Bóg Maryi, by świat Go przez Nią otrzymał.
św. Ludwik Grignion de Montfort

Matka Boża Płaszowska,
Kraków, Parafia NSPJ
Piotr Rudder, robotnik zamieszkały w Jabbeke we Flandrii, dnia 16 lutego 1867 roku złamał nogę poniżej kolana i to tak nieszczęśliwie, że na znacznej przestrzeni kość została zgruchotana na drobne kawałki. Ciężkie drzewo spadło Rudderowi na nogę. Zabiegi kilku lekarzy, by nogę złożyć, na nic się nie przydały. Noga poczęła ropieć tak silnie, że sama obecność Ruddera była niemałą przykrością dla otoczenia. Fakt zupełnego zdruzgotania kości nie ulegał wątpliwości, gdyż dolną część nogi można było obracać na wszystkie strony.

Przez całe osiem lat cierpiał tak nieszczęśliwy robotnik, nie mogąc pracować na utrzymanie rodziny swojej. Położenie jego w znaczeniu ludzkim stało się zupełnie beznadziejne, gdyż najbieglejsi lekarze nie mogli mu udzielić skutecznej pomocy. Ale Rudder był człowiekiem nie tylko wierzącym, lecz szczerze pobożnym, — więc powziął nadzieję, że Najświętsza Maryja Panna, nazywana wszak przez cały Kościół uzdrowieniem chorych, wyjedna mu ulgę albo całkowite uzdrowienie. Usłyszawszy o cudach dziejących się tak często w Lourdes postanowił sam udać się na to miejsce święte. Istotnie dnia 7 kwietnia 1875 roku pojechał mimo trudności spowodowane ciężkim kalectwem w towarzystwie żony do Lourdes. W cudownej grocie modlił się serdecznie wraz z innymi pielgrzymami i widocznie szczerą modlitwą swoją i bezgraniczną ufnością zadał gwałt Sercu Marii Niepokalanej. 

Oto bowiem w pewnej chwili poczuł, że dzieje się z nim coś niezwykłego. Dziwne wstrząśnienie przechodziło całą jego naturę. Stracił w końcu na chwilę przytomność. Przyszedłszy do siebie zawołał: „Mój Boże, gdzie ja jestem?..” Poznał, że jest bez kul i że klęczy o własnej mocy... 

Wdzięczność bezgraniczna przepełniła jego serce, gdy czuł już i wiedział, że uzdrowienie jego jest zupełne. On, który od ośmiu lat i kroku zrobić nie mógł bez pomocy kul, oparł te znaki dawniejszej słabości swojej o ścianę cudownej groty, by świadczyły o dokonanym cudzie.

Wiadomość o zaszłym cudzie rozeszła się w mgnieniu oka między pątnikami. Uzdrowionego Ruddera otoczyły tłumy ciekawych, którzy oglądali uleczoną w jednej chwili jego nogę i ze łzami razem z Rudderem dziękowali Niepokalanej za nowy a tak widoczny dla wszystkich cud.

Badania lekarzy, które były bardzo dokładne i wielokrotnie powtarzane, stwierdziły z całą pewnością, że noga Ruddera, zdruzgotana zupełnie poniżej kolana i wisząca wolno na skórze i ścięgnach, po powrocie Ruddera z Lourdes była zrośnięta tak dokładnie, że zaledwie lekka blizna na skórze i kości pozostałą w tym miejscu, gdzie poprzednio była ropiejąca rana, nie dająca się zaleczyć mimo wieloletnich zabiegów lekarskich.

Cudowne uleczenie Ruddera sprawiło przedziwne skutki w duszach i obudziło nadzwyczajną gorliwość w Jabbeke, rodzinnej miejscowości Ruddera. Przed cudem miejscowość ta słynęła z niedowiarstwa i złych obyczajów. Po opisanym właśnie fakcie ludność tłumnie poczęła uczęszczać do kościoła i do Sakramentów świętych. Zjeżdżali się też do Ruddera lekarze i duchowni z różnych stron, aby naocznie stwierdzić cud, którego sława rozchodziła się po całym kraju.

Cześć i dziękczynienie niechaj będzie Maryi Niepokalanej za Jej dobroć dla cierpiących i miłosierdzie bezgraniczne dla grzesznych!

Leon Pyżalski CSsR, Matka dzieci Bożych. Czytania majowe z przykładami sposród uzdrowień lourdskich, Kraków 1937, s. 49-51.

czwartek, 11 maja 2017

CUDOWNE UZDROWIENIE AMELII CHAGNON - LOURDES

Bóg, który od chwili stworzenia Najświętszej Dziewicy chciał największe swe dzieła przez Nią rozpocząć i dokonać, nie zmieni z pewnością swego postępowania na wieki, gdyż jest Bogiem i nie podlega zmianom ani w swych zamiarach, ani w swym postępowaniu.
św. Ludwik Grignion de Montfort

Amelia Chagnon urodzona w roku 1874 i wychowywana początkowo przez pobożną swą matkę, a potem przez siostry zakonne w Montmorillon opowiada sama o sobie, że z lat dziecinnych zachowała jedno przede wszystkim wspomnienie — wielkiej miłości ku Najświętszej Maryi Pannie. „Kochałam Ją, mówiła, jakby z naturalnego popędu. Nie mogłam Jej nie kochać. Było to uczucie płynące z duszy i darzące Ją wielką słodyczą”.

Mając lat trzynaście Amelia zaczęła chorować na nogę, w której kość próchniała. Po trzech latach panienka stała się niezdolną do pracy i z trudnością tylko mogła się poruszać. Oddano ją do szpitala Sióstr w Poitiers. Niebawem do pierwotnej choroby przyłączyła się druga, to jest złośliwy wrzód na kolanie. Leczono chorą bardzo starannie przez rok cały, lecz wszelkie środki okazywały się bezskuteczne, tak iż w końcu lekarze orzekli, że choroba jest nieuleczalna z powodu wadliwego funkcjonowania całego organizmu.

Stan chorej był niezmiernie przykry. Wszelki ruch stał się dla niej niemożliwy, a boleści były bardzo dojmujące. Rana na nodze była otwarta, tak iż kość próchniejąca wystawała, a ropa obficie płynęła. 

Wobec takiego stanu rzeczy Amelia zwróciła się całym sercem do Matki Najświętszej Niepokalanej w Lourdes, do której zawsze żywiła tak tkliwe nabożeństwo. Za trzy miesiące miała wyruszyć pielgrzymka do Lourdes. Nasza chora miała wyraźne przeczucie, że w Lourdes odzyska zdrowie przez przyczynę swej Niebieskiej Matki, — owszem, jakby pewną była tej łaski, tak iż prosiła lekarzy, by do czasu pielgrzymki zaniechali wszelkich zabiegów leczniczych, jako zbytecznych.

Gdy nadszedł dzień wyjazdu pielgrzymki, umieszczono Amelię na materacu w wagonie. W towarzystwie kilku znajomych pań dojechała szczęśliwie do Lourdes 21 sierpnia 1891 roku, gdzie wprost z pociągu zaniesiono ją do cudownej groty. Po długim czekaniu dostała się na koniec do świętej sadzawki, a raczej zanurzono ją w sadzawce, ułożywszy na prześcieradle. Chora z wielką żarliwością brała udział w modlitwach, jakie wspólnie zanoszono w jej intencji, lecz gdy po chwili wyniesiono ją z kąpieli, oświadczyła z pewnym zdziwieniem, że jeszcze uzdrowioną nie jest. Wówczas na jej prośbę zanoszą ją powtórnie do sadzawki. Początkowo cierpienia chorej wzmagają się, a kolano trzeszczy. Lecz nagle chora poczyna wołać z radością: „Jestem uzdrowiona!“... i natychmiast wstaje z prześcieradła, na którym leżała, a wzrok jej skierował się z niewymowną wdzięcznością ku wizerunkowi Najświętszej Panny, który miała przed sobą.

Oczy wszystkich zwracają się na uzdrowioną. Rany na nodze nie ma śladu, jest tylko blizna. Kolano również ma wygląd normalny i Amelia bez trudności wspiera się na nim. W przeciągu kilku chwil znikły tak groźne objawy chorobowe, jak próchnienie i tuberkuły kości, kość ruchoma, rany i zniszczenie części ciała.

„Po upływie pół godziny — pisze Dr. Boisserie — przyszła (Amelia) do lekarskiego biura sprawozdań, niosąc ze sobą płótna i bandaże przesiąknięte ropą ze swoich ran. Pokazała świadectwa lekarskie stwierdzające, że miała złośliwy wrzód w kolanie i ranę połączoną z próchnieniem kości w nodze. My lekarze szukamy jednak nadaremnie śladu tych ciężkich przypadłości. Niema nic na nodze, ani na kolanie... Uzdrowienie, które co do swojej istoty było natychmiastowe, w ostatnich szczegółach postąpiło i udoskonaliło się prawie w oczach patrzącego. Co stwierdziliśmy na razie w Lourdes, to po nas, za powrotem Amelii do Poitiers, stwierdzili i poświadczyli lekarze tamtejsi, którzy przez cztery lata przed podróżą do Lourdes leczyli ranę na jej nodze”.

Amelia Chagnon z wdzięczności za uzyskane uzdrowienie wstąpiła niebawem do zakonu Najświętszego Serca Jezusowego w Poitiers i cieszyła się tam najlepszym zdrowiem.

Leon Pyżalski CSsR, Matka dzieci Bożych. Czytania majowe z przykładami sposród uzdrowień lourdskich, Kraków 1937, s. 37-40.

środa, 10 maja 2017

NAWRÓCENIE JANA STAPIŃSKIEGO

Jeśli chodzi o bezbożników zdecydowanych, pozostających już widocznie pod silnym wpływem duchów piekielnych i jakby opętanych, to prawie niepodobna zdobyć się na nadzieję. Po ludzku mówiąc przebrali oni miarę w złościach swoich i noszą na sobie znamiona tych, którzy jakby już nieodwołalnie odrzuceni zostali od oblicza Bożego. A jednak i z pomiędzy takich wychodzili wielcy pokutnicy i święci pałający w późniejszych latach swoich seraficzną miłością ku Bogu. Działo się to zawsze tylko wyraźnym cudem Bożym, — ale bywało...
Leon Pyżalski CSsR

W kwietniu 1946 roku na przedmieściach miasteczka Krosna w chłopskiej chacie umiera 80-letni starzec. Jest to Jan Stapiński, prezes Stronnictwa Ludowego, redaktor "Przyjaciela Ludu", który bez przesady całe życie zajmował się burzeniem posągów Bożych w sercach ludzi. Nie było wiecu, czy zebrania, na którym nie rzucałby kamieni na wiarę, na Kościół. 

Ale przejrzał. Przed śmiercią prosi o księdza. Ksiądz przyszedł z Panem Jezusem i ujrzał jak na ziemi klęczy upokorzony starzec.

— Jestem Stapiński. Ojciec nie słyszał o mnie? Przez 50 lat walczyłem z wami i z nauką, którą głosicie, ale dzisiaj na łożu śmierci przejrzałem i przyznaję, że źle robiłem. Polska i społeczeństwo tylko w oparciu o wiarę będą silne i szczęśliwe. Powiedz to ojcze moim braciom chłopom. Powiedz, że wszystko co mówiłem przez całe moje życie, fałszem było. Proś niech się modlą za mnie.

Uczynił wyznanie wiary, płacząc wyspowiadał się i pojednany z Bogiem umarł.

Zbiór (151) przykładów. Ex Libris S.V.D. Misyjny, nr 130, s. 62.

wtorek, 9 maja 2017

CUDOWNE UZDROWIENIE SIOSTRY JULIANNY - LOURDES

Choć Maryja ma obowiązek nieograniczonej względem Syna Bożego wdzięczności za to, że Ją sobie za Matkę przeznaczył, wszelako zaprzeczyć nie można, że i On sam jako Matce zawdzięcza wiele, co do człowieczeństwa Jej istnienie swoje winien będąc. I dlatego to pragnąc odpłacić się Maryi za wszystko co się Jej od Niego jako syna należy, Pan Jezus raduje się Jej chwałą, i miło Mu uczcić Ją przez to szczególnie, że wszystkie Jej proźby wysłuchuje. Jakąż tedy ufność mieć powinniśmy w tej przenajświętszej Królowej, gdy widzimy jak dalece potężnym jest Jej pośrednictwo do Boga, a z drugiej strony wiemy, że miłosierdzie Jej tak jest nieograniczonym, że nie masz nikogo na świecie, który by jego skutków nie doznał i nie był uczestnikiem owoców Jej łaskawości.
św. Alfons Liguori

Siostra Julianna była furtianką w klasztorze Urszulanek w Brive we Francji. Po trzech latach pobytu w klasztorze zaczęła poważnie chorować pa płuca, aż zaniemogła na dobre w roku 1887, kiedy to poczęła pluć krwią. Staranna opieka lekarska spowodowała wprawdzie czasową ulgę w cierpieniu, lecz ostatecznie w roku 1889 siostra Julianna musiała się położyć na stałe, gdyż sześciu lekarzy wzywanych kolejno do niej stwierdziło gruźlicę w trzecim stopniu rozwoju. Długie miesiące przepędziła chora na łożu boleści, nie mając nawet siły, by mówić dłużej i posilając się jedynie odrobiną mleka lub rosołu. Znikła więc ostatecznie wszelka nadzieja wyzdrowienia na drodze naturalnej.

Wówczas wspomniano siostrze Juliannie o Lourdes i o tych licznych cudach, jakie tam Matka Najświętsza Niepokalana wyprasza swoim czcicielom. 

Początkowo chora niechętną była tej myśli, by w Lourdes szukać wyzdrowienia, a to z tej pobudki, iż wolała rychlej umierać dla połączenia się z Bogiem. Dopiero gdy przełożeni wyrazili jasno swoje życzenie, Julianna chętnie zgodziła się na wyjazd do cudownego miejsca i miała z góry prawie przekonanie, że tam istotnie zdrowie odzyska.

Dnia 1 września wyjechała siostra Julianna do Lourdes w towarzystwie drugiej siostry zakonnej i pewnej pani. Świadkowie jej wyjazdu i jej podróży wielce byli zdziwieni, że osobę, która każdej chwili może skonać, zabiera się w tak daleką drogę. Bo też siostra Julianna często do konającej była podobną i w czasie podróży pozostawała w stanie największego wyczerpania i omdlenia.

Gdy Julianna znalazła się w cudownej grocie, była tak wyczerpana, że nawet myśli zebrać nie mogła. O modlitwie formalnej nie było mowy. Spoglądała tylko błagalnie na statuę Matki Najświętszej. Wsadzono siostrę Juliannę do ręcznego wózka i zawieziono do cudownej sadzawki. Chora była prawie bez mowy, bez przytomności i tak osłabiona, że panie posługujące przy sadzawce nie chciały się w ogóle zgodzić na zanurzenie chorej w wodzie. Zgodziły się dopiero na to, gdy im dano zapewnienie, że lekarz mający siostrę Juliannę pod swoją opieką zgodził się z góry na tę kąpiel. W chwili gdy się chora dotknęła wody, usta jej otworzyły się i pozostały otwarte, oddech zamarł jej na wargach, a twarz okryła się trupią bladością. Wszystkim zdawało się, że już nie żyje. To też natychmiast wyniesiono ją z wody, choć jej się ledwie dotknęła, i złożono ją na stopniu przy sadzawce. Przez chwilę chora nie dawała znaków życia, tak iż niepokój wielki ogarnął obecnych. 

Lecz oto nagle występuje lekki rumieniec na obliczu siostry, oczy się otwierają i pierś poczyna oddychać. Chora po chwili podniosła się i stanęła na równych nogach. Ubrała się wśród zdumienia obecnych sama i pieszo udała się do cudownej groty, aby tam przez pół godziny trwać na dziękczynieniu za otrzymane zdrowie. Niebawem tłum pobożny otoczył uzdrowioną siostrę i wedle zwyczaju począł z zapałem śpiewać hymn Magnificat. W końcu dla wyrwania uzdrowionej z tłumu kazano jej wsiąść do powozu i odwieziono ją do klasztoru SS. Karmelitanek, gdzie stała gospoda.

Nazajutrz uzdrowiona siostra Julianna udała się do lekarza Dr. de Saint-Maclou, który wraz z lekarzem z Beziers po dokładnym zbadaniu pacjentki orzekł, że nie pozostało w niej ani śladu tej gruźlicy, która jeszcze poprzedniego dnia zapowiadała jej śmierć w najbliższej przyszłości.

Gdy siostra Julianna wracała do swego klasztoru w Brive, liczny tłum ludzi zebrał się na dworcu i sąsiednich ulicach, witając z radością uzdrowioną zakonnicę. Skoro nareszcie dotarła ona do swego klasztoru, urządzono natychmiast dziękczynne nabożeństwo z wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Julianna na klęczniku swoim zalewała się łzami wdzięczności...

Dodajmy jeszcze, że siostra Julianna nie jest jedyną, która uleczoną została w jednej chwili z gruźlicy w najwyższym stopniu rozwiniętej. Cuda takie, których nadprzyrodzony charakter nie ulega najmniejszej wątpliwości, są w Lourdes niemal na porządku dziennym.

Leon Pyżalski CSsR, Matka dzieci Bożych. Czytania majowe z przykładami sposród uzdrowień lourdskich, Kraków 1937, s. 26-28.

SIŁA WIARY

Cała ziemia jest pełna Jej chwały, zwłaszcza kraje chrześcijańskie, a liczne królestwa, prowincje, diecezje i miasta obrały Ją sobie za Patronkę i Opiekunkę. Mnóstwo kościołów katedralnych poświęcono Bogu pod Jej wezwaniem. Nie ma kościoła, w którym nie byłoby ołtarza poświęconego Jej czci. Nie ma kraju ani okolicy, gdzie by nie czczono cudownego Jej obrazu, przed którym chorzy znajdują uzdrowienie, a wierni otrzymują liczne łaski.
św. Ludwik Grignion de Montfort

W czasie wojny światowej byłem świadkiem wzruszającego zdarzenia.

Działo się to jeszcze w pierwszym roku wojny, kiedy Moskale z wielką siłą napierali na naszą ojczyznę. Już Karpaty były opanowane przez wrogów. Był ostry mróz. Zboczami gór posuwał się naprzód znaczny oddział żołnierzy — byli to nasi. Uciążliwy marsz bardzo wyczerpywał siły, drżeli z zimna, ze znużenia i głodu. Z dala od swych rodzin, od ognisk domowych — serca ich napełniał żal i tęsknota.

Wreszcie wyszli na nagi wierzchołek góry.

Tam zauważyli maleńką kapliczkę. Jeden z nich, wysunąwszy się naprzód, zbliżał się wprost do niej. Przyszedłszy blisko, ujrzał tam piękny obraz Matki Boskiej Szkaplerznej. I ów prosty żołnierz przystąpił do obrazu, zaświecił zapalniczkę, którą miał ze sobą, przysunął przed obraz niby świecę, uklęknął i zaczął się modlić.

Wkrótce wysunął się z szeregów drugi — za nim trzeci — dziesiąty — setny, aż wreszcie całe pole wokoło kaplicy wypełniło się żołnierzami. Wszyscy klęcząc, odmawiali litanię loretańską: Pocieszycielko strapionych, módl się za nami! Wspomożenie wiernych, módl się za nami... i całowali ze czcią swe Szkaplerze. Czuł każdy z nich jak próżna i słaba jest broń, jak niewiele ona pomoże, a tylko Maryja może ich obronić! Maryja wprowadzi nas do wieczności — mówili do siebie. 

Kto wie za ile godzin nadejdzie śmierć?... I polecali się z ufnością tej najlepszej Matce, by ich nie opuściła w walce i przy śmierci. I czyż Ona mogła zawieść ich ufność?

O. Marceli od Matki Boskiej Szkaplerznej, karmelita bosy, b. oficer wojsk węgierskich, w: Bernard Smyrak OCD, Znak zbawienia. Rozmyślania z przykładami dla czcicieli Matki Boskiej Szkaplerznej (Bibliotheca Carmelitana, Tom XVI), wyd. 2, Kraków 1940, s. 97-98.

sobota, 6 maja 2017

UZDROWIENIE GARGAMA

Wszyscy aniołowie niebiescy - mówi św. Bonawentura - wysławiają Ją bezustannie: Święta, Święta, Święta Maryja, Boża Rodzicielka, Dziewica! i zasyłają Jej codziennie miliony milionów razy Pozdrowienie Anielskie: Zdrowaś Maryjo! A oddając Jej pokłon najgłębszy, proszą Ją pokornie jak o łaskę, by ich zaszczycić raczyła choćby jednym ze swych rozkazów. Nawet św. Michał, książę całego dworu niebieskiego, oddaje Jej - według słów św. Augustyna - z największą gorliwością wszelką cześć, innych do tego skłania i czeka skwapliwie, by go zaszczyciła jakąś misją i by z Jej rozkazu wolno mu było oddać jednemu z Jej sług jakąś przysługę.
św. Ludwik Grignion de Montfort

Dnia 17 grudnia 1899 roku urzędnik pocztowy Gargam znajdował się w ostatnim wagonie pociągu pospiesznego na linii Bordeaux-Angoulême we Francji. W odległości kilku kilometrów od Angoulême pociąg musiał się zatrzymać z powodu zepsucia się lokomotywy. „Ledwie stanęliśmy — opowiada sam Gargam — usłyszeliśmy głuchy łoskot drugiego pociągu zbliżającego się ku nam z szybkością błyskawicy. W kilka sekund później najechał on rzeczywiście na nasz wagon i zamienił go w kupę gruzów. Jak źdźbła słomy zostaliśmy wyrzuceni na obie strony toru kolejowego. Ja leżałem o dziesięć metrów od toru głęboko zakopany w śniegu. Znaleziono mnie dopiero po kilku godzinach rano, bez jakichkolwiek znaków życia. Przewieziono mnie do szpitala w Angoulême, gdzie ku wieczorowi odzyskałem przytomność. Miałem na sobie tak silne potłuczenia i rany, że nie mogłem zupełnie się ruszać. Od bioder aż do stóp byłem sparaliżowany.

W osiem miesięcy po katastrofie Gargam był tak schorzały i osłabiony, że musiano go karmić za pomocą rurki, i to tylko raz na dzień, gdyż połączone to było z wielkimi boleściami. Co do natury choroby Gargama zdania lekarzy były podzielone. Wszyscy atoli zgadzali się na to, że jest chory nieuleczalnie i że mu grozi rychła śmierć. Każdy uznawał, że wobec jego cierpienia sztuka lekarska jest bezsilna.

Nieszczęśliwiec zdawał sobie dokładnie sprawę ze swego stanu. Miał zaledwie lat 31, a już musiał się wyrzec wszelkich nadziei na przyszłość. Łatwo się domyśleć ciężkiego stanu duszy, w jakim pozostawał Gargam, który kształcąc się w szkołach państwowych stracił zupełnie wiarę i od piętnastu lat nie bywał w kościele. Często przełożona szpitala klękała przy łożu chorego i modliła się za niego, lecz on przyjmował to obojętnie, a nawet okazywał swą niechęć. Jeśli czasem wspomniano wobec Gargama o cudach dziejących się za przyczyną Matki Najświętszej - Niepokalanej w Lourdes, nazywał to zabobonem i przesądem.

Tymczasem choroba Gargama rozwijała się szybko w sposób coraz bardziej niepokojący. Rany na nogach przybrały charakter niebezpieczny. Wówczas chory uległ namowom osób życzliwych, by odbyć wraz z wielu innymi pielgrzymkę do Lourdes. Przez trzy dni modlono się za niego nieustannie i on sam po wielu latach przypomniał sobie pacierz młodości swojej. Nawet w końcu wyspowiadał się i przyjął Komunię świętą.

Podróż do Lourdes była połączona z niemałymi trudnościami. Na noszach wsunięto chorego do wagonu, w którym leżał nieruchomo w towarzystwie trzech bliskich sobie osób. Karmienie odbywało się za pomocą rurki. W takim stanie przybył Gargam do Lourdes dnia 20 sierpnia o godz. 7 rano.

Po przyjęciu Komunii św. w cudownej grocie przedziwna zmiana dokonała się w duszy chorego. Znikła nagle dawna jego obojętność religijna. Ze wzruszającą ufnością i miłością spoglądał na statuę Matki Najświętszej. Chciał się modlić, lecz nie mógł słowa wymówić skutkiem wezbranego uczucia. Tak więc niebieska Lekarka uleczyła nieszczęśliwego nasamprzód z jego niedowiarstwa, aby niebawem wrócić zdrowie również jego ciału.

Tymczasem musiano odnieść Gargama do szpitala, by wzmocnić siły jego karmiąc go, jak zwykle, rurką, O godz. 2 po południu zaniesiono chorego do cudownej sadzawki i zanurzono go w wodzie. Modlił się głośno i czuł w duszy niebiański pokój. Lecz jeszcze nie wybiła godzina jego uleczenia.

W końcu około godziny czwartej Gargam znalazł się na drodze, którą przechodziła procesja z Najświętszym Sakramentem. Na skutek poniesionych w podróży trudów i wzruszeń doznanych w ciągu dnia osłabł do tego stopnia, że w końcu stracił przytomność. Sądzono, że nadeszła ostatnia jego chwila... Po niedługim czasie wszakże Gargam ocknął się i usiłował powstać na swoich noszach. Po jednej i drugiej nieudałej próbie stanął na równych nogach i poszedł kilka kroków za Najświętszym Sakramentem. Musiał jednak czym prędzej wrócić na nosze, gdyż nie miał na sobie ani ubrania ani obuwia.

Paraliż jednak znikł bez śladu, — Gargam był uzdrowiony...

„Ukazanie się Gargama w biurze sprawozdań — pisze Dr Boisserie — było jednym z najbardziej rozrzewniających wypadków, jakie nam się widzieć zdarzyło. Prócz nas świadkami tej chwili było sześćdziesięciu przeszło lekarzy, profesorów uniwersytetów francuskich i zagranicznych, dziennikarzy, wierzących i niedowiarków. Gargama wniesiono na noszach ubranego w długi szlafrok. Był okropnie wychudły. Cała jego postać nosiła jeszcze na sobie ślady przebytych cierpień. Dokoła nas wszczęła się taka wrzawa, że niepodobna było rozpocząć systematycznego badania. Nazajutrz biuro nasze nie mogło pomieścić lekarzy, którzy się do niego cisnęli, wstępując nawet na ławki i stołki... Gargam ukazał się tym razem w nowym ubraniu. Szedł bez trudności, opowiadał jasno i dokładnie szczegóły swej choroby”.

Na podstawie spisanego obszernie protokołu stwierdzono, że Gargam w przeciągu kilku sekund przeszedł jakby ze śmierci do życia, — że nagłe to uzdrowienie przewyższa siły natury i sprzeciwia się wszelkim naukowym teoriom, a sposób, w jaki się ono odbyło, jest zdumiewający.

Powyższe uzdrowienie odbiło się głośnym echem w całym świecie i sława cudownego Lourdes poczęła się jeszcze szybciej szerzyć po wszystkich krajach, pozyskując Matce Bożej Niepokalanej i Boskiemu Jej Synowi coraz większą liczbę czcicieli i miłośników.

Leon Pyżalski CSsR, Matka dzieci Bożych. Czytania majowe z przykładami sposród uzdrowień lourdskich, Kraków 1937, s. 16-19.

czwartek, 4 maja 2017

BIERZMY CHĘĆ DO CNOTY ZE ŚWIĘTEGO, A WSTRĘT DO ZŁEGO Z DRUGIEGO

Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie.
(Mt 18, 6-7) 

król Bolesław Śmiały
Ile może zgorszenie i do czego prowadzi, jak znowu ile pożytku przynosi dobry wzór, pokażą nam dwa domowe przykłady św. Stanisława biskupa krakowskiego i Bolesława Śmiałego króla polskiego. 

Święty Stanisław Szczepanowski z dzieciństwa był wzorem skromności i bogobojności. Z początku w Gnieźnie, a potem w Paryżu kształcił się w naukach. Za powrotem do kraju, wstąpiwszy do stanu duchownego, obwarował siebie mocno uczciwością i bliźnim pomagał w kazaniach, gdyż będąc sławnym kaznodzieją po całej diecezji krakowskiej nauczał. Zostawszy biskupem i ten stan wysoki jeszcze go więcej zachęcił do ulepszenia siebie. Bo wiedząc, że powinien więcej przykładem niźli słowem paść i budować w Bogu owce swoje, ostrożniejszym być w życiu kapłańskim począł: przyczynił sobie postów, gęste i pilniejsze modlitwy, ostre umartwienia ciała przyjął. Ubrał się w miłość wielką dusz i zbawienia ludzkiego, miłosierdzie też nad nędzą bliźniego jako szatę oblókł, że patrzeć suchym okiem, z próżną ręką, póki mu dochodów kościelnych i majętności stawało, na ludzkie ubóstwo nie mógł. Kwitnęły w nim wielkie cnoty, a jako z pięknych i drogich kamieni usadzona korona na głowie jego świeciły. Spisane miał wszystkie wdowy, ile było w jego biskupstwie, i o sieroctwie dziatek ich radził ile mógł, i nic milszego nie było jemu jak się o ludzi ukrzywdzonych lub złożonych jakim nieszczęściem zastawiać, wszędzie bronić i wspomagać. 

Gdy tak wiele ludzi do drogi zbawiennej przykładem i nauką pociągał, spotkał trudności i straszliwą niepogodę z Bolesławem Śmiałym. Był ten król wielki miłośnik sławy koronnej i ojczyzny swojej. Był także męstwem, a zwycięstwy znamienitymi i innymi nie tylko żołnierskimi, ale i królewskimi cnotami ozdobiony. Był nawet niegdyś nabożny i służbę bożą szerzący, bo klasztor w Mogilnie fundował i nadał: ale jako na bujnej ziemi wiele się chwastu rodzi, tak do tych cnót przymieszały się były wady szkodliwe, które było pleć i wykorzeniać potrzeba. W karaniu okrutny, w podatkach drapieżny, w szczęściu hardy, w uporze nieuhamowany, lecz nade wszystko przebijała się w nim rozpusta cielesna, w której miary nie miał z wielkim wszystkich zgorszeniem. 

Św. Stanisław przez litość nad uciśnionym krajem i przez chęć położenia tamy zgorszeniom, jako też dla dobra samego króla, odważył się na prośby gorące swej owczarni upomnieć Bolesława sam na sam i to najłagodniej. Lecz gdy żadnego skutku nie odniosły prośby, raz drugi i trzeci, napominał już jawnie. Bolesław niepoprawiony groził jeszcze śmiercią świętemu, który miłością doczesnego żywota nie dał się ustraszyć i wyklął jako złego chrześcijanina. Czym rozgniewany Król, gdy siepacze nasłani nie śmieli, sam zabił biskupa odprawiającego mszę świętą i modlącego się za Bolesława w kościele Świętego Michała na skałce.

Tak złe obyczaje jednego przywiodły do zabójstwa i do stracenia tronu z wielką szkodą państwa, a drugiego gorliwość kazała duszę położyć za krzywdę braci swoich. Bierzmy chęć do cnoty ze świętego, a wstręt do złego z Bolesława, który potem dobrowolnie nieznajomy w klasztorze odpokutował na ostatnich posługach.

Miesiąc maj poświęcony Najświętszej Maryi Pannie, przerobiony z włoskiej ku użytkowi Polaków przez ks. Ignacego Hołowińskiego, Kraków 1857, s. 72-76.

wtorek, 2 maja 2017

NAWRÓCENIE SIĘ GRZESZNIKA W ŚWIĘTO RÓŻAŃCA

Ponieważ wiara jest jedynym kluczem, który pozwala nam wniknąć do wszystkich tajemnic Jezusa i Maryi, zawartych w świętym Różańcu, należy zacząć jego odmawianie od Credo z największą uwagą i nabożeństwem. Im bardziej nasza wiara będzie żywa i silna, tym Różaniec da nam więcej zasług. Trzeba, żeby ta wiara była żywa i ożywiona miłością; to znaczy, ażeby dobrze odmawiać święty Różaniec, należy trwać w łasce Bożej, albo być w poszukiwaniu tej łaski.
św. Ludwik Grignion de Montfort

Na górnym Śląsku znajduje się kościół poświęcony czci Matki Boskiej Różańcowej. Obchodzono w nim właśnie święto różańca. Wśród uczestników uroczystości znajdował się 20-letni młodzieniec, który przybył na odpust, ale nie z pobożności. Sprowadziła go tu chęć ograbienia kosztowności złożonych przy cudownym obrazie. Aby dokonać zbrodniczego czynu, przybył nie sam lecz z rówieśnikami, którzy mieli mu pomagać w kradzieży. Rozstawił ich w różnych odpowiednich miejscach po kościele i kazał czekać na znak umówiony. Sam zaś poszedł do kaplicy Matki Bożej Różańcowej.

Po nabożeństwie wyszli ludzie z kościoła i owi młodzieńcy zgromadzili się razem, oczekując z niecierpliwością swego kolegi. Już rozpoczęły się nieszpory, a jego ani widać, "może go za co schwytano, może wpadł w ręce policji", mówili niespokojni towarzysze. Szukali go długo i znaleźli wreszcie w kościele, klęczącego w jednej z bocznych kaplic, przed cudownym obrazem Matki Boskiej Różańcowej.

— Cóż ci się stało? — zawołali zdziwieni.
— Nic — odpowiedział — pokutuję! Bądźcie zdrowi, należę do Boga i już od Niego nie odstąpię.
— Ale skądże tak nagła zmiana w tobie, wytłumacz nam przecież?

Po długim milczeniu, rzekł młodzieniec wzruszony:

— Na tym miejscu okazał mi Bóg wielkie miłosierdzie. Modliło się tutaj piętnaście osób i powtarzały ciągle «Zdrowaś Maryjo». Już były bardzo znużone, przecież nie przestawały powtarzać modłów na intencję największego grzesznika. Zdawało mi się wtedy, jakby sam Bóg groźnie na mnie zawołał:

„Grzesznikiem tym jesteś ty, wyjdź stąd, albo się nawróć! Niegodnym jesteś, by cię nosiła ziemia, jeżeli nie wzruszy cię tak wielka miłość. Przez cały rok nie uczyniłeś ani razu znaku krzyża, a te święte dusze modlą się za ciebie, po raz więc ostatni cię wzywam - albo, albo!”.

— Odejdźcie zatem, moi przyjaciele, ja nie chcę być potępionym, dzisiaj jeszcze idę do spowiedzi, a jutro niech Bóg czyni ze mną co zechce!

Zaiste - nie ma modlitwy skuteczniejszej nad różaniec!

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 167-168.

PRZEZ RÓŻANIEC DO ZWYCIĘSTWA

Trzeba, żeby wiara była silna i stała, to znaczy, nie należy szukać w praktykowaniu świętego Różańca jedynie odczuwalnego uczucia i pocieszenia duchowego; nie należy porzucać modlitwy z tego powodu, że ma się głowę pełną niezależnych od naszej woli myśli, dziwny niesmak w duszy, przygnębiające znudzenie i prawie ciągłą senność w ciele. Nie potrzeba ani odczucia, ani pocieszenia, ani westchnień, ani porywu, ani łez, ani ciągłego odwoływania się do wyobraźni, żeby dobrze odmawiać Różaniec; czysta wiara i dobre intencje wystarczą.
św. Ludwik Grignion de Montfort

król Alfons VIII kastylijski
Alfons VIII, król kastylijski, utracił bojaźń Pańską i popadł był w przeróżne występki. Małżonka jego, zamiast co by miała była go podźwignąć z owego opłakanego stanu, jeszcze mu była większą okazją do wykroczeń zgubnych. Toteż nie ominęła kara Boska obojga tych małżonków, albowiem królowa oślepła, a Alfons postradał swe królestwo, które wydarł mu arabski książę, najechawszy i zawojowawszy jego kraj. Alfons widział się zmuszonym do ucieczki z Hiszpanii i znalazł przytułek na dworze swego przyjaciela czyli sprzymierzeńca z Francji południowej.

Podówczas głosił tamże św. Dominik różaniec święty, a król Alfons miał to szczęście być na jednym z kazań świętego Patriarchy. Pomiędzy innymi przyobiecywał święty ten mąż, że ci, co się ćwiczą w odmawianiu różańca, odniosą zwycięstwo nad swoimi nieprzyjaciółmi, jako też dostąpią tej łaski, że na powrót otrzymają to, co byli postradali. Alfons zapamiętał sobie dobrze te słowa i nie omieszkał udać się po kazaniu do św. Dominika celem upewnienia się, czy na pewno może liczyć na ową obietnicę. Św. Dominik utwierdził go jeszcze bardziej w danej obietnicy tak, iż król uczynił postanowienie, że co dzień będzie odmawiał cały różaniec.

I rzeczywiście dotrzymał słowa. Oto bowiem rok cały odmawiał, gdy wtem w święto Bożego Narodzenia objawia się mu Najświętsza Maria Panna i rzekła doń:

"Alfonsie, już rok upłynął, jak zacząłeś mi służyć nabożnym odmawianiem mego różańca, przyszłam, aby ci to wynagrodzić. Wiedz o tym, że wyjednałam u Syna mego odpuszczenie twoich grzechów. Patrz, oto różaniec jaki ci chcę podarować! Noś go zawsze przy sobie, co gdy się stanie, nigdy nie będą ci mogli zaszkodzić nieprzyjaciele twoi". 

Po tych słowach znikło widzenie pozostawiając króla w wielkim uniesieniu radości.

Usłyszała o tym królowa i z wiarą przyłożywszy ów różaniec do ócz swoich, utracony wzrok na powrót odzyskała. Cudem takim umocniony król Alfons, zebrał wiernych sobie rycerzy, ufając w opiekę Najświętszej Maryi Panny, że mu da zwycięstwo nad najezdnikiem muzułmańskim. Pełen ufności uderzył na wroga i wkrótce wygnał go z kraju swego, na nowo odbierając swe posiadłości. Odtąd nigdy on bitwy nieprzyjacielowi nie wydawał, aż póki klęcząco nie odmówił swego różańca. Co więcej, nie spoczął, aż gdy wszystek jego dwór, oficerowie i dworzanie, dali się wpisać do bractwa Różańca św. i takowy nabożnie odmawiali. Toteż wytrwał on i królowa przez całą resztę swego życia w bojaźni Bożej i świątobliwości żywota, a prawdziwie chrześcijańska śmierć była tylko owocem ich nabożeństwa do Matki Najświętszej Różańcowej.

o. Czesław Kaniak, Za przyczyną Maryi. Tom drugi: 
Przykłady opieki Królowej Różańca Świętego (przykłady na październik), s. 166-167.