Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 6 czerwca 2017

FRANCISZEK KAUFMANN ODZYSKUJE WZROK ZA PRZYCZYNĄ MATKI BOSKIEJ NIEUSTAJĄCEJ POMOCY

Ona jest wszechmocną Orędowniczką: Jak w Kanie, wie Ona, czego nam brak i jak w Kanie, może nas obdarzyć tym, co jest dla nas niezbędne. Jej prośba będzie bez wątpienia wysłuchana. Ale ma prawo wstawiać się za nas tylko wtedy, gdy prosi Ją członek Kościoła walczącego, jedynego Kościoła, który może zdobyć zasługi. Zrozumiejmy Jej położenie: jak uważna matka, pełna czułości i troskliwości widzi jasno nasze ogromne potrzeby (nasze i tych, za których dusze jesteśmy odpowiedzialni). Wie, że Jej wstawiennictwo będzie decydujące, abyśmy otrzymać mogli potrzebną pomoc. Nie może jednak wypełnić swojego posłannictwa, jeśli z ziemi nie wzbije się ku Niej prośba, odpowiadająca wielkości łask, które trzeba uzyskać. Nie sprawiajmy Jej matczynemu sercu tej boleści, by mając możność zwalczania nędzy świata, musiała zrezygnować z wykorzystania owoców Odkupienia na skutek zaniedbania przez nas modlitwy za tych, którzy się nie modlą.
ks. Gaston Courtois

Franciszek Kaufmann stracił w czasie wojny w roku 1917 wzrok w prawym oku, gdyż zniszczył je odłamek kamienia, który w czasie strzelania wpadł mu do oka. Zwolniony skutkiem tego kalectwa ze służby wojskowej wrócił Franciszek do domu i przyjął pracę w fabryce papieru "Steyrermuehl" w pobliżu miasta Puchheim w Tyrolu. Lecz oto dnia 9 kwietnia 1928 roku uległ ponownie wypadkowi, gdyż do lewego zdrowego jego oka dostał się gorący popiół węglowy, który zniszczył nerw wzrokowy prawie zupełnie. Według świadectwa lekarskiego wystawionego 4 lutego 1929 roku przez Dra Narbeschubera Franciszek Kaufmann stracił wzrok do tego stopnia, że zaledwie lewym okiem rozróżnia światło od ciemności i skutkiem tego potrzebuje stale kogoś, kto by go prowadził i usługiwał mu.

W tak przykrym położeniu Franciszek zwrócił się do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, której obraz czczony jest w szczególny sposób w kościele Ojców Redemptorystów w Puchheim. W towarzystwie żony spieszył kilkakrotnie przed ten obraz cudowny i gorąco błagał Matkę Najświętszą, by mu wstawiennictwem swoim raczyła przywrócić utracony wzrok. Po raz trzeci odbył Franciszek tę pobożną pielgrzymkę dnia 4 października roku 1930, razem z wielu mieszkańcami miejscowości Laakirchen, i znowu gorąco modlił się o odzyskanie wzroku.

Tymczasem wszystkie modły wydawały się daremne, a nawet począwszy od dnia tej pielgrzymki począł Franciszek odczuwać silny ból w tylnej części głowy, który to ból trwał aż do 7 listopada. Tego dnia z rana nagle przewidział. Począł coraz dokładniej rozróżniać przedmioty, tak iż już nie potrzebował przewodnika. Ponadto w krótkim czasie siła wzroku poprawiła się jeszcze, tak iż odtąd widzi na jedno i drugie oko zupełnie dobrze. W roku 1934 na odnośne zapytanie O. Anzenbergera odpowiedział: 

— Dziękując uprzejmie za pamięć o mojej osobie donoszę zarazem, Wielebny Ojcze, że wzrok mój przywrócony mi przez Matkę Boską Nieustającej Pomocy utrzymuje się w dalszym ciągu. Nie wiem, jak dziękować za tę łaskę Najświętszej Matce Bożej i Bogu nieskończenie dobremu.

Leon Pyżalski CSsR, Matka dzieci Bożych. Czytania majowe z przykładami sposród uzdrowień lourdskich, Kraków 1937, s. 89-90.

CUDOWNE UZDROWIENIE MAGDALENY JULLIAN - LOURDES

Istotnie, Maryja związana prawem poszanowania naszej ludzkiej wolności, może wypełnić swoją macierzyńską rolę w stosunku do nas o tyle tylko, o ile my sami zachowujemy się w stosunku do Niej jak dzieci pełne miłości i oddania. Może nas wspomóc tym, czego mamy prawo od Niej oczekiwać, to znaczy swym wstawiennictwem i swym dobroczynnym wpływem tylko wówczas, gdy obdarzymy Ją tym, czego Ona ma prawo od nas oczekiwać, tzn. naszą modlitwą, naszym sercem, naszym życiem.
ks. Gaston Courtois

Dnia 27 lipca 1897 roku uzdrowioną została nagle w Lourdes Magdalena Jullian pochodząca z Meynes w Belgii. Oto jak opisuje to uzdrowienie Dr Romant:

«Czyniąc zadość żądaniu, abym ogłosił całą prawdę, co do uzdrowienia panny Jullian z Meynes, oświadczam stanowczo, że została ona rzeczywiście uzdrowioną w Lourdes.

Po raz pierwszy ujrzałem tę panienkę z Meynes dnia 20 lipca 1897 roku. Przedtem nie znałem wcale tej rodziny. Chociaż zawód nasz czyni nas do pewnego stopnia obojętnymi na cierpienia ludzkie, jednak na widok tej nieszczęśliwej uczułem się do głębi wzruszonym.

Wyobraźcie sobie szkielet poruszający się nerwowo, z twarzą trupią i zapadłymi oczyma, w których zdawał się dogasać ostatni promyk życia, - a będziecie mieli pojęcie o biednej Magdalenie, która wówczas stała już po prostu nad krawędzią grobu. Ze wzruszeniem uścisnąłem wychudłą, rozpaloną jej rękę, po czym ulegając prośbom strapionych rodziców, zacząłem ją badać. Niebawem też przekonałem się, że w zakresie mego zawodu nic już dla niej nie zdołam uczynić.

Magdalena uśmiechała się z mego zakłopotania. 

— Nie chcę umrzeć, doktorze — rzekła — wiem, że pan mnie nie uleczysz. Lecz możesz mi pan oddać wielką przysługę, nakłaniając moich rodziców, by mnie zawieźli do Lourdes, gdzie Najświętsza Panna mnie uzdrowi.

Ojciec, matka i brat zaprotestowali stanowczo przeciw temu żądaniu, mówiąc mi, że chora umrze w drodze. Tegoż samego zdania był i tamtejszy ksiądz proboszcz, który oświadczył bez ogródek, że taki szkielet nie może wziąć udziału w pielgrzymce. 

— Będą z nas wszyscy szydzili — dodał — bo czyż podobna zabierać ze sobą chorą, która już od kilku miesięcy nic prawie nie jadła?

— Księże proboszczu — odparłem — nie sprzeciwiaj się życzeniu tego dziewczęcia. Czy tu czy w Lourdes, umrzeć ona musi, - nie odmawiaj jej więc tej ostatniej pociechy.

Zdecydowano się zatem na podróż i w kilka dni później chora przybyła do Lourdes. Przy sadzawce panie trudniące się kąpaniem chorych cofnęły się z przerażeniem na jej widok. 

— Nie możemy — rzekły — zanurzyć w wodzie takiego szkieletu! Jak mogliście nam przywieźć taką chorą, która z pewnością nie wyjdzie żywa z wody!

Pomimo tego Magdalena Jullian zaczęła nalegać ze łzami, aby ją zanurzono, a gdy spełniono jej prośbę, skutek nastąpił z szybkością błyskawicy i Magdalena zawołała:

— Jestem uzdrowioną!...

Było to dnia 7 lipca 1897 roku.

Od tej chwili wrócił apetyt, ogólny stan zdrowia nic nie pozostawiał do życzenia i młoda dziewczyna z dniem każdym czuła się silniejsza. Czuwałem nad nią w Meynes przez cały sierpień i wrzesień i przekonałem się, że uzdrowienie jej było zupełne. Dziś panna Jullian wybornym cieszy się zdrowiem.

Odwiedziła mnie ona wczoraj, 18 grudnia, i prosiła, abym jej dał świadectwo choroby i uleczenia, co czynię z przyjemnością, gdyż winienem ten hołd prawdzie. Zresztą ani w Meynes ani w okolicy nikt nie może zaprzeczyć istnieniu tego nadprzyrodzonego faktu, nie podlegającego żadnej wątpliwości...»

I któż jeszcze wątpić będzie, wobec wielkiej ilości podobnych faktów, że Najświętsza Maria Panna Niepokalana jest uzdrowieniem chorych?

Leon Pyżalski CSsR, Matka dzieci Bożych. Czytania majowe z przykładami sposród uzdrowień lourdskich, Kraków 1937, s. 81-83.